Blogi

Promowane wpisy

  • Smerfetka

    Utopia i idealizm czyli trochę na temat stosunków międzyludzkich w sekcie moona

    Przez Smerfetka

    Założenia teologiczne Ruchu sprowadzają się do utopijnej wiary w Królestwo Boże na ziemi. Tu i teraz. W tym celu człowiek musi zostać ulepiony na nowo, z człowieka niedoskonałego trzeba stworzyć człowieka idealnego. Skłonnego do wyrzeczeń w imię utopijnej wizji. Jest to idea nie nowa, w historii świata występująca pod różnymi sztandarami i nazwami. Królestwo Boże Moona ma oczywiście swojego króla (ukoronowanego!) i królową. Prawdziwi Rodzice (True Parents). True Parents oczywiście mają swoją świtę przyboczną, oddanych liderów, gotowych na wszystko i wszystko usprawiedliwiających. Z królestwem bożym na ziemi związana jest prawdziwa miłość (True Love). To właśnie dlatego mooniści muszą mieszkać razem w Centrach, żeby praktykować prawdziwą miłość, która wykuwa się w codziennym życiu. W centrach tworzy się nowego człowieka, myślącego jak jeden nie psujący się mechanizm. Jeden cel, jeden lider, jedna misja. Jeśli coś wam to przypomina to jak najbardziej słusznie. Zaczyna się od łączenia ludzi w tzw. braterskie pary, podkreślając przy każdej okazji , że w świecie takich przyjaźni nie ma. I rzeczywiście, intensywność przeżyć w fazie początkowym jest naprawdę ogromna. Często przytłaczająca. Osoba werbowana jest osaczana, buduje się "przyjacielską zależność". Pary braterskie mają jednak za zadanie nie tylko miłe spędzanie czasu i wzajemne poznawanie się. Prawdziwym celem takich związków jest kontrola i podporządkowanie. Poprzez rozmowy pełne nacisku buduje się więź mającą na celu uzależnienie werbowanego od grupy. Toksyczna więź, z której trudno się wyplątać. Werbujący  kontroluje werbowanego i w razie potrzeby donosi liderowi o postępach jakie osiąga werbowany w oczach sekty. Czy ma wątpliwości, w jakim stopniu wierzy w doktrynę. Werbujący (ojciec lub matka duchowa) dokonuje swoistej analizy dokonań swojego dziecka duchowego. Określenie matka, ojciec duchowy wywołuje u werbowanego pozytywne skojarzenia. Jeśli osoba ma np. trudne relacje z rodzicami chętnie przyjmie zupełnie obcą osobę za swoją "matkę", będzie jej ufać i jej się zwierzać. Przeciwnie jeśli ma dobre relacje z rodzicami to takie określenie "matka" też wywoła dobre skojarzenia. W jednym i drugim przypadku zamierzony cel zostaje osiągnięty. A celem jest zdobycie zaufania, wytworzenie więzi, uzależnienie od osoby. W takim tandemie nie ma tajemnic, wszystko jest transparentne a wszelkie nieprawomyślne szybko są przekazywane "wyżej". Podobnie działa grupa. Obowiązki są rozdzielone (jak w rodzinie..). Spożywa się wspólnie posiłki, przygotowuje ulotki służące do werbowania itp. Obowiązuje dyscyplina, filmy (wybrane przez lidera) są oglądane wspólnie. Stosuje się częste zabawy, które mają za zadanie integrować grupę, wprawiać w nastrój "dzieciństwa" i przygotować do łatwiejszego przyjęcia prawd sekty. Czasu wolnego praktycznie brak, obok zajęć na uczelni (bo to sami studenci) obowiązki domowe, wykłady, werbowanie pochłaniają cały czas. Osoba nigdy nie jest pozostawiana sama sobie, z wyjątkiem czasu gdy się modli, poza tym czasem zawsze ktoś jej towarzyszy. Wspólna jest modlitwa poranna, wspólne spanie, wspólne wykłady. "Matka", "ojciec" duchowy powinni towarzyszyć osobie werbowanej w workshopach. Oznacza to dla nich ciągłe wysłuchiwanie tych samych wykładów, ciągłą modlitwę , poszczenie lub umartwianie się żeby być jak najdoskonalszym i służyć przykładem. Oczywiście nie zwalnia ich to od stałego werbowania nowych dzieci duchowych. W każdej chwili można też być odwołanym na fundraising. Prawdziwa miłość (True Love) jest też swoistą utopią. Zakłada że można pokochać każdą osobę. Szlachetna w swym zamyśle idea, że każdy człowiek jest godny miłości zostaje uznana za prawdę absolutną. Prawdziwe uczucia ludzkie zostają podporządkowane idei. Czyli "True love" jest ważniejsza od "zwykłej" miłości bo jest prawdziwa, jest prawdą przez duże P. Jeśli twoje uczucia są niezgodne z doktryną grupą musisz je w sobie stłumić. Również pociąg seksualny, który towarzyszy rodzącemu się uczuciu jest zły. Powoduje to taki skutek że człowiek czuje się bezradny wobec swoich uczuć, jakby z nich wyprany i zaczyna mu to być obojętne. Jego naturalne sympatie stają się przeszkodą w dążeniu do doskonałości. Oczywiście upragniona doskonałość nigdy nie nadchodzi. Wszelkie wątpliwości rozwiewa grupa lub lider. Rozmowy służą praktycznie jednemu, umocnieniu się w słuszności Prawdy i stłumieniu wątpliwości. Wyznawca racjonalizuje swoje uczucia i poglądy (usprawiedliwia lidera i grupę, stosuje wyparcie potrzeb). Zmniejsza w ten sposób uczucie napięcia jakie towarzyszy mu gdy dopadają go "złe myśli". Wyznawca wierzy że wszelkie złe informacje dotyczące sekty są od szatana co pomaga mu w racjonalizowaniu swoich myśli (ułatwia przyjęcie Prawdy za swoją). Może tłumić wątpliwości poprzez nucenie świętych pieśni, ponowne przeżywanie wspólnie przeżytych chwil. Niestety przyjaźń w sekcie jest uczuciem warunkowym, nie myślisz tak jak my musisz grupę opuścić, wspólna idea scala grupę a niezależne myślenie jej zagraża, dlatego nie może być tolerowane.
    • 0 komentarzy
    • 1055 wyświetleń
 

Najcieplejsze miejsca na świecie

W takie dni jak dziś prawdopodobnie każdy śni, ażeby słupek rtęci przewyższył 0 stopni Celsjusza. Kiedy u nas zaledwie stopniowo porzuca się siarczysty mróz, są na świecie takie terytoria, gdzie trwają piekielne temperatury. Oto lista najgorętszych miejsc na glebie.
Każdy przypisuje własną definicję gorąca. Dla jednych rozpoczyna się ono od 20 stopni Celsjusza, dla drugich wysoką granicą może być 25 stopni. Jednak wciąż znajdą się osoby, które powiedzą "to niewystarczająca ciepłota". W owych terytoriach z pewnością przestaliby narzekać. Ze względu na niedostępność wielu pustynnych obszarów oraz wykorzystaną technikę testu różnorodne źródła wskazują przeciwstawne liczby. Pomimo rozwiniętej mechaniki określenie najgorętszego miejsca na planecie jest ciągle niewykonalne. 3. Ghadamis, Libia
Podium zapoczątkowuje będące tuż przy granicy z Algierią i Tunezją libańskie centrum Ghadamis. Mury oblegające miasteczko zostały wpisane na ewidencję światowego dziedzictwa UNESCO. Najwyższa odnotowana ciepłota: 55 2. Dolina Śmierci, Kalifornia
Dolina Śmierci - jedno z mocno powszechnych terytoriów na tejże specyfikacji i równocześnie najcieplejsze w całej Ameryce. Leży się w południowej części stanu Kalifornia na pustyni Mojave. Dolina Śmierci w 1933 została rzeczona państwowym posągiem USA, natomiast w 1994 parkiem narodowym. Jakiegokolwiek roku przybywają tu masy zwiedzających. W gorące dni teren potrafi podgrzać się do blisko 100 °C, co pozwala choćby na smażenie jajek.
Rekordową ciepłotę zaobserwowano tu 10 lipca 1913 roku. Słupek rtęci wystawiał wówczas 56,6 stopni Celsjusza. Pomimo iż z niniejszym wynikiem Dolina Śmierci znajduje się na kolejnym miejscu, do teraz uważany jest toż za ogólnoświatowy rekord. Największa zapisana ciepłota: 56,6 1. El Azizija, Libia
Przez wiele lat uważano, że to właśnie w północno-zachodniej części Libii znajduje się najcieplejsze miejsce na świecie. Zrobiony 13 września 1922 roku test podawał wynik 58 °C zaś przez 90 lat uważano to za rekordową ciepłotę. Po wielu latach dokonano powtórnej obserwacji tego wyniku. Dokładniejsze analizowania wskazały, iż istota odpowiedzialna za pomiary pokręciła się o blisko 7 stopni Celsjusza. Nie zmienia to faktu, iż jest tu upalnie. Najwyższa zauważona ciepłota: 57,7/51 Czy może być cieplej? Pewnie! Nieszczęśliwie nie gdziekolwiek da się dokładnie pomierzyć ciepłotę powietrza ze względu na brak stacji meteorologicznych. Jedno jest dobre - na świecie mieszczą się pogodniejsze terytoria. Można myśleć, że najcieplejsze terytoria na globie znajduje się w Iranie, a właśnie na pustyni Lut. To właśnie tam, indywidualna z satelit NASA zanotowała ciepłotę 70,7 °C. Źródło: http://rzucijedz.pl/ciekawe-fakty/433-najcieplejsze-miejsce-na-ziemi

drapak212

drapak212

 

Świadkowie Jehowy a ONZ

Kiedyś, zdarzyło mi się odbywać studium Biblii z "Akwizytorami Dobrej Nowiny". 
W trakcie jednej z "lekcji" (jak lubiłem żartobliwie mówić n te spotkania) jeden ze Świadków, wspomniał, że biblijną Bestią z Księgi Apokalipsy jest ONZ. Nawet na JW.org o tym pisze. (Specjalnie zrobiłem tak duży skrót ekranu, żeby było widać, że to z ich strony a nie jakieś "odstępcze bluźnierstwo"). Nie będę tutaj niepotrzebnie rozpisywał, żeby na końcu dać coś, co już teraz przewidujecie, że do tego zmierzam. Tak więc: JEHOWI BYLI W ONZ. A sama Organizacja się z tym nie kryje.
Dowód zostawiam tutaj. I co możemy tu przeczytać? Chodzi w tym przytaczanym fragmencie o to, że ONZ informuje każdego, kogo może ta informacja dotyczyć, że ichniejszy Dział ds. Organizacji pozarządowych dostawał sporą ilość zapytań odnośnie członkostwa Strażnicy – Towarzystwa Biblijnego i Traktatowego w Nowym Jorku w ONZ-owskim Departamencie Informacji Publicznej (DPI - z angielskiego: Departament of Public Information).  Jehowi wyszli z wnioskiem o członkostwo w DPI w 1991, a przyjęci zostali rok później. Wchodząc w szeregi DPI, Jehowi przyjęli do świadomości oraz zaakceptowali warunki członkostwa wśród których wymienione zostają m.in. poszanowanie dla Karty Narodów Zjednoczonych a także podjęcie zaangażowania i środków na rzecz propagowania programów informacyjnych ONZ w społeczeństwie oraz (chyba?) wśród swoich wyznawców.  Podejrzewam, że zaraz jakiś złośliwy Świadek Jehowy mi wytknie "Ha! Mam cię odstępco! Nawet nie wiesz co tu jest napisane!" - i tu od razu zaznaczam, faktycznie mój angielski nie jest biegły na tyle by móc się posługiwać tym językiem na tyle swobodnie żeby np. czytać zagraniczne publikacje, ale jak spojrzę na jakiś w miarę krótki tekst, to z grubsza wiem o co chodzi. Zresztą, chyba się część z was ze mną zgodzi, że niektóre dokumenty są posiane tak zaawansowanym angielskim, że zrozumieć je można tylko w sytuacji, kiedy angielski zna się na niemal identycznym poziomie co rodzony Amerykanin, Brytyjczyk czy inny Australijczyk.  Wracając jednak do tematu - kłopotliwym słowem jest tu "constituents" które oznacza "wyborcę". Stąd wydaje mi się że prawdopodobnie chodzi o członków Strażnicy vel. pospolitych Jehowych. Jeśli się myle, to proszę mnie poprawić, a chętnie naniosę tu właściwą poprawkę   Dalej pisze, że w Październiku 2001 roku, mili Panowie z Brooklynu, (a jednak nie -  bo od ponad roku są oni z Warwick) grzecznie poprosili aby ich wypisać. W związku z tym, Świadkowie Jehowy - na ich własną prośbę - zostali wyrzuceni z OZN w dniu 9 października 2001 roku.  Przeskakujemy do dalszej części dokumentu. Pisze tu, że ONZ pragnie poinformować, że polityka Departamentu Informacji Publicznej Narodów Zjednoczonych ma na celu zachowanie poufności w korespondencji między Organizacją Narodów Zjednoczonych a organizacjami pozarządowymi zrzeszonymi w DPI. Zamieszczają jednocześnie akapit z listu który został wysłany w 1992 do wszystkich NGO stowarzyszonych z DPI. ONZ informuje w nim stowarzyszone ze sobą NGO, aby te miały świadomość, że jednym z celów ich współpracy jest propagowanie zasad ONZ oraz jej działań i osiągnięć. W związku z tym mieli oni prośbę do tych NGO aby informowały one ONZ o swoich działaniach w tym zakresie. Jednocześnie dołączyli do listu stosowną broszurę która miała szczegółowo wyjaśniać „co i jak”. Podano także kryteria dla tego typu organizacji, które chciały się przyłączyć do ONZ musiały spełniać następujące warunki: W owych punktach chodzi o następujące kwestie:  Dana organizacja pozarządowa podziela zasady zawarte w Karcie ONZ.  Nie powinna działa dla zysku. Wykazać zainteresowanie problematyką Narodów Zjednoczonych i mieć siłę przebicia celem dotarcia do dużych lub wyspecjalizowanych grup odbiorców, takich jak nauczyciele, przedstawiciele mediów, decydenci i środowisko biznesowe. Muszą działać na rzecz promowania działań ONZ poprzez publikowanie biuletynów i broszur informacyjnych, organizowanie konferencji, seminariów itp. oraz współpracować w tym zakresie z mediami. W kontekście tych kryteriów oraz omawianego tematu, bardzo wymowne jest ten artykuł Jehowych: I odnosząc to do tego co napisało ONZ: Widać że Jehowi bycie "zainteresowanym problematyką Narodów Zjednoczonych" wzięli zbyt poważnie Tak propos: przypis do punktu czwartego wygląda tak: A mogliby podać tak źródło, czy podają wyssane z palca informacje? Swoją drogą, ciekawi mnie jedna rzecz. W punkcie 1 piszą „Twór polityczny. Organizacja Narodów Zjednoczonych popiera świat polityki, stojąc na straży „suwerennej równości wszystkich jej członków” Z ciekawości, poszperałem trochę na JW.org i trafiłem na artykuł pt. Jesteśmy jedną rodziną. Cytują swoją wersję Biblii, by na jej podstawie stwierdzić, że ichniejszy Bóg „nie jest stronniczy, lecz w każdym narodzie godny jego upodobania jest człowiek, który się go boi i czyni to, co prawe”  Jak dla mnie, jest to ewidentnie „suwerenna równość” Jehowych. Następnie piszą że „Podobieństwo do ogólnoświatowego systemu politycznego. Od roku 2011 w skład Organizacji Narodów Zjednoczonych wchodzą 193 państwa członkowskie. Z tego względu twierdzi ona, że reprezentuje ogromną większość narodów świata.” – czyli, mając na uwadze, że pomiędzy 1992 a 2002  reprezentowali też was, sami jesteście podobni do systemu.
  Lecimy dalej: „Władza pochodząca od innych rządów. Organizacja Narodów Zjednoczonych zawdzięcza swe istnienie państwom członkowskim i posiada taki zakres władzy, jaki one jej przyznają.” – a więc, kiedy przez 9 lat byliście stowarzyszeni z ONZ, próbowaliście w jakakolwiek sposób ograniczyć władzę ONZ? Obecnie nic nie wskazuje aby tak się wówczas działo. Tak więc jesteście pieprzonymi hipokrytami. Następnie zarzucają ONZ, że ta „Znieważa Boga”. Argumentują to w ten sposób: „Organizację Narodów Zjednoczonych powołano po to, by „utrzymać międzynarodowy pokój i bezpieczeństwo”. Cel ten może się wydawać szczytny, jednak w gruncie rzeczy ONZ znieważa Boga — przypisuje sobie możliwość dokonania tego, czego dokona wyłącznie Jego Królestwo„ A nie jest znieważaniem Boga przeinaczanie jego słów jak to Jehowi lubują robić? Sami lubią przecież np. tłumaczyć Biblię na inne języki bezpośrednio z języka angielskiego, NAWET NA HEBRAJSKI! Źródło tutaj (przewińcie film na 1:15). Rozumiecie na czym polega problem? To tak jakby obcokrajowiec, dajmy na to Amerykanin, wziął Pana Tadeusza pisanego oryginalną XIX-wieczną polszczyzną, przetłumaczył go na współczesny angielski, następnie te anglojęzyczne tłumaczenie, jeszcze raz przetłumaczył, tym razem na język polski i nazwał to „wydaniem zrewidowanym” lub czymś w tym rodzaju. A właśnie to Jenowi zrobili z Biblią po hebrajsku. Jak wcześniej wspomniałem, jeśli ktoś to znieważa Boga, to tylko oni. I tak na zakończenie. Są tu chętni by poczytać Statut Świadków Jehowy? Mam go z pewnego źródła bo z samego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, do którego kiedyś z ciekawości napisałem , z zapytaniem, czy posiadają takowy w związku z faktem, że swego czasu zaakceptowali ich procedurę rejestracji. Dla zainteresowanych, link tutaj. I tak, wiem. Jest to zewnętrzny serwis z którym nie mam nic wspólnego, jednak dokument który dostałem z MSWiA jest identyczny. Także wiem z pierwszej ręki, że Statut zamieszczony na tej stronce jest autentyczny. I na dzisiaj to tyle. 
Trzymajcie się. 

Marvel90

Marvel90

 

Szczęście, żart i nieporozumienie.

Rzecz się działa w niezbyt odległych czasach kiedy byłem jeszcze studentem. Przez wszystkie lata studiów miałem naprawdę głupie szczęście trafiać na Jehowych kilka razy w miesiącu. Szczęście te przeniosło się także na miejsca poza miastem akademickim. Tak też – gdziekolwiek wtedy bym się nie wybrał; czy to podczas wakacji, spontanicznego wyjazdu ze znajomymi, jednodniowego wyjazdu do innego miasta itp. zawsze trafiałem na Jehowych. Nawet przy wyjazdach za granicę. Owe szczęście do „Akwizytorów Dobrej Nowiny” utrzymuje się do dzisiaj, mimo pożegnania się ze studenckim życiem. Jakby jakaś niewidzialna siła ich przyciągała do mnie. Zawsze mnie to jednocześnie śmieszyło oraz irytowało. Przechodząc jednak do meritum: będąc jeszcze na studiach: zdarzyło mi się wrzucić na swój fejsowy profil żartobliwy (w zamyśle) post odnośnie tego, jakobym był w jakiś sposób oznaczony przez Jehowych, i ci za pomocą rzekomej aplikacji szpiegowskiej tylko wypatrywali gdzie akurat jestem, by „niby przypadkiem” się pojawić w tym miejscu, akurat gdy będę tamtędy przechodził. Nie minęło dużo czasu, coś około dwóch tygodni, kiedy błogie lenistwo w akademiku przerwało pukanie do drzwi. Otwieram je, i kogo widzę? Nie trudno się domyśleć. Mili Państwo się przedstawili i powiedzieli, że ponoć sam sobie ich zamówiłem (vel. Poprosiłem o studium Biblii) więc ci w odpowiedzi na moje zgłoszenie przyszli. Z miejsca się zorientowałem, że ktoś z moich znajomych, widząc mój niedawny post na niebieskim portalu społecznościowym, postanowił zrobić mi dowcip. Nie wiem co we mnie wtedy wstąpiło ale jakiś wewnętrzny głos (pewnie Diabeł albo ta złośliwa istota od sytuacji typu „Byłaby szkoda gdyby [coś tam się wydarzyło]”) zasugerował mi żeby ich wpuścić a nawet zaproponować herbatę. Powiedziałem Jehowym, że padliśmy ofiarą żartu któregoś z moich znajomych, na co mi odpowiedzieli, że się tego domyślili a nawet – o dziwo - spodziewali, bo to nie pierwszy raz, jak ich wysłano do akademika, a na miejscu się okazało, że to był „fałszywy donos”. Rozmowa szła nam o przysłowiowym „wszystkim i niczym”. Okazało się, że zarówno z Panem jak i Panią JW. mamy wspólnych znajomych w moim rodzinnym mieście. Pogadaliśmy i koniec końców przyszło się pożegnać. Na sugestię żeby może jednak się skusić na studium Biblii odmówiłem, starając się dość dyplomatycznie zasugerować, że ze mnie byłby taki Jehowy jak z koziej dupy trąbka. Niby wszystko było ok, ale jak to mówi pewien YouTuber – Nic bardziej mylnego. Minęły kolejne dwa tygodnie – przyszedł do mnie Pan Jehowy który był poprzednio. Tym razem w towarzystwie Jehówki która była w moim wieku i – mówiąc bez ogródek – wpadła mi w oko. Cwani Jehowi spróbowali podejść mnie „na stuleję”. I głupio się przyznać, udało im się. Do czasu, ale jednak udało. Zdecydowałem się odbyć studium Biblii.  I parę razy nawet pojawiłem się na zborowym zebraniu. Aż któregoś dnia wydarzyło się podwójne kombo które spowodowało że bańka prysnęła.
Na jednym z zebrań zborowych, Pan Jehowy spytał mnie, czy chciałbym po zebraniu, wybrać się do ów koleżanki do domu na pogawędki na tematy biblijne. Na miejscu się dowiedziałem, że popełniłem jeden z największych błędów w moim życiu. Oprócz mnie i tejże dziewczyny, w mieszkaniu była chyba połowa Jehowych z tego miasta. Mieszkanie było natomiast w typowej „Wielkiej Płycie” więc nie muszę mówić, jaki był ścisk. Po godzinnej pogawędce ze wszystkimi zgromadzonymi Jehowymi, okazało się, że był to tylko wstęp do projekcji najnowszego wówczas odcinka JW. Broadcasting…. W międzyczasie okazało się, że koleżanka którą mnie przekonali „na stuleję” jest już dawno na wydaniu i w drodze był już ślub….. Moja reakcja była mniej więcej taka jak na tym filmiku:   Fakt, że ta dziewczyna jest już poza moim zasięgiem było dla mnie „zimnym prysznicem” który pomógł mi w końcu wyjść z głupiego letargu i zauważyć, że Jehowi tak naprawdę chcą każdym możliwym sposobem przerobić mnie na kolejnego „Akwizytora Prawdy”. To w połączeniu z próbą wrobienia mnie w spędzenie całego dnia z Jehowymi na odmóżdżającym „VOD Jehowy” i jego omawianiu, było dodatkowym impulsem który wzmocnił uczucie zrezygnowania. Zwyczajnie wstałem i jakby nigdy nic wyszedłem w cholerę i przestałem się do jakiegokolwiek Jehowego w [moim mieście studenckim] odzywać, a nawet mimowolnie, w niekontrolowanym odruchu zacząłem mieć na nich „alergię”. Przyznaje, jest trochę mojej winy że dałem się im wciągnąć. Nie mniej metoda z ów dziewczyną, do której już na „dzień dobry” nie miało się szans było po prostu wredne.   Jak teraz wspominam to z perspektywy czasu; zauważam kilka rzeczy. Nadgorliwość gorsza od faszyzmu – wystarczyło, że podczas „zauroczenia” koleżanką, raz się nie pojawiłem na zebraniu i od razu było dociekanie, że dlaczego mnie nie ma, co się dzieje itp. Chyba tylko najbardziej nadopiekuńcze matki czy przesadnie zazdrośni partnerzy byliby bardziej wścibscy. Myśleli, że skoro jestem zainteresowany to od razu będę Jehowym. A nie brali pod uwagę, że miałem infantylną nadzieję, na te dziewczynę.
  Ich Zebrania/Kongresy/”pamiątki” itp. są bardzo… świeckie. Jak na wyznanie które na każdym możliwym kroku emanuje swoją religiocentrycznością, ich obrzędy są wyprane z jakiegokolwiek duchowego uniesienia, i to do granic przesady. Zebrania są niczym jak akademicka dyskusja na wybrany temat. Nawet nie tyle dyskusja, co analiza konkretnego tekstu z brakiem możliwości w pełni swobodnego zejścia na inny temat – nawet jeśli stało się to w sposób całkowicie naturalny.
  Podobnie Kongresy – miałem okazję być na jednym, aczkolwiek nie miało to nic wspólnego z opisywaną wcześniej sytuacją.  W moim subiektywnym odczuciu Kongresy w żaden sposób nie są uroczystością religijną, tylko czymś w rodzaju Walnego Zgromadzenia akcjonariuszy. Dodatkowo jest to urozmaicone przemowami prelegentów na tematy związane z działalnością korporacji oraz jej kulturą zarządzania głoszeniem „światusom” „prawdy” oraz projekcją propagandowych filmów mówiących o tym, że w kupie siła poza Jehowymi nie ma życia. Gdyby te religijne określenia pokroju Jehowa, wiara, głoszenie oraz dobrowolne datki na ogólnoświatową działalność ewangelizacyjną zastąpić Prezesem, misją przedsiębiorstwa, zakresem wykonywanych obowiązków oraz zbiórką funduszy na prowadzoną przy przedsiębiorstwie Fundacji na rzecz potrzebujących, wyszłoby z tego wypisz wymaluj coś w stylu Walnego Zebrania akcjonariuszy.
  „Pamiątki”  - czyli ichniejsza wersja Komunii Świętej/Wieczerzy Pańskiej – podobnie jak wyżej, ale ograniczone do prelekcji na temat ideologii firmy oraz jej odpowiedzialności społecznej tego, że tylko JW. dostąpią zbawienia (chociaż niezupełnie) oraz przekazywaniem sobie z rąk do rąk przez wszystkich obecnych jakiegoś sikacza i marketowych podpłomuyków….chleba i wina.
  Jak sami tłumaczą swoją nadgorliwość – nawracają ludzi ponieważ Biblia im tak nakazuje albo inne „a nóż się uda”. Ciekawi mnie czy zaakceptowaliby taką samą argumentację, gdyby ich zaczęli nachodzić np. Mormoni? Przecież, skoro sami uzasadniają swoje postępowanie w taki sposób, to powinno być dla nich czymś oczywistym jak oddychanie, jeśli inna osoba będzie postępować w podobny sposób z identycznych pobudek. Jeśli macie swoje spostrzeżenia odnośnie moich streszczonych przygód z Jehowymi, to chętnie je wysłucham.

Marvel90

Marvel90

 

JW Broadcasting z listopada 2017 (vel. Wiarygodność materiałów JW) - moje spostrzeżenia

Wszedłem sobie dziś na stronę telewizji internetowej Świadków Jehowy. Zdecydowałem się na włączenie broadcastingu z listopada 2017.  I tak słuchając, naszło mnie kilka przemyśleń, które chcąc uchronić przed zapomnieniem, postanowiłem wrzucić do niniejszego wpisu. Link do filmu macie tutaj: https://tv.jw.org/#pl/mediaitems/StudioMonthly2017/pub-jwb_201711_1_VIDEO Tak więc, Prowadzący Dawid Splane wspomina o tym, jak to Jehowi wielce rzetelnie przykładają się podczas pracy przy redagowaniu „Strażnicy” czy innego „Przebudźcie się!”. Otóż – jak twierdzi – zawsze sprawdzają źródła na które się powołują. I to ponoć drobiazgowo. Jeśli cytują np. jakiś artykuł prasowy, to sprawdzają biografię dziennikarza oraz/lub jego gazety żeby mieć 100% pewność, że mają do czynienia z kimś godnym zaufania. Chcą niby w ten sposób wykluczyć organizacje o rzekomo wątpliwej reputacji oraz takich których działalność jest etycznie wątpliwa lub niejasna. Dodatkowo sprawdzają kontekst cytowanej wypowiedzi, aby – jak zauważa się w tym broadcastingu – uniknąć sytuacji w której mieliby powołać się na ewolucjonistę, który skonstruował swoją wypowiedź tak, by wyrwana z kontekstu, brzmiała jak poparcie dla teorii ewolucji. Jako drugi przykład podano sytuację z cytowaniem osoby niewierzącej której wypowiedź wskazuje na istnienie siły wyższej.  Wspomnieli też o rzekomej rozmowie jakiś randomowych Świadków z jakimś biologiem, który zachwycony rzetelnością ich publikacji w której wspominali coś na temat drzew, stwierdził, że zacznie z Jehowymi studiować Biblię. Powód? Skoro są tak dokładni przy naukowych kwestiach, to przy religijnych będą tym bardziej. Przyznam, że jak to wysłuchałem, to zapaliła mi się przysłowiowa lampka nad głową, a nawet dwie i więcej. 1. Po pierwsze: czemu nigdy nie podają tych przypisów w wydrukowanej wersji, którą tak ochocza rozdają ludziom na ulicy lub pod drzwiami?  Skoro są tak rzetelne, że nawet naukowców przekonują do siebie, to nie mają się czego wstydzić. A jednak takich przypisów nie ma. Jedyne odwołania na które udało mi się trafić, to takie jak na poniższym zrzucie ekranu (link do strony źródłowej): I to ma być ich ta rzetelność? Nie podali autora/autorów, numeru strony, roku wydania itp.
W dodatku Jewish Encyclopedia jest w pełni zdigitalizowana, link tutaj. Tak więc w przypadku tego konkretnego źródła, mogli nawet podać link do konkretnej strony WWW z której wzięli daną informację.  Co ciekawe, jakoś nie zapominają podać dokładnego przypisu jeśli się powołują na swoje własne publikacje. I tu też screen z ich strony (źródło): 2. Ciekawe, czy tak dbają o kontekst wypowiedzi w przypadku wersetów do ich własnej Biblii? Przykładowo tutaj: https://www.jw.org/pl/publikacje/czasopisma/straznica-do-studium-marzec-2018/chrzest-wymaganie-dla-chrzescijan/
Napisane jest (cytuję):
 
A co jest napisane w przytaczanych fragmentach Biblii? Dodam, że skorzystałem nawet z ich własnej wersji Pisma Świętego. W 2 Liście do Koryntian napisane jest:
   – tutaj dałem cytat od wersetu 14 dla szerszego kontekstu.
A w Ewangelii Mateusza napisane jest natomiast:  – i podobnie jak z „Koryntian”; zacytowałem fragment od 22 rozdziału.   I gdzie jest tu mowa o chrzcie o którym wspominają w linkowanym artykule?? Świadkowie Jehowi sami z siebie – jak twierdzi Prowadzący omawiany Broadcasting – przykładają dużą wagę do tego aby ich artykuły itp. Były możliwie najrzetelniejsze poprzez m.in. unikanie wyrywania wypowiedzi z kontekstu, a sami postępują w ten sam sposób. Wsłuchując dalej w wypowiedzi prowadzącego – wspomina on o konieczności cytowania z oryginalnego języka. Tak żeby cytując lub tłumacząc, bazować na oryginalnej wypowiedzi. A jak sprawa wygląda z ich Biblią? Sięgnąłem nawet po swój egzemplarz ich wersji Pisma Świętego i sami przyznają na jednej z pierwszych stron że przetłumaczyli wprost z języka angielskiego. Sami się z tym nie kryją.
Niby uwzględnili język oryginału, ale tłumaczyli bezpośrednio z języka angielskiego. Tak więc wynik pojedynku Rzetelność vs. Świadkowie Jehowy = 2:0 dla Rzetelności. Dodam jeszcze jedną rzecz. W tym Broadcastingu Prowadzący sam wspomina, że przypadku redagowania tekstów do ich publikacji, nie byłoby niczym dziwnym gdyby jeden ze Świadków zadzwonił np. do dziennikarza który napisał jakiś artykuł chcąc sprawdzić jego rzetelność. Jak Jehowi uniknęli sytuacji ze sprawdzaniem wiarygodności swoich tłumaczy? W najprostszy z możliwych sposobów: po prostu ich nie podali. Więc wynik teraz brzmi 3:0. Dodatkowo, wspomniane jest w  tym filmie, że zawsze podają możliwie najświeższe źródła. A z którego roku jest wspomniana The Jewish Encyclopedia? Z 1906, co możecie sprawdzić na stronę tejże encyklopedii. A w jednym ze swoich artykułów powołują się na „świeższe” wydania z roku 1910 oraz 1976.


Przyznaję, przy ’76 podali stronę, więc wyjątkowo punkt dla nich. Szkoda tylko, że w pozostałych przypadkach nie są tak skrupulatni. Te nieścisłości które wyłapałem pochodzą z pierwszych 7 minut tego Broadcastingu. W 7 minucie 15 sekund, pojawia się motyw zawodności ludzkiej pamięci. Podają przy tym przykład Świadka który się ochrzcił któregoś dnia któregoś roku, co wynikało z jego pamiętnika. Problem w tej hipotetycznej sytuacji pojawia się wtedy, gdy okazuje się, że z jego wpisu wynikało, że ochrzcił się we wtorek a Jehowi swoje Kongresy zawsze mają w weekend. Jak rozwiązać problem? Za pomocą wspomnień innego Świadka... A może po prostu sprawdzić wszystkie Kongresy z tamtego okresu i zobaczyć który z nich był najbliższy datą? Przecież prowadzą statystyki odnośnie ilości chrztów itp. więc powinni mieć w swoich archiwach zapisane kto kiedy się ochrzcił. I tu kolejny news: w 9 minucie 40 sekund pojawia się informacja o tym, że Sfinks nie mógł – jak podaje cytowania przez JW. Encyklopedia – w roku 2550 p.n.e skoro 200 lat później miał miejsce Biblijny Potop…. Jak to usłyszałem to pierwsze co mi przyszło do głowy to: „Co kuźwa?”. I szperając w internecie, jedyne źródło mówiące o tym jakie znalazłem o oczywiście… strona Świadków Jehowy.   Ciekawi mnie: skąd wzięli informacje o tym, że Biblijny Potop faktycznie miał miejsce??   12 minuta 7 sekund: Prowadzący odnosi się do sytuacji w jakiej znajdowali się pierwsi chrześcijanie. Na co się powołuje mówiąc o tym? Na tzw. „pewne źródło” oraz na anonimowe „spostrzeżenie” w I wieku które również pochodzi z niewiadomego źródła – mimo, że parę minut wcześniej sam wspominał o potrzebie podawania rzetelnych źródeł. W 18 minucie Prowadzący wspomina, że dziękuje swojej religijnej korporacji za poważne podchodzenie do rzetelności. Szkoda tylko, że z nią różnie bywa. Podane przede mnie wcześniej przykłady znalazłem na szybko. Gdybym poświęcił więcej czasu, być może znalazłbym więcej. Następnie – w 19 minucie, do głosu dochodzi drugi z prowadzących, James Mantz który na „dzień dobry” zarzuca mediom stronniczość bazującą na podawaniu informacji bazujących na emocjach oraz subiektywnych opiniach, jako faktów. Ciekawi mnie, czy tak samo poddaje w wątpliwość wspomniany ponoć-fakt, odnośnie Potopu? Następnie pokazują jakiś filmik z którego wynika jakoby opierali się wyłącznie na Biblii. A każdy kto ich spotkał, chyba zauważył, że równie często, jeśli nie częściej, powołują się na swoje publikacje, materiały z JW.org a czasem nawet na filmy z JW. Broadcasting. A w tych ostatnich jest więcej wypowiedzi osób w studiu, niż cytowania Biblii. Więc stwierdzenie, że powołują się wyłącznie na Pismo Święte, jest mocno dyskusyjne. W 20 minucie 4 sekundy dwie osoby odpowiedzialne za dobór materiałów, wspominają o tym, że w swojej pracy unikają takich źródeł, które przedstawiają czyjeś przekonania lub opinie na dany temat, a także tekstów osadzonych w konkretnych warunkach politycznych i społecznych. Czyli z automatu negują też Biblię? Wspominają też o tym, że każdy artykuł obszernymi materiałami źródłowymi tj. że zanim coś napiszą, mają od tego stos tekstów do których mogą zajrzeć i że niby jedna strona artykułu jest oparta na 12 źródłach. Szkoda, że w większości przypadków są to takie lakoniczne odesłania jak pokazane wcześniej:   W 22 minucie wspominają rzekomy cytat Gundiego, który po dokonaniu przez Jehowych researchu, okazało się, że żadne źródło go nie potwierdza, więc nie mogą się na niego powoływać. Z kolei o biblijnym Potopie to wspominają, o rzekomej dacie jego wystąpienia (2370 rok p.n.e) jako o najoczywistszej prawdzie. Widać, że są konsekwentni. 23 minuta 50 sekund Pan Mantz zarzuca niektórych, nieokreślonym osobom, że na przestrzeni lat, próbowały przekręcać słowa Biblii. A sami zapominają o swoich własnych przeinaczeniach. Ale to historia na inny wpis. 25 minuta – pokazana jest hipotetyczna sytuacja w której jeden młody chłopak, będący uczniem podstawówki, ma moralny dylemat odnośnie podpisania się w szkole na laurce dla chorego kolei z klasy. Dlaczego się nie podpisze? Bo „Jehowi nie obchodzą urodzin”. A w przedstawionej sytuacji nikt nie mówi o ich obchodzeniu, tylko o wykonaniu miłego gestu w stronę chorego kolegi. Nawet sam chłopiec sam ma wątpliwości wynikające z tego, że przecież niewinny podpis niczemu nie szkodzi. Nie podpisuje przecież paktu z diabłem, ani też nie wybiera się na imprezę urodzinową. W trakcie tej historyjki, przytaczany jest cytat z Listu do Efezjan 5:10 który stwierdza, iż trzeba się upewniać co się chrześcijańskiemu Bogu podoba. I Jehowi to interpretują, że wśród niedozwolonych czynności, znajduje się także obchodzenie urodzin. Szkoda, że zapominają też o innych wersetach które nakazują chociażby: – więc drodzy Świadkowie; na swoich zebraniach, kobiety niczym ryby, głosu nie mają – tak więc jeśli facet nie może znaleźć sobie kobiety a ma „turbociśnienie” by zmienić ten stan rzeczy, to właśnie został poinstruowany. – zna ktoś brodatego Świadka Jehowy?  Tak więc jeśli Świadkowie Jehowy chcą faktycznie opierać się na Biblii, niech zastosują się do powyższych zasad. Inaczej można im zarzucić brak konsekwencji.   I jeśli chodzi o ten wpis, to zakończę na tym, gdyż trochę się rozpisałem a nie chce żeby ten tekst był przesadnym TL:DR. Dalszą część filmu – ewentualnie przerobię w którymś z następnych wpisów.

Marvel90

Marvel90

 

Czysta wątroba

Jeżeli nie wiecie co to są złogi to zajrzyjcie na http://czysta-watroba.pl/ Warto wiedzieć jak można się ich pozbyć

misi23

misi23

 

Strażnica Listopad 2016

Właśnie przeczytałem sobie Strażnicę z listopada 2016. Mamy nowe Światło co do niewoli Świadków Jehowy, i trochę o Ciele Kierowniczym i konieczności poddania się mu i wiernej służby Organizacji, itp.  Najciekawszy wpis dotyczy Badaczy Pisma Świętego/ŚJ, że "najwyraźniej nie trafili do niewoli Babilonu Wielkiego w roku 1918", s. 23, akapit 7. Strażnica Listopad 2017. NIe wiem co do 1919 roku, od kiedy nauczają, że wtedy Jezus objął władzę? Z tego co pamiętam, to uczono, że odbyło się to w 1914 lub 1918. W każdym razie polecam postudiować ostatnią Strażnicę  

ihtis

ihtis

 

Najważniejsze dokumenty

Boska Zasada po polsku   http://smmoon.pl/images/52/pbz11_zasady_%20stworzenia.pdf   Konstytucja "Królestwa Bożego"   http://www.unification.net/cig/Cheon_Il_Guk_Constitution.pdf   Ślubowanie   http://www.smmoon.pl/images/50/slubowanie.pdf  

Smerfetka

Smerfetka

 

świadectwo

Chciałabym opisać doświadczenie, które piętnem odcisnęło się na moim życiu i sprawiło, że inaczej zaczęłam odbierać świat jak również zmieniło mój światopogląd.  Spotkałam ludzi, którzy mnie całkowicie oczarowali i sprawili , że chciałam pójść za nimi na koniec świata. Oczywiście wówczas nie wiedziałam, że mam do czynienia z organizacją parareligijną.
Byłam wówczas na IV roku studiów i odbywałam praktykę studencką. W trakcie spaceru po Ostrowie Tumskim we Wrocławiu na tzw. zielonym mostku natknęłam się na trzy dziewczyny. Dwie Japonki i Polkę. Jedna z nich podeszła do mnie. Sądziłam, że chodzi o wskazanie drogi, podeszłam, więc z nią do pozostałej dwójki. Dziewczyny wręczyły mi ulotkę CARP-u (Akademickie Stowarzyszenie na Rzecz Urzeczywistnienia Wartości Uniwersalnych). Przeczytałam ulotkę, która bardzo mnie zainteresowała, jako naiwna młoda dziewczyna wierzyłam , że coś takiego jak wartości uniwersalne istnieją i spodobało mi się to określenie, chwyciłam haczyk. Dwie z nich - Japonki - usiłowały mi coś powiedzieć, W końcu zrozumiałam, że zostałam zaproszona na film oraz wieczorek z posiłkiem. Ucieszyłam się nawet bo byłam wówczas dość biedną studentką. Poza tym nie pachniało w ogóle jakimkolwiek wyznaniem. Teraz wiem, że to taki taktyczny zabieg. Sądziłam, że mam do czynienia z jakąś międzynarodową organizacją studencką. Chętnie zgodziłam się na obejrzenie filmu. Zaintrygowała mnie również ulotka, wartości uniwersalne - to było coś dla mnie, coś, co mnie zaciekawiło i przyciągnęło. Dziewczęta otoczyły mnie i zaprowadziły do swojej siedziby. Po drodze zadawały mnóstwo pytań istotnych z punktu widzenia sekty : czy w coś wierzę, czy mam rodzinę. Porozumiewałyśmy się po angielsku- Sporo zdołały się o mnie dowiedzieć (pytały o mój wiek, stan cywilny, itp.,). Jednakowoż pytały w tak miły sposób, że nie czułam się osaczona. Odbierałam to jako miłe zainteresowanie moją osobą i niestety nie wzbudziło podejrzeń. Nie muszę dodawać, że ja ciągle nic o nich nie wiedziałam i szłam jak w dym. Wszystkie podstawowe informacje wyciągnęły ode mnie już na tym naszym pierwszym spotkaniu. Pierwsza siedziba ("Centrum") znajdowała się w centrum Wrocławia tuz przy placu Solnym. Tam też zaprowadziły mnie dziewczyny. "Centrum" bardzo mi się spodobało. Było bardzo czysto, w pokoju znajdowały się tylko podstawowe sprzęty. Spodobały mi się zdjęcia młodych skośnookich dziewcząt. Pomyślałam, że oni rzeczywiście urzeczywistniają te wartości uniwersalne. No, tak międzynarodowo się zrobiło. Okazało się, że nie tylko ja byłam zaproszona na film. W sumie było nas kilkanaścioro razem ze stałymi mieszkańcami. Wszyscy byli dla nas bardzo mili, tak uprzedzająco. Film nosił tytuł "Życie po życiu", zrealizowany na podstawie książki Moodego. Przyznaję, że zrobił na mnie duże wrażenie. Po filmie i dyskusji zostałam zaproszona na kolację. Oczywiście skorzystałam. Obecni to byli głównie studenci. Na czele grupy stał lider , który pokazywał się bardzo rzadko. Mimo wszystko grupa wydała mi się dość tajemnicza, ale to zamiast mnie zniechęcić tylko mnie zachęciło. Spodobało mi się że wszyscy byli tacy dla siebie mili, uprzedzająco. Atmosfera była naprawdę super, tak wydawałoby się luźna, wszyscy byli mną zainteresowani a szczególnie jedna osoba - moja matka duchowa!!! Nie wiedząc o tym i nie mając żadnej świadomości stałam się celem jej werbunku, byłam jej ukochanym dzieckiem duchowym!!! Ale jeszcze o tym nie wiedziałam. Zatem po wieczorku i po obietnicy że tam wrócę, odprowadzono mnie do akademika. Zdziwiła mnie ta propozycja ale skorzystałam. Pech chciał, że był wrzesień i że miałam wówczas praktyki studenckie, a praktykę, no cóż tuż koło centrum , pierwszego którego poznałam.  Odprowadzono mnie pod same drzwi akademika. Obiecałam, że następnego dnia wrócę. Tak też uczyniłam. Po praktyce wróciłam do "Centrum". Tym razem bardzo uważnie przyjrzałam się otoczeniu. Wysłuchałam swojego pierwszego wykładu. Wykład wydał mi się naiwny i infantylny. Byłam jedyną osobą która go słuchała. Po wykładzie wszyscy żywo zainteresowali się moją osobą. Dyskutowaliśmy. Atmosfera była bardzo przyjemna. Moja nowa „przyjaciółka” Y nie odstępowała mnie na krok. Podarowała mi swój pierwszy prezent dla mnie orgiami. Wszystko działo się dość szybko, chodzi o to żeby adept nie miał czasu na zastanowienie się nad tym o co tu w ogóle chodzi. Od razu pojawiły się natomiast zachęty abym wzięła udział w następnych wykładach, jakież było moje zdziwienie gdy lider prowadził wykład tylko dla mnie. Jakże to miło połechtało moją próżność!!! Byłam kimś wyjątkowym. Z drugiej strony zaczęłam się czuć jak osaczona. Moje poglądy były poddawane w wątpliwość, moja „matka duchowa” nie odstępowała mnie ani na krok, była tak miła. Zgodziłam się na uczestnictwo w 2-dniowych warsztatach (workshop). Miały się odbyć w weekend.  Zjawiłam się punktualnie. Uczestniczyłam w wykładach oraz w posiłkach i coraz bardziej mnie to wciągało. Spałam u dziewczyn, warunki były nieciekawe, no ale jeden weekend jeszcze jak się ma 24 lata można przeżyć. Młody człowiek nie odczuwa tak materialnych niedogodności, dlatego nie zwracałam wtedy na to uwagi. Było nas razem ze mną 8!!! Ten pierwszy workshop był łagodnym wprowadzeniem w doktrynę. Nie musiałam się jeszcze modlić o 5 rano w niedzielę, mogłam się wyspać więc mogły mnie obudzić dźwięki gitary... Miłe przebudzenie. Na tę niedzielę zaplanowano jeszcze bardzo krótką wycieczkę do ogrodu botanicznego i ponownie trzeba było wrócić bez możliwości zanegowania nakazu powrotu. Pamiętam jak bardzo byłam rozczarowana, ale priorytetem były wykłady. Mnóstwo wykładów.
Wydawało mi się, że świat w "Centrum" (siedzibie moonistów) jest lepszy, idee głoszone na wykładach piękne, choć naiwne. Wykładów było dużo, były dość męczące i w sumie z tego pierwszego workshopu niewiele zapamiętałam. Spałam w pokoju dziewcząt. Y odstąpiła mi swoje łóżko. Rano w niedzielę obudziły mnie jakieś szmery, poczułam się nieswojo, ale wszystko wróciło do normy. Około siódmej obudziły mnie dźwięki gitary. Zrobiło mi się bardzo miło "na duszy". Za chwilę zjawiła się Y, i wręczyła mi podarek - czerwonego ptaka origami. Poczułam się jeszcze lepiej. Jednakże gdzieś w środku dochodziły też "złe" myśli: co też się właściwie dzieje, czy to, aby nie sekta! Podarek w pewnym sensie na chwilę rozwiał moje obawy. Znów wysłuchiwałam wykładów. Jednakowoż słuchałam ich trochę z przymusu. Pociągali mnie ci ludzie, uporządkowani, zdyscyplinowani, oddani idei i grzeczni. Wszystko razem było jednak bardzo męczące, byłam znużona i zniechęcona. Nazajutrz wróciłam do domu i nie zamierzałam się już więcej tam pokazywać. Prawdopodobnie nigdy bym tam już nie wróciła gdyby nie... Po kilku dniach przyszedł list od Y – zupełnie niespodziewany dla mnie, bo nie  przypuszczałam, że się  jeszcze odezwie, w dodatku tak szybko.  Pisała, jak bardzo tęskni za mną i zaprasza mnie na 7-dniowy workshop. Natychmiast zareagowałam na list i pojechałam do "Centrum". Nie miałam wprawdzie ochoty jechać na 7-dniowy workshop. Nie wiedziałam też właściwie o co chodzi, kojarzyło mi się to z pracą. Poza tym nie miałam pieniędzy na pokrycie kosztów pobytu. Jak się okazało pieniądze szybko się znalazły. Po licznych namowach wreszcie uległam. Miałam taki wybór, albo kończę znajomość z Y. albo jadę na workshop. Taki rodzaj szantażu emocjonalnego. Oprócz Y namawiali rzecz jasna wszyscy. Pamiętam, że rozmawialiśmy ciągle o tym, „siostry” japońskie- bezustannie się o mnie modliły, a lider J. zachęcał. Trudno było nie ulec ich namowom, czułam się jak w potrzasku, tak wiele mi dali (prezenty, zainteresowanie moją osobą), że czułam się zobowiązana do spełnienia ich życzeń. Y stała się dla mnie bardzo ważna, wiedziała o mnie coraz więcej, idealizowałam jej osobę. Miałam w pewnym momencie wrażenie, że to sam Bóg mi ją zesłał. Jakże mogłam jej odmówić,,. Zauważyłam jednak, że o niektórych moich sprawach rozmawia nie tylko ze mną. Lider doskonale wiedział o moich wątpliwościach. Jakoś przełknęłam tę gorzką pigułkę, choć była to wyraźnie nielojalność wobec mojej osoby. W końcu uległam i spędziłam 7 dni w całkowitym odosobnieniu, z dala od domu i znajomych w Glanowie. Przez 7 dni wysłuchałam mnóstwo wykładów, rano i po południu (ok. 7 godzin dziennie) z przerwą na posiłki. Y, towarzyszyła mi wszędzie. Nie odstępowała mnie ani na krok, a mi było z tym tak dobrze. Szczerze ją pokochałam. Otaczali mnie sami mooniści. Jak się zorientowałam, z dziewcząt tylko ja i pewna młodziutka dziewczyna byłyśmy adeptkami. Workshopy te dłuższe odbywają się w Glanowie, miejscowości pod Krakowem w Jurze Krakowsko  - Częstochowskiej. Po krótkim pobycie w centrum w Krakowie przesiedliśmy się wieczorkiem do vana i zajechaliśmy na noc do Glanowa. Było też trochę gości, których nie znałam. Ośrodek w Glanowie składa się z dwóch domów, mieszkalnego i gospodarczego gdzie jadaliśmy posiłki. Mimo, że spędziłam tam tydzień nie poznałam tej miejscowości bowiem nawet na chwilę nie wyszliśmy poza teren ośrodka. Warunki pobytu były spartańskie, spaliśmy obok siebie jak śledzie, na materacach poukładanych bezpośrednio na ziemi. Oddzielnie chłopcy i dziewczęta. Była to duża sala , w której zupełnie brakowało intymności. Wszędzie pełno było ludzi, kręcili się też Azjaci : Koreańczycy i Japończycy. Bardzo dziwnie się czułam. Z jednej strony odpoczywałam od codzienności, ale z drugiej strony coś się zaczynało dziać z moją psychiką. Pod wpływem wykładów (za namową Y robiłam notatki) i rozmyślań na ich temat zaczęłam postrzegać moją przeszłość w czarnych barwach. Wydawało mi się, że wszelkie problemy rodzinne były głównie z mojej winy. Wyolbrzymiałam te problemy, wydawało mi się, że teraz widzę wszystko w "prawdziwym" świetle. Y. towarzyszyła mi na wykładach. Było to o tyle dziwne, że nic z nich nie rozumiała (co nie znaczy, że nie wiedziała, o co chodzi). Czasami modliła się, siedząc obok mnie, a raz nawet zasnęła. Była bardzo zmęczona. Ledwo się trzymała na krześle. W przeciwieństwie do mnie musiała wstawać dużo wcześniej. Dla mnie dzień zaczynał się o 7.00. Oprócz wykładów obejrzałam film o "Ojcu", Jego propagandowy charakter był aż nadto widoczny, ale przestałam myśleć, wprost nie mogłam pozbierać myśli. Film był niby-biograficzny, jakim to wspaniałym człowiekiem był Moon, jak cierpiał podczas wojny koreańskiej, jak się cudem uratował, jak on ratował itp itd. W przerwach między tym wszystkim śpiewaliśmy piosenki tzw holy songs. Głównie po angielsku, było też parę piosenek polskich religijnych. Jedna z takich holy songs mówiła o tym żeby podążać za mesjaszem bo tylko on jest prawdziwą miłością. A bez niego się na pewno zginie. Nauczono mnie, że wszystko tam było prawdziwe w opozycji to tego rządzonego przez szatana świata. prawdziwa miłość, prawdziwe relacje i prawdziwa przyjaźń. Żadna „światowa” przyjaźń nie dorównuje tej w prawdziwej Rodzinie. Stwierdziłam, że coć w tym jest bo Y. jakby potwierdzała tę prawdę, bo któż w przeszłości był tak zainteresowany moją osobą jak ona. Ważnym elementem pobytu w Glanowie były też różne zabawy, które miały nas wprawić w dobry nastrój i spowodować że poczujemy się jak dzieci, a dziećmi wiadomo łatwiej manipulować i wierzą we wszystko co mówią dorośli. I tak to miało działać. Raz wybraliśmy się też na wycieczkę… po ośrodku, z której szybko wróciliśmy na wykład. Sądzę, że byłam zbyt zmęczona żeby to wszystko przemyśleć Pomagałam w kuchni. Zmywałam naczynia. Raz podczas zmywania przypadkowo usłyszałam rozmowę starszych pań z Glanowa, które przyniosły mleko, o tym że ksiądz nie pozwala im to przychodzić, że ich przestrzega przed tym miejsce. Brzmiało to bardzo demonicznie. Jakoś jednak stłumiłam w sobie te słowa przestrogi. Czytałam "Boską Zasadę" (moonistyczną Biblię) i otrzymałam świadectwo. Zapomniałam o domu, rodzinie, zaczęła się liczyć tylko Y. To było nienormalne... Kiedy na krótki czas opuściła mnie, poczułam się niemal zdradzona. Jakby grunt mi się osunął spod nóg. Chodziłam po ośrodku a ludzie zajęci swoimi „dziećmi duchowymi” odpychali mnie. Nikogo tak naprawdę tam nie znałam i na nikogo oprócz niej nie mogłam liczyć, jak mi się wydawało. Wkrótce dowiedziałam się dlaczego mnie opuściła, wcześniej nie odstępowała mnie ani na krok. Powodem był przyjazd pewnej Azjatki , która w stosunku do mojej Y. były ze sobą związane jak Kain i Abel… Zapoznała mnie z nią, trafiła do Glanowa tylko na krótko. Tłumaczyła się przede mną bardzo mocno tak jakby popełniła jakieś przestępstwo. I ona i ja czułyśmy się bardzo niekomfortowo. W trakcie moich samotnych wędrówek trafiłam do pokoju, który nie był dostępny dla adeptów. Zobaczyłam dwa eleganckie fotele, stolik i zdjęcia Prawdziwych Rodziców (Moon i jego żona Hak Ja Han). Zdumiona przyglądałam się w strachu że ktoś mnie na tym nakryje.. Podświadomie czułam, że nie jest to widok dla mnie przeznaczony. Nie osiągnęłam jeszcze tego stopnia wtajemniczenia. Teraz wiem, że prawdopodobnie odbywały się  tam poranne modlitwy. W nocy śniły mi się wykłady.. Byłam tym wszystkim zmęczona ale i trochę podekscytowana. Czekała nas jeszcze jedna niespodzianka, przyjechał sam moonistyczny prezydent Polski Patrick - Francuz. Po uroczystym obiedzie wręczył mi... kartkę urodzinową, gdzie składał mi osobiste gratulacje z okazji moich ponownych narodzin!!! Zatem dowiedziałam się że narodziłam się na nowo, ja jednak miałam w głowie kompletny mętlik. Dowiedziałam się też że ktoś taki jak prezydent monistyczny na Polskę istnieje, to że nie znał ani słowa po polsku nie wydawało się przeszkodą. Wieczorem organizowano hurra-optymistycznej wieczorki, na których przy zgaszonym świetle w romantycznej atmosferze liderzy i członkowie opowiadali jak to Moon zmienił ich życie, jacy są teraz szczęśliwi, jakie puste było ich życie wcześniej i jak niczego nie żałują. Byli tam ludzie różnych wyznań i każde było mile widziane, pod warunkiem że przyłączysz się do Ruchu, jak nazywany jest „kościół” wśród członków.Nie znałam tam nikogo i z nikim nie mogłam pogadać o moich wątpliwościach, z Y. raz że się bałam dwa , że bariera językowa uniemożliwiała dyskusję na jakim takim poziomie. Ostatniego dnia pobytu zorganizowano  wieczorek pożegnalny. Atmosfera była bardzo hurra-optymistyczna. Śpiewaliśmy. Towarzystwo było międzynarodowe. Pewna Ukrainka opowiadała na forum, jak Moon zmienił życie jej i jej rodziny. Początkowo przeciwni, wkrótce wszyscy uwierzyli w mesjasza. Po części rozrywkowej usiedliśmy w kółku i jedna z dziewcząt opowiadała swoją historię. O swoim szczęściu, o błogosławieństwie. Była bardzo szczęśliwa ze swoim "mężem". Od tego szczęścia, zakręciło mi się w głowie. Chyba miałam dość, bo poczułam chęć ucieczki, ale Y, jakby wiedziała, mocno trzymała mnie za rękę. W końcu monolog dobiegł końca. A więc dowiedziałam się najważniejszej rzeczy w doktrynie moonistycznej, o tym że istnieje Mesjasz który wybierze mi męża, gdy przyjdzie pora i założę  prawdziwą rodzinę, bezgrzeszną i podporządkowaną mesjaszowi. Jedynie to da mi prawdziwe szczęście. W końcu wieczorek dobiegł końca a ja udałam się do sypialnej sali. Niestety powiedziałam Y, co sądzę o "błogosławieństwie". Mój rozsądek czasami brał górę. Y wówczas "znikła". Pojawiła się natomiast Polka, która z godzinę przekonywała mnie, że popełniam błąd i żebym się jeszcze zastanowiła. Poczułam się, jakbym głęboko kogoś zraniła, zwłaszcza Y. Myślałam o naszej "przyjaźni" i o jej przyszłości. Moje poczucie winy wzrosło, gdy zostałam sama. Zastanawiałam się co się z nią stanie, czy zostanie ukarana jeśli ja zrezygnuję z Ruchu. Znów poczułam się psychicznie molestowana. Pomyślałam, że przecież mogę udawać, że w to wierzę. Byłam w stanie to dla niej uczynić! Zaczęłam jej szukać Y i odnalazłam ją w dużym pokoju. Było w nim ciemno, mrok rozjaśniały świece. Modliła się przed "ołtarzykiem" składającym się ze zdjęć "prawdziwej Rodziny" (moon i jego liczna rodzinka) Wyglądało to niesamowicie. Obok pocieszała ją M. Usłyszałam od niej, że wyląduję w piekle, bo opowiedziałam się po stronie szatana. Wręcz na mnie krzyczała. Y natomiast powtarzała, że to nie moja wina. Ja oczywiście umacniałam się coraz bardziej w tym, że to jednak moja wina. Co jest ze mną nie tak, że nie potrafię przyjąć do serca mesjasza i pójść drogą która będzie dla mnie wybawieniem. Ciągle nie mogę sobie odpowiedzieć na pytanie jak po tylu wykładach potrafiłam się przeciwstawić propagandzie. Pomyślałam, że jest to moja wina, że ona cierpi. To ja byłam przyczyną jej płaczu. Tak bardzo nie chciałam jej stracić, a po tym, co usłyszałam, czułam się winna i głupia. M. stawała się coraz bardziej agresywna, bałam się , że w końcu się na mnie rzuci. Zwiałam więc , usiadłam na schodach i nie mogłam się uspokoić, wszystko we drgało , byłam w rozpaczy. Siedziałam tam w ciemnościach dłuższą chwilę, której nie zapomnę nigdy. Czekałam na Y a czas dłużył się. Przecież w końcu musiała wrócić. Wróciła , przytuliłyśmy się do siebie… Płakała i mówiła, jesteśmy przyjaciółkami na zawsze, a ja odpowiedziałam , tak na zawsze… Wróciłam na studia. Po zajęciach biegłam jednak do "Centrum". Same nogi mnie tam niosły. Była to już drugie z kolei Centrum, trochę oddalone od Centrum miasta. Przeprowadzano ze mną rozmowy na temat "blessingu" (chodzi o łączenie w pary małżeńskie tzw. "błogosławieństwo"). Ja pozostawałam nieugięta. "Bracia" i "siostry" byli jednak cierpliwi. Mój światopogląd uległ jednak zmianie. Pewnego dnia idąc na zajęcia na studiach zdałam sobie sptawę , że muszę przewartościować swoje życie i, zmienić wszystko, albo tak albo tak, nie ma pomiędzy. Trzeba iść na całość. O dziwo, idee Kościoła Zjednoczeniowego zaczęły pasować do mojego światopoglądu. Znajdowałam punkty styczne, a to, co nie pasowało, zmieniałam na korzyść Kościoła Zjednoczeniowego. Uczestniczyłam we wspólnych modlitwach. Rozpoczynały się o 7.00 i trwały zgodnie z wolą lidera, czyli J. Siedzieliśmy na podłodze po turecku jeden za drugim. Przed nami zawsze był portret "prawdziwych Rodziców". Po modlitwie przejmował inicjatywę lider. Przekazywał informacje dotyczące Kościoła Zjednoczeniowego listy od "Ojca". Modliłam się przed posiłkami kończąc modlitwę zawsze słowami "W imieniu prawdziwych rodziców" Włączałam się do codziennych prac, czytałam też „Boską Zasadę". Od czasu do czasu przychodzili "goście". Organizowano wykłady i wieczorki. Y zamykała się w pokoju i modliła się o mnie godzinami. Zaprzyjaźniłam się z japońskimi "siostrami". Od czasu do czasu dostawałam od nich prezenty i listy. Bardzo je polubiłam. Warunki w centrum były nieciekawe, był tylko jeden pokój dla dziewcząt a było nas razem sześć , było za mało łóżek więc spało się na materacach, a jak ktoś w nocy chciał skorzystać z toalety to musiał się nieźle nagimnastykować  :-) Byłam tzw. dochodzącą a to dlatego , że mieszkałam w domu rodzinnym, dojeżdżałam na studia ale każdą wolną chwilę tak czy siak spędzałam w centrum. Oprócz mnie było jeszcze trzech dochodzących. Zostawałam też na weekendy. Często rozmawiałam z R. Miała bardzo silną osobowość. Na swój sposób była "uduchowiona". Lubiłam ją, ale jednocześnie czułam przed nią respekt i trochę się jej nawet bałam. Japonki obdarowywały mnie różnymi prezentami, pisały do mnie listy zachęcające do pracy nad sobą oraz całkowitego oddania się "Ojcu". Bardzo zaprzyjaźniłam się z "braćmi" S. T. Oboje są mi nadal bliscy. T. często wygłaszał mowy na "nabożeństwie" w niedzielę, które rozpoczynało się o 11.00 i trwało, co najmniej do 13.00. Obowiązywał przyzwoity strój. Sunday survice składał się z wykładu, naprawdę bardzo długiego, i śpiewu. Śpiewaliśmy "holy songs" również przy innych okazjach, np. w kuchni, przy pracy. W niedzielę rano o 5.00 składaliśmy ślubowanie. Kłanialiśmy się wówczas (na sposób koreański) portretowi "Rodziców" trzy razy na sygnał, po czym recytowaliśmy ślubowanie po koreańsku. Po ślubowaniu na wierność KZ łapaliśmy trochę snu.
Wyobrażałam sobie, że świat zewnętrzny nie tylko nie ma "Mesjasza", ale jest we władaniu szatana, należy, więc go ratować. Tylko my znaliśmy "prawdę". Było to bardzo stresujące, czasami jednak rozpierała mnie duma... Wszystkie przedmioty były złe tzn. "nieprawdziwe", bo produkowano je w tym świecie. Po przyjściu do domu spryskiwaliśmy produkty, oczyszczając je w ten sposób i czyniąc je prawdziwymi. Jeden dzień w roku nazywany był "Dniem Prawdziwych Rzeczy". Wówczas wszystkie przedmioty były "prawdziwe". Y była moją matką duchową, która przekazała mi "prawdę". W "Centrum" wszystko było prawdziwe, a zwłaszcza miłość. Coraz bardziej odgradzałam się od świata zewnętrznego. Czułam się jak w szklanej kuli lub butelce. Ludzie wydawali mi się nierzeczywiści. Oglądałam świat jakby przez szyby samochodów, czułam się inna, lepsza, ale to było bardzo obciążające. Trzeba było się starać być idealnym, nie wolno popełniać błędów, nie jesteśmy już dziećmi tego złego porządku świata ale dziećmi prawdziwych rodziców a to zobowiązuje. Nie byłam już cząstką tego świata. Mój światopogląd dostosowano do doktryny Kościoła Zjednoczeniowego. Zapragnęłam nawet "blessingu", ale nie czułam się godna tego zaszczytu. Wydawało mi się, że to zaszczyt móc mieć męża wybranego przez samego "mesjasza". W międzyczasie zorganizowano trzecie z kolei "Centrum". Mieliśmy mnóstwo pracy przy sprzątaniu. Y zachorowała... Niestety, była skazana na żeń-szeń..., a nie na lekarza. W końcu przenieśliśmy się do nowego, bardziej obszernego "Centrum". Mimo to warunki były spartańskie. Na prawdziwy witnessing (werbowanie) wybrałam się z O. Przedtem długo się modliłyśmy. Sprawowała nade mną pełną kontrolę. Zdecydowała na jak długo i gdzie pójdziemy. Długo, już po zmroku, krążyłyśmy po rynku rozdając ulotki. Czułam się dziwnie. Z jednej strony czułam, że wypełniam misję, z drugiej - krępowałam się podchodzić do ludzi. Jestem nieśmiałą osobą. Przed witnessingiem długo patrzyłam w okno i zastanawiałam się, jak opowiadać tym ludziom o Mesjaszu. Było mi ich żal... Nie wiem, co czuła O. Nie zwierzałyśmy się sobie. Moje pierwsze dziecko duchowe to był chłopak, udało mi się przyprowadzić go do centrum. Przygotowałam dla niego wykład i stosowałam wobec niego sztuczki, próbujące go zachęcić do tego żeby znowu do nas przyszedł. Po moim wykładzie długo rozmawialiśmy. Przy rozmowie cały czas była obecna moja matka duchowa. Na swój sposób kontrolowała mnie. Moja rozmowa odniosła pewien skutek, powiedział do mnie, że zobaczył świat w innym świetle. I o to chodziło!!! Chciałam też przywrócić na łono sekty jedną dziewczynę. To była bardzo sympatyczna dziewczyna, bardzo ją lubiłam, problem w tym że była nieletnia. Rodzina wyrwała ją siłą, po prostu przyszli do centrum i urządzili "piekło" , po czym ją zabrali. Nie byłam przy tym obecna, więc mogłam spokojnie odwiedzić ją w domu. Tak mi przykro z tego powodu, obserwowałam jej dom i czekałam aż wróci a gdy wróciła przyszłam do niej z przyjacielską wizytą. Odbyłam z nią bardzo długą rozmowę, przekonywałam ale sądzę że dziewczyna jednak nie była tak zindoktrynowana, była dopiero na początku drogi więc musiałam ją sobie odpuścić (Na szczęście). Informacje w "Centrum" były reglamentowane. Oglądaliśmy sporo filmów, ale wszystkie musiał najpierw zaakceptować lider. Czytanie książek nie było zalecane. Przecież znamy już prawdę. Było to dla mnie szczególnie uciążliwe. Z drugiej strony brakowało na czytanie czasu. Z wewnętrznej gazetki "moonistycznej" dowiedziałam się o doświadczeniu "siostry", która za karę musiała wziąć zimny prysznic. Pisała jak bardzo buntowała się przeciw karze i jak bardzo rozumie obecnie słuszność takiej kary... Taka samokrytyka publiczna. W Ruchu zdarzały się też przemoc. Ja doświadczyłam przemocy psychicznej. gdy wmawiano mi, że jestem tak mało otwarta do ludzi, mam granatową aurę, to była przyczyna moich niepowodzeń. Lider miał zawsze rację, nawet, jeżeli wyłączał mi film w połowie jego trwania... Pamiętam jak popełniłam błąd kardynalny, chciałam sprawić przyjemność siostrom japońskim i zaprosiłam je na chiński film (sic!). O dziwo się zgodzono. Niestety ten film to była jakaś koszmarna chińska propaganda!! Moon nienawidzi komunizmu, jest to wróg nr 1. Nikt się do mnie nie odezwał do końca dnia, ja też milczałam, ale wstyd. Teoretycznie wszystko miało przebiegać idealnie. Na idealny świat należało jednak ciężko pracować. Y odwiedziła mnie dwa razy w domu rodzinnym. Jednakże potem lider zakazał nam wspólnych wizyt w domu. To był dla mnie cios. "Duch Centrum" przewyższał "domowe ognisko". Wiele razy słyszałam od "braci" i "sióstr", że wracają do "prawdziwego domu" tzn. do Centrum. Mimo to Y bardzo tęskniła za swoim domem, a ja o tym wiedziałam...W doktrynie moonistycznej istnieje zasada, że im bardziej się starasz tym większe szanse że twoja rodzina zostanie zbawiona. Wierzyła, że jej rodzice będą zbawieni dzięki jej ciężkiej pracy dla Moona. Y dobrze się ze mną czuła, a ja z nią. Stanowiłyśmy nierozłączną parę. Pewnego dnia zupełnie się rozkleiłam. Do centrum przyjechała grupa fandresingowa tzn ludzie, którzy handlują czym popadnie dla mesjasza, bo kasa jak żeby inaczej jest potrzebna. W Centrum było mnóstwo ludzi. Wielkie zamieszanie, ludzie cieszyli się z "zarobionych" pieniędzy i z prezentów jakie otrzymali, w tym momencie poczułam że się rozpadam na kawałki i mnie już nie ma, poczułam niechęć do ludzi tak mocno zainteresowanych moją osobą. ich pytania wydały mi się przeogromnie stresujące. Ten stres był nieadekwatny do sytuacji, ponieważ ludzie byli bardzo mili. Zaczęłam płakać, moje życie się rozpadało a ja nie potrafiłam wrócić do dotychczasowego beztroskiego życia studenckiego, przepłakałam całą noc mimo uspokajania. Moja matka duchowa próbowała wszystkiego żebym się uspokoiła, w końcu wszyscy wyszli z pokoju dziewcząt i zostałam sama ze swoim bólem. Nie wiem co się z nimi działo, nie wiem gdzie się to całe towarzystwo podziało. Cały świat tej nocy mógł przestać dla mnie istnieć. To było straszne doświadczenie. Jak wpadnięcie w czarną dziurę. To doświadczenie sprawiło, że się pochorowałam. Myślę, że przeżyłam załamanie nerwowe.   W końcu pobyt Y w Polsce dobiegł końca. Dostała rozkaz opuszczenia kraju i dołączenia do grupy fundraisingowej w Berlinie. Nasze rozstanie było dla mnie koszmarnym przeżyciem, mimo że wieczorek pożegnalny utrzymany był w tradycyjnie hurra-optymistycznej atmosferze. Tego dnia dużo śpiewaliśmy. Wydawało mi się, że mój świat się kończy. Tak bardzo byłam uzależniona.
Wraz z odjazdem Y dużo się zmieniło. Przestałam bywać tak często w "Centrum", więcej czasu spędzałam w domu. Uświadomiłam sobie swoje uzależnienie od grupy, zaczęłam mieć wątpliwości. Równocześnie zwiększyły się naciski nowego lidera na moją osobę. Naciskał na mój "blessing". Byłam ostatnią z "sióstr", które nie były błogosławione. Zerwanie z grupą wydawało mi się rzeczą prostą. Nadeszły ferie. Czas wolny i wreszcie czas do namysłu. Upragniona samotność. Myślałam, że w domu znajdę upragniony spokój. Niestety go nie odnalazłam. Budziłam się w nocy nękana myślą powrotu. Jakiś głos wołał we mnie: "Wróć, bo jeśli nie wrócisz, zginiesz!". Myślałam, że zwariuję. Sądziłam, że jedynym rozwiązaniem, aby skończyły się te koszmary, te głosy we mnie, był powrót do "Centrum". To był bardzo ciężki okres. Po nocach śniło mi się błogosławieństwo. Czułam się wewnętrznie rozdarta, dlatego po feriach podjęłam decyzję, że jednak wrócę z powrotem. Bardzo polubiłam nowego lidera. Opowiedział dużo o sobie i nie był taki skryty jak J. Poświęcał mi wiele uwagi, pochlebiał mi przy zaproszonych gościach. Pewnego dnia zorganizowano "wykład o miłości" na Politechnice. To był kompletny niewypał, ale jedna rzecz utkwiła mi w pamięci. Otóż Patryk stwierdził, że nikt nie jest godny "blessingu", że jest to dar. Równocześnie wiedziałam, że mój "brat" S nie traktuje swojej "żony" tak jak na to zasługiwała, choć przecież widywał ją bardzo rzadko. Zdecydowanie bardziej wolał rozmowy ze mną. Przełomem, który zadecydował o moim odejściu, był dziwny sen. Ujrzałam w nim ludzi wypełniających bydlęce wagony i wyciągających ręce ku wolności. Stałyśmy z Y na peronie a ona wskoczyła do jednego z nich, i tłum pociągnął ją za sobą. Ja zostałam na peronie. To było dla mnie jak ostrzeżenie, zimny prysznic. Trudno opisać moje odejście, uświadomiłam sobie, że wpadłam w sidła, nie wytrzymywałam psychicznie. Nie odnosiłam żadnych "sukcesów", nie miałam "dzieci duchowych", nie potrafiłam wygłaszać wykładów na tyle skutecznie żeby przyciągnąć ludzi. Zresztą zainteresowanie ludzi często kończyło się na pierwszym wykładzie. Teraz wiem jaki ten wykład był naiwny, no ale wtedy to była jak prawda objawiona. Gdy przestałam spełniać oczekiwania grupy, zainteresowanie moją osobą spadło, a ja zaczęłam odczuwać niechęć grupy do mnie. Tak to już jest że trzeba mieć dzieci duchowe żeby zasłużyć na szacunek grupy. Pamiętam jaką niesamowitą estymą cieszyła się jedna z Japonek, która posiadała aż siedmioro dzieci duchowych. Ja również podziwiałam ją za to. Ale najważniejsze to fakt, że poznałam człowieka, któremu bardzo na mnie zależało i który zrobił wszystko abym od nich odeszła. Ostatecznie moje wątpliwości co do faktu, iż Moon jest mesjaszem, mężczyzna, któremu bardzo na mnie zależało oraz sen zdecydował o tym , że opuściłam centrum i sektę. Oczywiście droga do wyzdrowienia była daleka ale pierwszy krok został zrobiony. Straciłam kontakt z ludźmi z centrum i to było najważniejsze i decydujące. To tak w skrócie. Moje odejście związane było z bardzo osobistym doświadczeniem, które opisze we właściwym czasie... Jak przyjdzie na to pora                          

Smerfetka

Smerfetka

 

Utopia i idealizm czyli trochę na temat stosunków międzyludzkich w sekcie moona

Założenia teologiczne Ruchu sprowadzają się do utopijnej wiary w Królestwo Boże na ziemi. Tu i teraz. W tym celu człowiek musi zostać ulepiony na nowo, z człowieka niedoskonałego trzeba stworzyć człowieka idealnego. Skłonnego do wyrzeczeń w imię utopijnej wizji. Jest to idea nie nowa, w historii świata występująca pod różnymi sztandarami i nazwami. Królestwo Boże Moona ma oczywiście swojego króla (ukoronowanego!) i królową. Prawdziwi Rodzice (True Parents). True Parents oczywiście mają swoją świtę przyboczną, oddanych liderów, gotowych na wszystko i wszystko usprawiedliwiających. Z królestwem bożym na ziemi związana jest prawdziwa miłość (True Love). To właśnie dlatego mooniści muszą mieszkać razem w Centrach, żeby praktykować prawdziwą miłość, która wykuwa się w codziennym życiu. W centrach tworzy się nowego człowieka, myślącego jak jeden nie psujący się mechanizm. Jeden cel, jeden lider, jedna misja. Jeśli coś wam to przypomina to jak najbardziej słusznie. Zaczyna się od łączenia ludzi w tzw. braterskie pary, podkreślając przy każdej okazji , że w świecie takich przyjaźni nie ma. I rzeczywiście, intensywność przeżyć w fazie początkowym jest naprawdę ogromna. Często przytłaczająca. Osoba werbowana jest osaczana, buduje się "przyjacielską zależność". Pary braterskie mają jednak za zadanie nie tylko miłe spędzanie czasu i wzajemne poznawanie się. Prawdziwym celem takich związków jest kontrola i podporządkowanie. Poprzez rozmowy pełne nacisku buduje się więź mającą na celu uzależnienie werbowanego od grupy. Toksyczna więź, z której trudno się wyplątać. Werbujący  kontroluje werbowanego i w razie potrzeby donosi liderowi o postępach jakie osiąga werbowany w oczach sekty. Czy ma wątpliwości, w jakim stopniu wierzy w doktrynę. Werbujący (ojciec lub matka duchowa) dokonuje swoistej analizy dokonań swojego dziecka duchowego. Określenie matka, ojciec duchowy wywołuje u werbowanego pozytywne skojarzenia. Jeśli osoba ma np. trudne relacje z rodzicami chętnie przyjmie zupełnie obcą osobę za swoją "matkę", będzie jej ufać i jej się zwierzać. Przeciwnie jeśli ma dobre relacje z rodzicami to takie określenie "matka" też wywoła dobre skojarzenia. W jednym i drugim przypadku zamierzony cel zostaje osiągnięty. A celem jest zdobycie zaufania, wytworzenie więzi, uzależnienie od osoby. W takim tandemie nie ma tajemnic, wszystko jest transparentne a wszelkie nieprawomyślne szybko są przekazywane "wyżej". Podobnie działa grupa. Obowiązki są rozdzielone (jak w rodzinie..). Spożywa się wspólnie posiłki, przygotowuje ulotki służące do werbowania itp. Obowiązuje dyscyplina, filmy (wybrane przez lidera) są oglądane wspólnie. Stosuje się częste zabawy, które mają za zadanie integrować grupę, wprawiać w nastrój "dzieciństwa" i przygotować do łatwiejszego przyjęcia prawd sekty. Czasu wolnego praktycznie brak, obok zajęć na uczelni (bo to sami studenci) obowiązki domowe, wykłady, werbowanie pochłaniają cały czas. Osoba nigdy nie jest pozostawiana sama sobie, z wyjątkiem czasu gdy się modli, poza tym czasem zawsze ktoś jej towarzyszy. Wspólna jest modlitwa poranna, wspólne spanie, wspólne wykłady. "Matka", "ojciec" duchowy powinni towarzyszyć osobie werbowanej w workshopach. Oznacza to dla nich ciągłe wysłuchiwanie tych samych wykładów, ciągłą modlitwę , poszczenie lub umartwianie się żeby być jak najdoskonalszym i służyć przykładem. Oczywiście nie zwalnia ich to od stałego werbowania nowych dzieci duchowych. W każdej chwili można też być odwołanym na fundraising. Prawdziwa miłość (True Love) jest też swoistą utopią. Zakłada że można pokochać każdą osobę. Szlachetna w swym zamyśle idea, że każdy człowiek jest godny miłości zostaje uznana za prawdę absolutną. Prawdziwe uczucia ludzkie zostają podporządkowane idei. Czyli "True love" jest ważniejsza od "zwykłej" miłości bo jest prawdziwa, jest prawdą przez duże P. Jeśli twoje uczucia są niezgodne z doktryną grupą musisz je w sobie stłumić. Również pociąg seksualny, który towarzyszy rodzącemu się uczuciu jest zły. Powoduje to taki skutek że człowiek czuje się bezradny wobec swoich uczuć, jakby z nich wyprany i zaczyna mu to być obojętne. Jego naturalne sympatie stają się przeszkodą w dążeniu do doskonałości. Oczywiście upragniona doskonałość nigdy nie nadchodzi. Wszelkie wątpliwości rozwiewa grupa lub lider. Rozmowy służą praktycznie jednemu, umocnieniu się w słuszności Prawdy i stłumieniu wątpliwości. Wyznawca racjonalizuje swoje uczucia i poglądy (usprawiedliwia lidera i grupę, stosuje wyparcie potrzeb). Zmniejsza w ten sposób uczucie napięcia jakie towarzyszy mu gdy dopadają go "złe myśli". Wyznawca wierzy że wszelkie złe informacje dotyczące sekty są od szatana co pomaga mu w racjonalizowaniu swoich myśli (ułatwia przyjęcie Prawdy za swoją). Może tłumić wątpliwości poprzez nucenie świętych pieśni, ponowne przeżywanie wspólnie przeżytych chwil. Niestety przyjaźń w sekcie jest uczuciem warunkowym, nie myślisz tak jak my musisz grupę opuścić, wspólna idea scala grupę a niezależne myślenie jej zagraża, dlatego nie może być tolerowane.

Smerfetka

Smerfetka

 

Aspekty etyczno-moralne w sekcie Moona

Wstępując do sekty moona wyznawca musi porzucić swoje dotychczasowe wierzenia, poglądy i dostosować się do nowych nie znanych mu wcześniej zasad. Nie byłoby to możliwe bez intensywnej indoktrynacji jakiej podlega poprzez pranie mózgu. Każdy człowiek jest podatny na sugestie, umiejętnie prowadzona rozmowa, wykład który zainteresuje mogą zdziałać cuda. Sekta posiada mnóstwo haczyków na które może łapać : pseudonaukowe wywody, głęboka duchowość, życie z Bogiem, praktykowanie miłości. Potrzeba rozwoju duchowego, wiary, otwartość na nowe, to wszystko może przyciągać. Wreszcie uwaga jaką się poświęca adeptowi, poczucie wyjątkowości, sensu celowości  życia, wreszcie radość z przebywania w "przyjaznym środowisku" sprawia , że sekta przyciąga jak magnes. Jednakże nic nie za darmo. Nowe życie w sekcie otwiera wyznawcę na nowe normy etyczne. Pierwsza informacja jak dociera do wyznawcy gdy zauroczenie wciąż trwa to komunikat, że jednak ma się do czynienia z organizacją religijną. Ruch posługuje się kłamstwem aby przyciągnąć do siebie ludzi , nie mówi o tym że Ruch jest de facto organizacją religijną. Przyszły wyznawca czuje że został oszukany, okłamany. Jednak tłumaczenie jakie do niego dociera, na przykład , że gdyby wiedział to by nie przyszedł na spotkanie, powoduje, że usprawiedliwia w duchu swoich "współwyznawców", nie analizuje sytuacji i idzie dalej. Jeśli zaakceptuje się i usprawiedliwi się pierwsze kłamstwo to dość łatwo jest usprawiedliwić i następne kłamstwo. 1. Kłamstwo w sekcie moona jest czymś naturalnym i akceptowalnym!! Jest to tzw. niebiańskie oszustwo. Nazwa wskazuje na pewnego rodzaju sakralizację kłamstwa, uwznioślenie go , stawia kłamiącego w pozycji usprawiedliwionej. Cel - werbunek , usprawiedliwia zatem kłamstwo. Jakich kłamstw używa moonista? Przy werbowaniu ukrywa fakt, że zaprasza na spotkanie grupy religijnej, że celem tego spotkania jest werbunek (co oczywiste). Ukrywa się pod różnymi organizacjami parasolowymi, żeby zmylić czujność np. uczelni, która organizuje spotkanie dotyczące np. wartości w rodzinie. Przy kwestowaniu moonista ma moralne prawo (wg. Ruchu) do kłamania. Zachęca do kupna rzeczy mówiąc że zbiera fundusze np. na organizację charytatywne, chrześcijańskie itp. Bezwartościowym rzeczom może przypisywać moc której nie mają i sprzedawać je np. jako talizmany. 2. Nadużywanie zaufania: Każdy członek sekty jest zobowiązany do werbowania. Metodą stosowaną w werbunku jest zdobywanie jak największej ilości informacji o przyszłym wyznawcy. Poprzez pytania, ankiety, wywiady można się sporo dowiedzieć! Informacjami tymi jednak osoba, która wzbudza w nas zaufanie dzieli się z innymi członkami sekty!! Bez zgody i wiedzy werbowanego. Kiedy adept dowiaduje się o tym czuje dyskomfort, jest już jednakże na tyle wciągnięty w sektę, że przechodzi nad tym do porządku dziennego a nawet to usprawiedliwia. 3.Rodzinne wartości: Sekta często podkreśla doniosłą rolę rodziny w społeczeństwie, organizuje na ten temat pogadanki i wykłady. Nie informuje jednak oczywiście o tym, że wstępując do sekty będziesz musiał pożegnać swoją rodzinę aby złączyć się z rodziną "prawdziwą" moonistyczną. Gdyż tylko taka rodzina ma w oczach Moona wartość!!! Wyznawca ma nowych prawdziwych rodziców, którzy zastępują mu biologicznych. Jest to moralnie nie do przyjęcia!!! Jeśli rodzina przeciwstawia się w jakiś sposób sekcie zostaje po prostu wyeliminowana z życia wyznawcy. Jeog nowa "prawdziwa" rodzina z "True Parents" na czele stanowi wartość nadrzędną. Rodzina odchodzi na plan dalszy.  Rozbijanie rodzin jest zdecydowanie nieetyczne. W niektórych przypadkach wyznawca sam izoluje się od rodziny. Nie rzadko wyznawca zmuszony jest nawet do zerwania kontaktu listowego co prowadzi do cierpień rodziny ale także wyznawcy, choć skutecznie tłumi uczucia. 4. Utrata wolności : Wolność jest niezbywalnym prawem każdego człowieka. Wyznawca Moona traci wolność na rzecz ślepego posłuszeństwa liderowi. Jak juz wiele razy wspominałam posłuszeństwo wyznawcy jest całkowite, podlega mu cała sfera osobista , od finansów po małżeństwo, czas wolny itp. Fakt, że ktoś całkowicie sprawuje kontrolę nad czyimś życiem de facto pozbawia osobę podstawowych praw. Uniemożliwianie podejmowania własnych decyzji, w tym tych najdonioślejszych jakim jest małżeństwo powoduje "dziecinnienie" wyznawcy i jeszcze większą podatność na sugestię i manipulację. Człowiek staje się powolnym narzędziem w rękach guru. Traci umiejętność krytycznego myślenia bo ktoś inny "mądrzejszy, bardziej uduchowiony" myśli za niego. 5. Darmowa praca na rzecz sekty: wyjątkowo obrzydliwe nadużycie sekty wobec jej wyznawców, darmowa praca. Przy czym wyznawca jest do niej zmuszany i nawet uważa że tak trzeba. Jest przekonany, że buduje w ten sposób Królestwo niebieskie na ziemi a tak naprawdę z pieniędzy  w obfitości korzysta rodzina Moona. Są wykorzystywane m. in. do tworzenia i utrzymywania już istniejących przedsięwzięć biznesowych firmy oraz inwestycji np. do kupienia gazety... , wspomagania skrajnie nacjonalistycznych grup itp. 6. Pokojowe współistnienie : Można powiedzieć, że szczytna idea. I taka wydaje się na pozór. A tak naprawdę Moon ani tym samym Ruch nie ma nic wspólnego z pacyfizmem. Jak już pisałam posiada fabrykę broni, także jej kolekcję. Syn Moona jest wielbicielem broni. Ale przede wszystkim nie jest Moon pacyfistą na poziomie "teologii" ponieważ wyznawcy muszą wierzyć że problemy świata zostaną rozwiązane na drodze wojny. III wojna światowa ma stworzyć podwaliny nowego teokratycznego świata a kiedy nadejdzie czas sam Moon miał stanąć na czele wojsk i rozgromić wroga, którego upatrywał w świecie komunistycznym. Ciekawe jest też że jego prawa ręka i osoba zaufana Bo Hi Pak jest wojskowym. Wyraźnie więc widać, że pokój jest jedynie kolejną zasłoną dymną i haczykiem na który łapie się pokojowo nastawioną młodzież.

Smerfetka

Smerfetka

 

Moona a podstawy chrześcijaństwa

Young Oon Kim: prof. Teologii systematycznej Zjednoczonego Seminarium Teologicznego (tł. moje) Nauka o Trójcy Świętej Sprawą najwyższej wagi w Kościele Zjednoczeniowym jest rozumienie Boga jako istoty dwubiegunowej. Kościół nie przyjmuje dogmatu o Trójcy Świętej jako doktrynie powstałej w IV w. n.e. Bóg Ojciec : Kościół Zjednoczeniowy przyjmuje że Bóg w swojej dwoistości posiada pierwiastek męski i żeński. Jest to fakt uniwersalny odwołujący się do dwoistej natury Boga. Wiara w Boga Ojca-Matkę w XIX w. wzbudzała wielkie emocje , powszechnie krytykowana i uznana za herezję. Wiarę taką miały Mary Baker Eddy i Ann Lee. Istnieją podobieństwa w rozumieniu Boga – Ojca w Kościele Zjednoczenia , taoizmie i konfucjanizmie. A nawet w hinduizmie gdzie mowa jest o bogini – matce. Bóg musi istnieć w swojej dwubiegunowości, ponieważ męski i żeński charakter Boga wyraża Jego doskonałość. Wyraża się w tym perfekcyjna jedność. Doktryna dwoistej natury Boga nie jest czymś dziwnym i niezwykłym lecz raczej jest potwierdzeniem ważności teologii. Syn Boży : Kościół Zjednoczenia odrzuca boskość Chrystusa „Boska Zasada” mówi „Jezus jako człowiek może być uznany jako drugi Bóg (wyobrażenie Boga), ale to nie oznacza samego Boga”. To oznacza, że Jezusa pierwotnym celem przyjścia na świat było założenie Królestwa Bożego na Ziemi. Jezus powinien był założyć perfekcyjną (idealną) rodzinę z idealną żoną i dziećmi. W wyniku nieporozumienia Jezus został ukrzyżowany zanim zdążył to uczynić. Dlatego jest władny ofiarować nam tylko częściowe zbawienie. Pełne zbawienie to przyłączenie się do następnego Adama czy Pana Drugiego Adwentu Wyjaśnia to Boska Zasada “Śmierć na krzyżu nie była pierwotną misją Chrystusa jaką powierzył mu Bóg. Zrozumienie kwestii zbawienia w tym świetle jest sprawą drugorzędną i prowadzi jedynie do zbawienia duchowego. Nie ma nikogo, który byłby w ten sposób oczyszczony z grzechu pierworodnego. To jest przyczyna, dla której Mesjasz musiał powrócić na ziemię. Aby zlikwidować grzech pierworodny i założyć Królestwo Boże na ziemi wypełniając tym samym cel Bożego stworzenia" Duch Święty Duch Święty nie jest osobą odrębną, niezależną od Boga –Ojca. Duch Święty po prostu przekazuje zbawcze ożywienie. Jest męski, żeński bezosobowy. Jak sam Bóg. Duch jest niewidoczny i niematerialny , jasne światło albo pole magnetycznej energii. Główny cel Według teologii kościoła zjednoczenia głównym celem człowieka jest małżeństwo i perfekcyjna rodzina. To obecnie nie może być osiągnięte ponieważ Jezus nie oferuje pełnego Zbawienia. Nowa era nastała w roku 1960. W tym roku miało miejsce wesele Baranka, przepowiedziane w 19 rozdziale Apokalipsy Jana. Dlatego Pan Drugiego Adwentu i jego żona zostali Prawdziwymi Rodzicami dla ludzkości. (Małżeństwo Moona z Hak Ja Han) Ten mesjasz zaloży doskonałą rodzinę, której nigdy nie założył Jezus. A inne doskonałe rodziny stworzą doskonałe społeczeństwo. Według Kościoła Zjednoczeniowego 25. 000 par zostało pobłogosławionych przez Moona ze 120 krajów. Księga Głównym dziełem teologicznym Kościoła Zjednoczeniowego jest Boska Zasada, aczkolwiek nie mówi całej prawdy. Boska Zasada jest częścią nowej prawdy, z czasem prawda objawiona zostanie dalej i głębiej.

Smerfetka

Smerfetka

 

Finansowanie

Wczoraj natrafiłem na ciekawy kanał "Prawda o Prawdzie" w którym autor pokazuje różne dokumenty świadczące, że TS inwestuje w sposób pośredni przemysł tytoniowy, związany z krwią i bronią. I tak się zastanawiam, co tak na prawdę tego typu informacje mogą zmienić w życiu Świadka Jehowy? Pamiętam sytuację z kilku lat wcześniejszych, kiedy nagłośniono sprawę przynależności do ONZ. Z biegiem czasu dochodzić będą do nas kolejne rewelacje, i dobrze, można powiedzieć, że im więcej wiemy tym lepiej. Niemniej pozostaje pytanie, co z tą wiedzą zrobić, i jak tego typu wiedza wpływa na decyzje konkretnych ludzi? PS. A wspomniane omówienie znaleść można: https://youtu.be/EI8OU1ePH34 (Świadkowie Jehowy Finanse cz.6 - w co inwestują SZOK!!!).

ihtis

ihtis

 

Techniki wpływu stosowane w sekcie Moona i innych sektach

Ten wpis jest o tym jak łatwo wpływać i manipulować człowiekiem, na własnym przykładzie. 1. Pochlebstwo Jest zdecydowanie na pierwszym miejscu, znane szerzej jako love bombing. Spotykasz ludzi zupełnie nieznanych i co? Powiem wprost, nikt nigdy nie zasypał mnie tyloma pochwałami co na początku mojej sekciarskiej kariery. szczególnie dbała o to moja matka duchowa, ale i inni nie zasypiali gruszek w popiele. Na tym etapie jesteś najwspanialszym człowiekiem na świecie. Moja matka duchowa obsypywała mnie prezentami, Najpierw bardzo usilnie poprzez pisanie listów do mnie zapraszała mnie do centrum, potem jak już przychodziłam obsypywała mnie prezentami kupionymi lub wykonanymi własnoręcznie. Dostałam więc zakładki do książek (jako ten mol książkowy), portfel i zegarek (osobiste rzeczy), origami. Wszystkie te prezenty rodziły we mnie potrzebę odwzajemnienia się i o to właśnie chodziło. Te osobiste rzeczy, które ciągle miałam przy sobie skłaniały mnie do ciepłego myślenia o darczyńcy. Wszystkich tych przedmiotów stopniowo się pozbywałam po wyjściu z sekty, jednak jedną zachowałam do dziś i nie jestem w stanie się od niej uwolnić. Inne siostry japońskie również pisały do mnie listy, mimo że przychodziłam często do centrum, chodziło o to żeby jak najmocniej mnie z nimi związać. no niestety zadziałało. Jest to technika skuteczna i niestety bardzo prosta. Szczególnie gdy osoba, która ją stosuje dysponuje sporą ilością czasu, a trzeba pamiętać o tym, że podstawowym zadaniem (pracą) tzw misjonarek było werbowanie. Moja matka duchowa mogła więc poświęcać maksymalną ilość czasu mi, no chyba że trafiłby się jej jeszcze ktoś , no ale się nie trafił. 2. Zdobywanie informacji Zdobywanie informacji zaczyna się też na początku werbunku. Im więcej informacji się zdobędzie tym lepiej. Adept poddany jest drobiazgowemu wywiadowi. Mnie pytano właściwie o wszystko, dzieliłam się tez tymi informacjami bez zastanowienia. Gdy ktoś wzbudza twoją sympatię, nie jest łatwo odmówić odpowiedzi na pytania w co wierzysz i czy masz rodzeństwo. zresztą odpowiedzi na te pytania wydają się być całkowicie nieistotne i błahe. Ale dla werbującego stanowią cenne źródło informacji na twój temat. na przykład wiedza czy masz kłopoty w domu, czy też szczęśliwa rodzina, czy wierzysz w Boga itd., czy chciałbyś żyć pokojowo ze wszystkim ludźmi i już werbujący wie o co pytać na następnym spotkaniu. gdy masz nieciekawa rodzinę, uderzy w tony jakie to teraz czasy, że nawet rodziny się rozpadają, gdy jesteś bardzo wierzący powie że Twoje wyznanie to super sprawa ale tutaj to dopiero ludzie praktykują swoją wiarę a nie tylko teoretyzują. Oczywiście chciałabym podkreślić, że te techniki nie działają na wszystkich. I bardzo dobrze! Część z nas nie potrafi się jednak oprzeć pochlebstwu i rozmowom na tematy, które naprawdę cię interesują, w momencie kiedy nikt nie ma na to czasu. I cóż - już jesteś ...złowiony Te techniki w prosty sposób prowadzą do UZALEŻNIENIA 3. Głębiej w temat czyli wykłady i izolacja. Równolegle z pochlebstwem i zdobywaniem maksimum informacji (Moon wprost powiedział że powinno się o adepcie wiedzieć wszystko, więcej nawet od jego rodziny!) stosuje się indoktrynację. Zasypuje się delikwenta mnóstwem informacji, których nie ma czasu sprawdzić albowiem nie ma czasu na refleksję, w zależności od adepta przyprawionych naukowością bądź duchowością (patrz zdobywanie informacji). Powstaje szum informacyjny, z którego adept może wyłowić to co mu się podoba (a każda sekta coś tam do zaoferowania ma). U mnie było to pokojowe zjednoczenie ludzkości. Ten temat naprawdę mnie zachwycił. Ważne że nigdy nie odpowiada się na pytania niewygodne, powiedziano mi, że o wszystkim dowiem się później jak przyjdzie czas, co wzbudza dodatkowe zainteresowanie. I tak ciekawość wtłacza adepta niepostrzeżenie w życie sekty... Im bardziej zżywasz się z ludźmi tym chętniej z nimi przebywasz. Następnym krokiem w przypadku Ruchu jest intensyfikacja wykładów, udział w życiu społecznym sekty i w końcu izolacja od społeczeństwa. Zaczęłam u nich pomieszkiwać i z czasem brać udział we wspólnych działaniach (patrz obowiązki moonisty) na tym etapie w zasadzie jesteś ugotowany... i wyjście jest już trudne o ile w ogóle możliwe. 4 Wywoływanie poczucia wyjątkowości (elitaryzmu) winy i obowiązku Do techniki wpływu zaliczam wywołanie u adepta poczucia wyjątkowości i równocześnie elitarności grupy, co powoduje całkowite zamknięcie się grupy i adepta na świat zewnętrzny, potrzeba ucieczki w wykreowany świat sekty...Uczucie wyjątkowości wywołuje się przez wywołanie u adepta poczucia że jest wyjątkowy i wybrany przez Boga, że zna Prawdę, jedyną i doskonałą, że może dążyć do rozwoju duchowego na niespotykana dotąd skalę i że znalazł wreszcie sens i cel swego życia... 5. Odcięcie się mentalne od świata i poczucie zagrożenia (oblężona twierdza) Żadna sekta nie przetrwa bez wmówienia swoim wybrańcom że świat zewnętrzny jest dla nich zagrożeniem, w sekcie Moona wmówiono mi , że zewnętrzny świat jest światem rządzonym przez szatana, tu nie ma wyboru, jeśli jesteś po stronie Boga musisz należeć do grupy, jest to zarówno wyróżnienie jak i psychiczne dołowanie się. Bo przecież nie wszystkich zdołasz przekonać do nowego wspaniałego świata. Starasz się, starasz a tu nic. Są sekty mniej lub bardziej otwarte na świat, ale WSZYSTKIE postrzegają świat jako swego wroga. Technika manipulacja polega na wmówieniu adeptowi, że to prawda. Ja tak bardzo zamknęłam się w tej twierdzy, że dosłownie fizycznie czułam, że nie należę do tego świata. To nie było miłe doświadczenie, ponieważ moim bliscy znajdowali się po tej drugiej stronie. Stąd bierze się potrzeba odizolowania od wpływów z bliskimi, rodziną czy przyjaciółmi bo są oni innego ducha. W sekcie moona dochodzi jeszcze fizyczne oddzielenie od rodziny, mieszkając w Centrum rzadko widuje się rodzinę, poza tym rodzina jak już ją od święta widzisz postrzegana jest jako ktoś nie tego ducha, stąd trudność w nawiązaniu kontaktu z osobą uwikłaną w sekcie. Do tego dochodzi jeszcze fakt, że wszelkie niekorzystne informacje w temacie Ruchu są postrzegane jako napaść na Ruch i zamiast pomagać są realnym zagrożeniem dla adepta. Gdy taka osoba pozostaje dłuższy czas zasypywana informacjami na temat sekty w pierwszym momencie zawsze poczuje chęć ucieczki i ucieknie... W przeszłości taką technikę zasypywania informacjami stosowano w deprogramowaniu adepta, daje to moim zdaniem efekt tylko wówczas gdy osoba nie jest w stanie uciec i może się mocno kojarzyć z przemocą... No i nie zawsze daje efekt pożądany czyli odejście z sekty.

Smerfetka

Smerfetka

 

Wiadomość z zaświatów albo Rozłam w Ruchu?

Umiłowanie ojca nie oznacza nienawiści do matki. Prawdziwy brat Hyo Jin. Wiadomość ze świata duchowego – luty 2016 Jest dobrze, że Hyung Jin Moon wypowiada się, ale niedobrze że wykorzystuje fundament stworzony przez Prawdziwego Ojca do atakowania prawdziwej matki. Atak na matkę jest atakiem na Ojca i jest powiązany z anty-opatrznościowym duchem. Bez prawdziwej Matki Hyung Jin jest zerem. Hyung Jin jest kojarzony z ludźmi bez zasad, którzy nigdy nie poznali Chrystusa. Ulega słodkiej pułapce, Tzw kościół – sanktuarium jest pełen nieprawości. Nie jest to dpo końca wina Hyung Jina. Znalazł się pod wpływem wrogich sił reprezentowanych przez byłych i słabych współpracowników ojca. Uzywają słów Chrystusa i prawdziwego ojca aby tworzyć pozory prawdziwego szacunku i czci. Każdego tygodnia głosza podłe przesłanie nienawiści ze swoich kazalnic i wykorzystując Internet. Hyung Jin ma wolną wolę i rozum. Musi go używać. Nawet moje dzieci mogą mu w tym pomóc. Lecz to musi się zacząć od serca. Serce Ojca tęskni za kościołem-sanktuarium. Hyung Jin powierzchownie naśladuje Ojca. Są dowody na to, że zadaje się ze złymi duchami. Nienawiść, agresja, oszustwo. Usmiechnięty tańczy w ramionach szatana. Szatan jednak nie dostanie go, Prawdziwy Ojciec czyni wiele aby ocalić rodzinę. Pracujemy wewnątrz Ruchu i wewnątrz grupy Hyung Jina. Będziecie zaskoczeni gdy powiem, że pracujecie również z Północną Koreą i byłymi członkami Ruchu, Dla dobra nas wszystkich Hyung powinien zjednoczyć się z prawdziwą matką. Prawdziwa matka może kontynuować dzieło ale miejsce Hyunga jest przy niej. Pamiętajcie, że prawdziwy ojciec zobowiązał go w oficjalnym oświadczeniu , że członkowie Ruchu powinni podążać za prawdziwymi rodzicami a nie za prawdziwym dzieckiem. Członkowie Ruchu powinni bronić prawdziwej matki. Zrób to dziś dla dobra rodziny. Zrób to głośno, nie bądź cicho. Nie bądź jak upadły anioł. Musisz wypełnić część swojej odpowiedzialności. Ja daje ci te słowa. Jeśłi wy wszyscy będziecie mówić przeciw Hyung, przeciwko grupie która porwała jego duszę, wówczas czary ostatecznie prysną. Biada ludziom którzy sprowadzili go na manowce. Nawet Hyoung zawróci z tej drogi, ale najpierw czar musi prysnąć. Chce pokoju z Hyung, wiele razy ojciec był atakowany, Hyung idzie teraz tą drogą. Różnica polega na tym, że Prawdziwy Ojciec nigdy nie oszukał swego serca. Choć wiele razy skradziono mu pieniądze i reputację. Ale on trzymał się swojej wiary, wierności i przebaczenia. Hyung Jin łamie te trzy zasady. Wszyscy członkowie powinni podłączyć się do mnie o przewodnictwo i zrozumienie. Poprowadzę nasz Ruch przez ten koszmar tak jak zrobiłem to wobec komunistów w Berlinie. Uratuję was. Twój brat w imieniu prawdziwego Ojca Hyo Jin Moon

Smerfetka

Smerfetka

 

Słowa Moona

Tł. moje Powinieneś przygotować swoje serce do witnessingu , powinieneś być tak mocny emocjonalnie, aby wręcz magnetycznie przyciągać umysły wszystkich ludzi Witnessing jest jak tworzenie swojego drugiego ja. To nie jest trudne, jeśli poświęcić mu wiele serca jak okazuje matka swojemu nowo narodzonemu dziecku gdy go chroni i karmi. Czy kiedykolwiek słyszałeś jęki i płacz wielu ludzi uwięzionych w grobie Szatana? I czy kiedykolwiek czuliście słuszne oburzenie aby ich wyzwolić? Po tym jak zostałeś posłany przez Boga, nie przysparzaj mu zmartwień swoją osobą lecz stań się osobą która powie „Potrafię szybko znaleźć się na miejscu” To jest chwała na ziemi. Zawsze musisz być gotowym składać swoje ciało w ofierze na twoim obszarze witnessingu i sprowadzić do służby, tym którzy są godnymi zaproszenia nieba. Teraz jest czas kiedy głośne wołanie o pomoc człowieka upadłego i ocalenie obiega niebo i ziemię. Jeśli nie słyszysz tego krzyku, twoje serce na to nie zareaguje. Czuj wrażliwość do terenu, na którym świadczysz, tak wielką jakby twoje kości i ciało się w nim roztopiło. Gdy masz robić witnessing na tym terenie zacznij modlitwą „Ojcze , przepraszam, że taka niegodna osoba jak ja jest przez Ciebie posłana by mówić, nie chcę być egoistą ale chcę uważać siebie za żołnierza Boga, który ma od Niego wiadomość. Wyniki witnessingu w 40 procentach zależą od współpracy ze światem duchowym, 30 procent to świadomość Boskiej Zasady, i 30 procent to praktyka. W terenie , na którym świadczysz, musisz mieć przekonanie że śmiało możesz wprowadzać na rynek konkurencję dla tych którzy są lojalni Bogu, poprzez zbieranie wszystkich wierzących , którzy tam mieszkają Jeśli chcesz się wspiąć na wysokie drzewo, musisz zacząć od dołu, który jest zazwyczaj brudny i ubłocony. Podobnie, gdy chcesz przywrócić Bogu miasto lub miasteczko, musisz zacząć od rozwiązania najżałośniejszej sprawy w tym miejscu. Ci, którzy pracują wiele dla Boga w tym od Boga darowanym czasie otrzymają wiele błogosławieństw od Niego. Tak jak szkolny sukces ciągnie się za człowiekiem przez całe życie, tak za Tobą błogosławieństwo Boże będzie się ciągnąć na wieki. Obejmij wieku ludzi z różnych narodów, aby pewnego dnia oni poparli twoją działalność.. Uznaj to za konieczne. Znajdź i wykształć trzech ludzi, z którymi możesz być w każdej sytuacji na śmierć i życie Co jest ważne “ja sam”. Gdy udaje się w jakieś miejsce żeby świadczyć, idę jak żebrak czy jak mistrz? To jest pytanie. Musisz wiedzieć , że idziesz nie po to żeby ludzie się tobą opiekowali ale ty masz opiekować się ludźmi. Nie zbijaj bąków. Jeśli tak robisz nadejdzie czas gdy pożałujesz tego gorzko we łzach. Nie mów, że czegoś uczynić nie potrafisz. Jeśli tak myślisz, wtedy nawet zmuszanie się do tego nic nie pomoże. Nie istnieję. Z powodu grzechu jestem zgubiony, więc muszę schować samego siebie. Idź z tym nastawieniem Zanim będziesz ubolewać nad swoją niezdolnością do zyskania wyników w witnessingu , najpierw sprawdź czy twój umysł i ciało są zjednoczone a jeśli jesteś dzieckiem Boga przyniesiesz korzyść wszystkim ludziom Aby położyć swój fundament, powinieneś użyć całego swojego szczerego wysiłku. Powinieneś: (1) Świadczyć o słowach Boga (2) dawać przykład przez twój charakter i czyny, (3) czynić takie więzi między ludźmi, że oni będą chcieli opowiedzieć ci wszystko o sobie, (4) zostawiać im tyle samo niezapomnianych wspomnień życia w wierze ile to możliwie, (5) zmusić ich do pracowania tak mocno jako ty pracujesz dla nich, i, (6) robić z nich swoich przedstawicieli. Błogosławione rodziny zawsze muszą być gotowe do działania. Jeśli rozkażę im przepłynąć przez Ocean Spokojny, oni muszą to zrobić, nawet jeśli mogą przez to zginąć. Jak wiele łez wylałeś, żeby kochać i ratować ludzi? Bez prawdziwego poświęcenia naprawdę nie możesz dawać życia ludziom. Gdy świadczysz zacznij od twoich krewnych i przyjaciół. Przed laty, doznałeś od nich wielu błogosławieństw, ale teraz to ty dajesz im błogosławieństwa. Dlatego oni nie sprzeciwią się nam. Gdy komuś świadczysz, słuchać go dokładnie i rozmawiaj o wszystkim Witnessing jest aktem zaszczepiania. Gdy świadczysz, powinieneś mieć wspólne elementy z nim i powinieneś eliminować wszelkie możliwe konflikty. Gdy świadczysz on zapragnie wyjawić wam wszystkim swoje sprawy i tajemnice, o których nie rozmawia nawet z najbliższymi. Nie czuj żalu, jeśli mimo całego twojego oddania nie masz wyników. Od tego momentu praca dla Boga będzie posuwać się do przodu i będzie się rozwijać, twoja praca może rozwijać się dopiero po dziesięciu albo nawet dwudziestu latach Nawet gdy będziesz pracować w miejscu poza Kościołem, powinieneś mieć takie serce że możesz zanosić modły do Boga: \ "Pozwól mi powiększyć twój fundament tu na ziemi \" Dopiero gdy masz takie serce, którego nie chcesz mieć. Twoi goście przychodzą do ciebie a ty chcesz oddać im wszystko co masz, może zdołasz być dobrym świadkiem, Jeśli świadczysz ludziom, którzy mieli dobrych przodków, zalety tych przodków połączą się s tobą, mimo że twoi właśni przodkowie nie posiadali dużo zalet. Nawet jeśli tylko my członkowie rodziny jesteśmy zapaleńcami, ten naród obróci się w naszym kierunku. Musimy przyglądać się tej ziemi jako naszej własności, ci ludzie to nasze własne rodziny, i spełniać rolę Mojżesza dla tego narodu Idąc spać, musisz módl się o by Bóg przebaczył ci, że już wcześniej mogłeś spełniać jego wolę przywracania ludzkości i służeniu jej.. Czy kiedykolwiek przekazałeś słowa Boga ryzykując swoje życie? Jeśli apelujesz do problemów, serca i chęci osoby, z którą rozmawiasz przez wyjawianie mu sytuacji Boga, on wzruszy się. Świadcząc przez godzinę powinieneś modlić się przez trzy godziny. Przed odwiedzaniem osoby powinieneś ronić łzy. Bóg pracuje z tymi, którzy ronią łzy. Dopiero gdy dbasz o twojego gościa tak głęboko że nie chcesz by poszedł do domu, nawet późno wieczorem, twoje świadczenie może powieść się. Jeśli będziesz chciał by poszedł do domu niedługo, to nie powiedzie się. Jeśli zechcesz dać mu wszystko on zostanie przyciągnięty do ciebie. Jeśli pomodlisz się za niego w nocy bez snu, on przyjdzie odwiedzić cię w nocy bez snu. Świadcz swoim krewnym i przyjaciołom. Jeśli nie zrobisz tego teraz gdy jesteś na ziemi, nigdy nie zostaniesz uwolniony od bycia przez nich oskarżanym. Przypuśćmy, że zostałeś duchowo ranny na linii frontu podczas świadczenia. Jeśli wtedy wycofasz się bez Bożego pozwolenia nigdy nie powrócisz do zdrowia. Powinieneś jeszcze wiele razy wyjechać na linię frontu i zgłaszać się na ochotnika tak wiele razy jak to możliwe. Ci, którzy dołączyli do Kościoła Zjednoczeniowego i nigdy nie robili witnesingu staną się niemymi w świecie duchowym. Gdy ujarzmisz trzech ludzi, którzy sprzeciwiają się ci, reszta twojego życia jako tego który robi witneesing stanie łatwa. Bóg wysyła cię na witnessing, w ten sposób płacisz odszkodowanie. Robi to poza swoją łaską . Jeśli masz dobrych przodków wtedy szatan nie może zastąpić ci drogi. Jeśli szatan zastąpi ci drogę, on będzie musiał płacić odszkodowanie za ciebie. Stąd, nawet szatan pomaga ci. Gdy ktoś awansuje na wyższe miejsce, musi znów zejść w dół. Jeśli on nie może tego uczynić osobiście w takim razie on może schodzić do skromnej pozycji dzięki swoim duchowym dzieciom. (one mogą to robić za niego) Po pierwsze witnessing, po drugie witnessing, po trzecie witnessing. Nawet bydło może rozpoznać trującą trawę i może trzymać się z daleka od niej. Ono również czuje gdzie jest rzeźnia . O ile bardziej ludzie powinni umieć rozróżnić miejsce życia od miejsca śmierci. Gdy otwierasz swoje serce przed kimś, kogo życzysz chronić i on nie odpowiada, wszystkie jego błogosławieństwa i zalety zostaną przeniesione na ciebie. Jeśli nie będziesz robić witnessingu, twoja droga zostanie zablokowana. Nie lekceważ ludzi. Jeśli potraktujesz swoich gości niedbale, twoja droga zostanie zablokowana. Ten kto reaguje raczej na serce posłańca niż na swoje stanie się członkiem rodziny Bożej Przekazywać innym wolę Bożą z twoim całym sercem aby oni mogą akceptować to ze swoim całym sercem. Jeśłi zrugasz kogoś, módl się za niego. To jest droga, dzięki której przejdziesz przez tą trudną sytuację Zginiesz jeśli dasz coś innym mimo kpin. Musisz dać z łzami. Gdy w swojej działalności przekazywania woli Bożej Woli musisz nocować pod gołym niebem, przykryć się tylko swoim płaszczem, mówi sobie\ "ach! Zostałem wspaniałym aktorem filmu. Kiedyś nadejdzie dzień gdy ludzie obejrzą ten film i będą płakać \ " Błogosławione rodziny muszą koniecznie robić wetnessing w niedzielę. Musisz świadczyć żeby pozyskać przynajmniej troje duchowych dzieci, w roku. Robić biznes to warunek wetnessingu Nie obchodź się surowo ze swoimi braćmi I siostrami aż do momentu gdy wychowasz troje duchowych dzieci. Jeśli wychowasz troje duchowych dzieci, będziecie zdolni być tacy jak w rodzinie Jesteś szczęściarzem I powinieneś być wdzięcznym że masz duchowe dzieci w młodszym wieku, niż ja je miałem W poleceniu dania życia duchowym dzieciom, musisz przygotować swoje własne dzieci na znoszenie trudów. W poleceniu dawania życia temu narodowi, KZ członkowie powinni doznawać trudów. Zanim otworzysz Niebo, musisz przejść ceremonię , w której twoich troje duchowych dzieci ofiarują ci złoto, kadzidło i mirrę. To jest trudne bez obecności duchowych dzieci. Twoje troje duchowe dzieci są warunkiem, który odpowiada trzem ofertom dla Boga. Bez trojga duchowych dzieci, nie zostaniesz przywrócony Bogu. Musisz mieć co najmniej troje duchowych dzieci pobłogosławionych, zanim dorośniesz do pozycji rodzicielstwa. To konieczne żebyś wychował najpierw troje duchowych dzieci. Możesz kochać twoje własne dzieci dopiero po wychowaniu trojga duchowych dzieci. Jeśli twoje duchowe dzieci w pełni służą twojemu własnemu dziecku gdy to będzie jeszcze w łonie matki, odszkodowanie w pełni zostanie zrealizowane i szatan w pełni zostanie odcięty od rodowodu twojej rodziny Pierwotnie każda osoba powinna wychować troje duchowych dzieci przed poczęciem swoich własnych dzieci. Stąd pierwszy w pełni powinien służyć drugiemu podczas gdy drugi jest jeszcze w łonie. Tylko w taki oto sposób jego fizyczne dzieci wejdą do Królestwa Niebieskiego Były trzy archanioły, które miały służyć Adamowi. Aby przywrócić tę pozycję, powinieneś wychować troje duchowych dzieci, które będą służyć twoim własnym dzieciom podczas gdy one są już w łonie matki. Stąd, twoje duchowe dzieci powinny być całkowicie ci posłuszne. Twoich troje duchowych dzieci powinno (1) mieć serce, zdolne pójść na miejsce twojej śmierci za ciebie i (2) troszczyć się o twoje fizyczne dzieci, które są w położeniu Abla , od czasu koncepcji do czasu małżeństwa. Dopiero wtedy twoja rodzina może być całkowicie wolna od bycia oskarżanym przez szatana Dla Boga, troje duchowych dzieci oznacza w pionie Adam-Jezus-Pan Drugiego Przyjścia, a w poziomie Kain-Abel-Set, Shem-Ham-Jafet i Abraham-Issak-Jakub. Nawet Jezus po stracie swoich trzech duchowych dzieci, upadł do pozycji upadłego Adama I był strącony do świata szatana. W ten sposób był kuszony przez diabła Doświadczając miłości duchowych dzieci kształcisz swoje własne dzieci Największy dar dla Boga to znaleźć upadłe dzieci i zgłosić o tym Bogu. Odnowa trojga duchowych dzieci oznacza: (1) duchowe przywrócenie trzech archaniołów, (2) absolutny warunek aby być w pozycji rodzica, i (3) absolutny warunek wychować twoje fizyczne dzieci do perfekcyjnej zwycięskiej pozycji. Ci, którzy włączeni zostali się do KZ później powinni wynagradzać zdradę tych pierwszych członków, którzy odeszli z Kościoła. Potrafisz dać swoim duchowym dzieciom najwyższe miejsce, które kiedykolwiek lubiłeś? Pomimo że urodziłeś troje duchowych dzieci, musisz móc wychować ich jeden po drugim. W innym wypadku, nie będziesz móc oczekiwać jedności w swoim sercu.

Smerfetka

Smerfetka

 

Absolutne posłuszeństwo

Jedną z doktryn "kościoła" jest absolutne posłuszeństwo. Poprzez posłuszeństwo zbawia sie świat. Chciałabym w tym miejscu opisać różne sytuacje, w których przeciętny moonista nie ma nic do gadania, wszystkie te sytuacje są prawdziwe. W sekcie obowiązują poszczególne etapy wtajemniczenia. to oznacza że adept, który wchodzi do grupy nie ma pojęcia jakimi zasadami ona się rządzi. Stopniowo, ale i dość szybko te zasady odkrywa i ma obowiązek się do nich dostosować, chodzi o to żeby nie mieć czasu się nad tym wszystkim zastanowić i bezkrytycznie przyjąć. Drzwi do raju się przed nim otwierają aby się automatycznie z drugiej strony zamknąć. Na początku na przykład nie musiałam uczestniczyć w porannych modłach, przeczuwałam że coś się dzieje ale nie brałam w tym udziału. Drugi etap to udział w wykładach i modlitwach porannych. Jakie to przykre uczucie gdy musisz rano wstać i nie masz żadnej możliwości odmówienia bo takie są zasady. A ty wierzysz że zasady są stworzone dla twojego dobra, gorzej bez nich nie będziesz mógł być uczestnikiem wielkiej rodziny moonistycznej. A ta rodzina tak bardzo się o ciebie stara i tak bardzo chce żebyś do niej dołączył a nie był jak ta zagubiona owieczka. Bardzo chciałam się wyspać, zwyczajnie ale nie pozwalały mi na to dwie sprawy, moja matka duchowa , która szarpała mnie i ciągnęła do pokoju modlitwy a tam w szczegółach instruowała jak się mam zachować oraz z czasem moje wyszkolone sumienie. Każde odstępstwo od postawy ciała np. było niemile widziane i w zasadzie wykluczone. Działa to w ten sposób, że z czasem człowiek sam zaczyna się kontrolować, kontroluję swoje myśli co do swego zachowania czy jest prawidłowe. Czas modlitwy, postawa ciała, liczba ukłonów ściśle określona. Wykluczona jest wszelka indywidualność. Grupa stanowi jakby jeden "myślący" w jednym kierunku mechanizm. Czas modlitwy, śpiewy, wysłuchanie co ma do powiedzenia Ojciec. Poranny rytuał. Oczywiście nie można kwestionować słów ojca, przecież jest "mesjaszem". Kiedyś powiedział że kobiety maja krótsze nogi od mężczyzn i że to jest właściwe, popatrzyłam na moją "siostrę " obok , która była żywym zaprzeczeniem tych słów. No ale jakoś przeszłam nad tym do porządku dziennego. Nauczyłam się korygować swoje myślenie, aby być posłuszna słowom"ojca". Twoje codzienne obowiązki studenta schodzą na plan dalszy, nieważne że zajęcia zaczynają od 8.00. O tej porze nie masz możliwości wyjścia z centrum. I tyle . W takim układzie o kłopoty na studiach nie trudno. Zaczęłam oblewać egzaminy. O każdym wyjściu powinien wiedzieć i wyrazić na nie zgodę lider. Przykładowo nie wolno nikogo mimo naprawdę szczerych chęci odprowadzić gdziekolwiek jeśli lider nie wyrazi zgody. Jeśli np. uzna że osoby za bardzo się lubią i ich zbliżenie do siebie nie jest bezpieczne z punktu widzenia grupy może zabronić ci wyjść z daną osobą nawet jeśli to członek sekty. To bardzo boli, jeśli wiesz że ktoś chce ci towarzyszyć a nie może bo stanowisz dla niego zagrożenie. Od razu zastanawiasz się co takiego złego zrobiłeś. Nie możesz oglądać filmów które chcesz tylko te które wybiera lider. gdy oglądasz film nie wolno ci oglądać żadnych scen miłosnych, nawet pocałunku (wynika to z doktryny wiary). Dowiedziałam się o tym w chwili gdy moja matka duchowa dosłownie zasłoniła mi oczy gdy oglądałyśmy film. Jeśli film się liderowi nie podoba może w każdej chwili go wyłączyć i lepiej żebyś milczał. Czas jest ściśle odmierzany, po wyjściu z sekty miałam przez jakiś czas problemy z podejmowaniem decyzji bowiem żadnych decyzji nie podejmowałam, wszystko było z góry wyznaczane. Decyzję żeby moja matka duchowa spędziła u mnie święta podjął też lider, niestety na następną wizytę już nie wyraził zgody. Nie wyraził też zgody na to żeby została w Polsce mimo że bardzo chciała. Podporządkowanie jest również w sferze uczuciowej, męża/ żonę wybiera ci "mesjasz". On też decyduje o czasie rozpoczęcia współżycia. Skutek tego jest taki że człowiek obojętnieje wobec płci przeciwnej , tłumi swoje podstawowe popędy. Uważałam że mogę pokochać każdego mężczyznę i wierzyłam że moon dokona właściwego wyboru. Żyłam mrzonkami. Wydawało mi się że moje prawdziwe uczucia są złe, bo moon wybierze mi lepszego męża, nie kierowałam się zatem własnymi odczuciami tylko podporządkowałam je "mesjaszowi". Ale te odczucia istniały, więc bardzo głęboko je tłumiłam. Każdy przejaw indywidualnego myślenia w kwestii seksualnej był przeze mnie tłumiony. Czułam się jak wyprana z uczuć, a jednocześnie czujesz się wybrańcem, że nie jesteś jak ten świat bo nie ulegasz jego zgubnym popędom, które doprowadziły (wg doktryny wiary) do upadku człowieka. Kontrola obejmowała również listy i telefony do bliskich. Telefon był jeden i wszyscy mogli posłuchać twoich rozmów z bliskimi. W takiej sytuacji każdy kontrolował się co mówi. Pamiętam moja matka duchowa rozmawiając przez telefon ze swoim "mężem" potrafiła wydukać tylko słowo tak, i to przez 10 minut! Trudno w takiej atmosferze o szczere rozmowy. Zresztą byliśmy tak wyszkoleni żeby nie ukrywać niczego przed sobą (chyba że wątpliwości :-? ) . o innych rzeczach należało informować. A więc człowiek stawał się przejrzysty. Z drugiej strony o wielu rzeczach po prostu się nie mówiło, tłumiło je i wypierało, żeby nie osłabiać ducha grupy. Ja po prostu bałam się rozmawiać na tematy , które wydawały mi się kontrowersyjne. Z moimi wątpliwościami dzieliłam się jedynie z moją matką duchową bo na początku miałam do niej zaufanie. Ponieważ każde moje słowo było powtarzane liderowi, więc i z tego zrezygnowałam a nieprawomyślne myśli schowałam i wyciągnęłam już po wyjściu z sekty. Każdy członek sekty powinien zrezygnować z czegoś co kocha, czyli na przykład z wierszy które pisze.. Ofiara Abrahama. Ja od tej pory nie napisałam ani jednej strofy wiersza choć przed wstąpieniem do sekty bardzo lubiłam pisać wiersze. Teraz już nie potrafię... Wyrzekłam się tego całkowicie. jeśli chodzi o muzykę to słuchaliśmy radia, ale głównie śpiewaliśmy holy songs. Czasami nawet nie chciało się tego słuchać ale to było jak rytuał. Obecność na wykładach obowiązkowa, nawet jak słuchasz tego x razy. Z czasem po prostu się wyłączałam i prawdę powiedziawszy do dziś niewiele z nich pamiętam zwłaszcza że z czasem stawały się coraz bardzie zawiłe. Sama Boska zasada jest tylko w zarysie a jest jej kilka poziomów (dokładnie nie pamiętam ale chyba 4 poziomy). To oczywiste, kolejne stopnie wtajemniczenia... Z absolutnym posłuszeństwem jest związana "idea" inaczej tego nazwać nie umiem Kaina i Abla. to swoisty dualizm , zło - dobro. Korea Północna - Kain Korea Południowa - Abel. Niemcy -Kain Polska - Abel. Oczywiście jest to kosmicznie absurdalne. Jednak w sekcie ma się dobrze. I tak poszczególne osoby są ze sobą związane relacją Kain i Abel. Abel jest osobą poszkodowana więc może więcej, jest postacią centralną. Kain powinien mu niejako odpłacić za grzechy. Czyli być mu posłusznym. Powinni ze sobą współpracować aby osiągnąć pokój. Znowu posłuszeństwo. Absolutne.Przez to posłuszeństwo zbliżasz się do Boga i osiągasz cel, Abel jest twoją droga do Boga. Na 31 dniowym workshopie przechodzi się publiczną spowiedź, takie upokorzenie, wtedy jesteś całkiem "przeźroczysty"...Nie można od tego uciec , jest to konieczność, przez którą każdy uczestnik musi przejść.

Smerfetka

Smerfetka

 

Zapraszam do ogrodu eden

Ogród Edenu – utopijny plan dla idealistów czy wyrachowany biznes? New Hope East Garden, a dla wyznawców po prostu The Garden Of Eden (Ogród Edenu) albo The Kingdom of Heaven on Earth (królestwo Boże na Ziemi) Miejsce Jardim, Mato Grasso do Sul, Brazylia, płd Ameryka. Moon osobiście wybrał to miejsce, w którym jego wyznawcy mogliby budować utopijne królestwo. Miejsce to często zalewane, bagniste i wilgotne po sezonie zalewowym zamienia się w zieloną, obfitą w pożywienie dla zwierząt krainę. Idealne miejsce dla wędkarzy czy myśliwych i miłośników dzikiej przyrody, nieskażonej przyrody. Prawdziwy biblijny Eden, ale czy dla zwykłych ludzi? Co najmniej kilku wyznawców straciło życie w nurtach niebezpiecznej rzeki! Moon był zapalonym wędkarzem a to miejsce obfitujące w ryby. Projekt „ogród Edenu” był zaplanowany na wiele lat bo i dużo rzeczy było do zrobienia. Był też trzymany w tajemnicy aż do momentu osiągnięcia ostatecznego celu. Pierwotnie „New Hope Project” zaplanowano przy jeziorze Chung Pyung Lake, jednakże rząd nie zgodził się na sprzedaż tego terenu, ponieważ wody jeziora dostarczają wodę dla Seulu. W styczniu 1993 roku Moon kupił farmę w Teksasie. Jednakże ostatecznie padło na Jardin. Moon tam wędkował w 1994 r. i teren mu się spodobał, mimo że bardzo dziki i niedostępny. „Unification News” z roku 1999 podaje (w wolnym moim tł.)(dok. wewn.)Tł , moje „Joon Sung Kim zajął się osobiście projektem Edenu. Jak sam twierdzi, pomysły realizacji planu czerpał ze świata duchowego. Rząd wspierał projekt a nawet Ruch uzyskał zwolnienie z podatków na okres 10-ciu lat. Joon Sung Kim powiedział : Budujemy model Królestwa Bożego na Ziemi, właśnie tu w Jardim. Moon nie żałował pieniędzy na ten cel. Gdy dowiedział się, że obiekt sportowy „Centrum Sportu” dla 300 osób nie może zostać wybudowany w terenie zalewowym dał więcej pieniędzy na wybudowanie go nieco wyżej, poza zasięgiem wody. Oczywiście dla realizacji tego planu potrzebni byli ludzie. Joon pisze ” Ojciec zawołał mnie i dał specjalne instrukcje dotyczące Jardin. Jak szybko mogłem pojechałem tam. Nie było tam nic, ani dróg ani mostów. Tylko mały staw i rowy (tu miało powstać jezioro). Mieszkałem w małym namiocie”. Rząd sprzyjał budowie edenu. Przymykał oczy na łamanie przepisów prawa drogowego czy braku licencji na łowienie ryb…Joon zanim dostał wizę bezterminową spędził tam kilka lat bez wizy. W lutym 1995 roku zakupiono pierwsze tereny a Joon Sung Kim udał się tam aby nadzorować projekt w 1998 r. Moon zarządził, że z każdego kraju powinny przyjechać po 2 osoby , w sumie 31 osób mówiących różnymi językami. Tereny wykupowano stopniowo, ogółem ostatecznie 150-200 km kwadratowych. W zasięgu tego terenu znalazło się 33 miasteczek. Koszty: bagatela miliony dolarów! Znaleziono również sponsorów, kilku bogatych Brazylijczyków zainwestowało w projekt. Oczywiście nie informowano ich o ostatecznym celu projektu aby nie zaprzepaścić idei projektu. Nie mówiono też o tym bo cena ziemi mogła wzrosnąć. I tak się też stało. cena wzrosła 15-krotnie. Moon chciał tam sprowadzić 200 000 wyznawców! Wielkie plany i wielki biznes Na terenie Jardin zaplanowano m. in. 1. strusią farmę, mającą w przyszłości przynosić korzyści z mięsa i jaj strusia (docelowo 29 strusiów) 2. Fermę ślimaczą, które występują tam w obfitości, a potrzebują tylko 4 miesiące na dojrzałość.. Oczywiście na sprzedaż. 3. Fabryki przemysłowe, w których pracę znajdą m.in. mieszkańcy okolicznych miast. 4. Turystyka : w tym celu zasadzenie drzewek wiśniowych żeby przyciągnąć turystów japońskich (docelowo 10 000 drzewek). Hotele, restauracje. 5. Owoce kiwi (tunel z kiwi) 6. Orzechy laskowe, owoce mango, które można wykorzystywać na soki i eksportować. 7. Farmy rybne.. 8. Centrum edukacyjne dla moonistów 9. Mały port lotniczy Szczególne zyski przewidziano z turystyki, zwłaszcza wędkarskiej. Czysta komercja i wykorzystanie przyrody do swoich biznesowych celów pod płaszczykiem budowania raju. Oficjalne i prawdziwe przyczyny powstania „raju na ziemi” Żeby zdobyć fundusze dla swoich celów (sponsorów, darczyńców) Moon nigdy nie mówi całej prawdy, problem w tym, że jakaś część prawdy w tym jest ale nigdy nie cała! To tak samo jak z niebiańskim oszustwem, wyrwać od szatańskiego jak najwięcej! Tak więc oficjalne przyczyny budowania „Garden of Eden” były następujące: 1. Pomoc dla zubożałej części świata poprzez zbudowanie fabryk, infrastruktury, która w przyszłości będzie służyć mieszkańcom regionu dając im pracę. 2. Rozwój turystyki, który przyczynić się powinien do zmniejszenia bezrobocia. 3. Ochrona środowiska naturalnego 4. Zbudowanie centrum światowego pokoju. Idealny inwestor, prawda. Jak nie pomóc w tym szczytnym celu. A naprawdę. Komercyjne wykorzystanie przyrody i budowanie fabryk z pewnością przyczyniłoby się do zwiększenia zanieczyszczenia przyrody i z pewnością nie ma nic wspólnego z ochroną przyrody. Podobnie rozwój turystyki na szeroką skalę, jedynym celem Moona są pieniądze. Ale podstawowym i prawdziwym celem jest zbudowanie małego modelu idealnego świata. Moon doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że cały świat nie padnie niestety u jego stóp, choćby jego biedni wyznawcy padali ze zmęczenie werbując nowych członków. Dlatego zapragnął zbudować ten świat dla siebie u swoich stóp! Z jego mów znanych tylko członkom jasno wynikało, że zamierza sprowadzić tam wyznawców z całego świata reprezentujących każdy kraj i w ten sposób zbudować małą Polskę, mała Koreę itd. „Państewka” te byłyby mu całkowicie podporządkowane i skazane na jego teokratyczne rządy. Model idealnego świata zakładał masową imigrację członków sekty!! Co do dla nich oznaczało, strach pomyśleć. Założył nabycie 160 oddzielnych działek z przeznaczeniem na zbudowanie tych „państw”, których zaludnić chciał członkami sekty reprezentującymi wszystkie narody świata!! Taki pomniejszony świat u jego stóp. I to był główny cel powstania „Ogrodu Edenu”. W takim pomniejszonym świecie mógł być Imperatorem Wszechświata jak się nazwał. Być może to zaspokoiłoby jego chore ambicje. Według Nan Sook Hong, żony jego syna, autorki książki „W cieniu Moona” Moon organizował przyjęcia w ścisłym gronie najbliższych liderów i rodziny, na których liderzy przebierali się w ważne postaci z przeszłości jak np. w Jezusa Chrystusa czy G. Waschingtona. Tak przebrani oddawali mu pokłony, w ten sposób zaspokajając jego chorą żądze władzy!! Stając na czele tego quasi-państwa stał by się imperatorem świata już teraz a nie w dalekiej przyszłości, która mogła nigdy nadejść. (w praktyce na pewno by nie nadeszła). Jeśli nie może zmusić do pokłonów rzeczywistych rządzących tym światem to może chociaż zmusić swoich zdolnych do wszystkiego dla niego liderów. Wizja życia w „Garden of Eden” Z wewnętrznych mów Moona wynika nieciekawa wizja życia w edenie. Całkowite podporządkowanie członków wspólnoty to jedno, wymyślił jednakże różne dziwaczne przepisy. Zamierzał nie pozwalać tam na śluby osobom nie znającym języka koreańskiego, przedtem musieliby się go nauczyć!!! Kobiety odmawiające małżeństwa, podobnie jak te które współżyły przed ślubem powinny ponieść śmierć! Tak mogło wyglądać życie w edenie, którego władcą byłby Moon. W tym miejscu całkowicie mu podporządkowanym mogło by też dochodzić do rytualnych samobójstw… Jego plany zostały przerwane przez jego śmierć… Tak więc przyświecały mu tak naprawdę dwa cele : całkowita władza i pieniądze. Przede wszystkim jednak władza nad ludźmi, których wreszcie mógłby mieć na wyciągnięcie ręki. Jak wynika z tego co napisał Monte Rel w dzienniku „Times” o swojej wizycie w Ogrodzie Eden projekt nie wypalił…(tł. moje) W roku 2000 Moon zakupił 1.5 mln ziemi. Sprowadził tam 14 Japończyków tzw „mesjaszy narodowych” i nakazał im zbudować „Garden of Eden” – idealne miasto na bardzo trudnym terenie. Gdzie rzekomo ludzie mogliby żyć w zgodzie z naturą. Najbardziej dziewicze miejsce na ziemi. Na przystani Puerto Leda, spotykam mężczyznę, który przedstawia się jako Wilson.On nie jest Mesjaszem, lecz 44-letnim Chilijczykiem, który sprowadził się tu dwa lata temu. Jego żona i dzieci są jeszcze w Chile. To on pozwolił mi wjechać do kompleksu. W ciągu minuty, reflektory pokazały skupisko budynków. Jest tu kilka domów dwupiętrowych, wieża wodna, kilka dużych budynków komunalnych, wieża telefoniczna. Powiat zajmuje wielkość Karoliny Południowej. Budynek przed nami ma dach z terakoty, cegły i sztukatorskie, duże okna ze szkła, i pięć urządzeń klimatyzacyjnych. Czekają tam na nas z kapciami. Zdejmujemy buty i wchodzimy do „miejsca świętego”. Wszędzie jest cicho .Wilson włącza światło. jesteśmy w jadalni. Duże drewniane stoły mogą pomieścić około 100 osób. Są wolne.”Nie ma zbyt wielu ludzi teraz” Wilson wyjaśnia.”Ale czasami nawet 100 pracuje tu na raz.” Ascetycznie chudy Japończyk podchodzi do nas, uśmiecha się zza drucianych oprawek okularów. Jakby czekał na nas przez lata.On ma 62 lata, a jego nazwisko jest Katsumi Data (wymawiane DAH - Tay), lub po prostu pan Data, jak zwraca się do niego Wilson. Pyta, co chciałbym zobaczyć. Cóż, chciałbym zobaczyć jak wygląda 12 lat pracy w budowaniu ziemskiej doskonałości. Z powrotem na zewnątrz, widzę ogromne budynki wieloosobowe, pensjonaty, i szopy na naprawy mechaniczne. Liczę siedem gospodarstw rybnych w pełni zaopatrzonych. „Normalnie, jest około 10 z nas, którzy tu mieszkają,” Pan Data mówi mi.”Ale w tym tygodniu to sześć daleko w Asunción. Tak więc w tej chwili tylko cztery”. Pan Data i ja idziemy po gładkich chodnikach wzdłuż ładnie utrzymanych ogrodów hibiskusa i bugenwilli, obok basenu o wymiarach olimpijskich. Wchodzimy do dwupiętrowego budynku komunalnego, który przypomina kompleks biurowy, wspinamy się na kamienne schody na drugie piętro do pokoju.Jest tam telewizor, a pan Data wkłada płytę do odtwarzacza DVD. DVD, mówi, wszystko wyjaśnia. Z datą 1999 widzimy mesjaszy założycieli, spacer po nieokiełznanym terenie – terenie, gdzie teraz znajdujemy się leżą cegły w mokrym błocie. Myją naczynia w rzece. Noszą ciężkie ubrania, ciężko pracują odganiając się od komarów. Reszta DVD obejmuje kilka ostatnich wydarzeń. Wznoszenie wieży wodnej. Sztuczne stawy. Lądowisko. Rozładunek sadzonek z Aquidaban, a następnie sadzenie ich w gajach.Grupa kilkunastu japońskich studentów – odwiedza dzieci członków Zjednoczenia Kościoła Zjednoczeniowego – pomagają w budowie tutejszej szkoły. Wraca do mnie myśl, że obecnie mieszka tu 10 mężczyzn. Kolonia faktycznie straciła ludność od momentu jej powstania. Czterech z oryginalnych mesjaszy wróciło do Japonii. I tu pojawia się kilka pytań: Kim są ci ludzie?I dlaczego poświęcają się temu? Doba: już o 4:30 pobudka, przez pół godziny niemego uwielbienia, śniadanie na 5, a następnie z powrotem do swoich pokoi, aby przygotować się do pracy o 6:30.Każdy z nich jest przypisany osobnej pracy: Jeden pracuje przy rybach, kolejny przy roślinach .Ktoś sprawdza poziom pH w basenie, choć nikt nie pływa. Obiad zawsze trwa od południa do 01:30. Będą pracować do 5 po południu, potem kolacja i krótkie spotkanie modlitewne.To pozostawia im około dwóch godzin, aż zgasną światła 0 9. Większość wykorzystuje ten czas na czytanie, modlitwę, lub oglądanie telewizji satelitarnej Nawiązuje rozmowę z panem Owadą. Pan Owada ma 64. On jest dobrym przykładem przeciętnego mesjasza założycielskiego: mieszczuch z bardzo małym doświadczeniem w budowie. Jego żona została wybrana dla niego przez Moona. Zostawił ją z dziećmi w Japonii. On dostaje pensję od kościoła. Jego rodzina i inni Japończycy zapewniają mu więcej pieniędzy. Raz na 11 miesięcy, pan Owada dostaje czterotygodniowe wakacje, które może wykorzystać, aby pojechać do Japonii. Jego żona odwiedziła go dwa razy od 1999 roku. Na początku, koloniści mieli nadzieję, że dołączą do nich ich żony (a także kilku wyznawców). Co roku w sierpniu, zapraszają dzieci japońskich członków Kościoła, aby zostały na kilka tygodni, ale jak dotąd żaden nie zdecydował się zostać.”Moja żona uważa, że nie jest w stanie tu mieskać” Pan Owada mówi „bo wciąż standard życia tu jest za niski”. Pan Owada uważa, że pobyt tu jest pobytem uświęcającym go, jego ofiara nie jest daremna. Nie przeszkadza mu samotne i trudne życie. Ponosi po prostu osobistą ofiarę za duchową nagrodę w przyszłości. Kilka miesięcy później, po śmierci Moona od powikłań po zapaleniu płuc, po raz kolejny docieram do pana Data aby sprawdzić, czy śmierć prawdziwego ojca wpływa na oddanie dla mesjasza. Nie. Planują oni pracować na Puerto Leda jeszcze przynajmniej przez dziesięć lat. Oczywiście, istnieje potencjał ekoturystyki, mówi Pan Data. Stoimy na zewnątrz niedokończonego trzypiętrowego budynku z cegły. Pan Data odnosi się do niego jako” hotel „. Pan Data opowiada o potencjalnych plusach otwarcia się na turystów. Eden ma być rajem dla ludzi – mówi. Idziemy dalej, obok posadzonej trawy cytrynowej, pomarańczy, mango, grejpfrutów, szparagów, trzciny cukrowej. Mężczyźni zasadzili tysiące drzew jatrofa, które mogą zostać wykorzystane do produkcji paliwa biodiesel, ale setki papug skoncentrowały się na nich i zjadły wszystkie owoce.W ostatnim sezonie zalewowym wody zalały wiele tysięcy drzew. „To był ciężki rok,” Pan Data przyznaje. To jasne, że ci ludzie mają wiarę w cuda, i to jest dokładnie to, co jest potrzebne tu w Puerto Leda. Zwycięskie Święte Miejsce wydaje się być przeznaczone na kolejny ciekawy pomnik ludzkiej ambicji i głupoty. Ale obserwując, jak ciężko pracują tu ci ludzie, nie mogę im pomóc, ale podziwiam ich wytrwałość. Fanatyzm, ich oddanie dla tej sprawy. Są przyjaźni i gościnni dla tych, którzy nie podzielają ich przekonań. W ciągu ostatnich godzin od mojej wizyty, pan Data pokazuje mi coś, co w rzeczywistości pozwala pracować na zewnątrz.”Japońskie bataty,” powiada, patrząc na działkę o powierzchni uprawianej gleby.”Rosną bardzo duże pod ziemią, do 10 kilogramów. Sprawdzają się tutaj” Moim impulsem jest uczcić to zwycięstwo. Może to warte jest tego, że pan Data spędził tu tyle lat życia. Może to małe zwycięstwo, jak to może pomóc innym ludziom w Pantanal wieść bogatsze życie. Pan Data patrzy w dół i mówi „Niestety nie są smaczne.”

Smerfetka

Smerfetka

 

Przypadek czarnego Heung Jin Moona jako przykład spaczonej duchowości

Heung Jin Moon był jednym z synów Moona. Urodził się w 1966 r. Zginął w wypadku samochodowym w 1983 r. Wypadek miał miejsce w Hyde Parku w Nowym Jorku. Heung zginął ratując rzekomo swoich dwóch współpasażerów. W Ruchu jego śmierć traktowana jest jako ofiara i została uświęcona, a dzień 2 stycznia został ustanowiony na jego cześć Dniem Zwycięskiej Miłości. – „The Day of Victory of Love” Obecnie Heung Jin według wierzeń przebywa w niebie dzieląc z Chrystusem władzę : Moon ogłosił go naczelnym wodzem w niebie. Współpracuje z Jezusem w szczytnym celu zjednoczenia świata duchowego. Wyznawcy wierzą, że umierając uratował ojca, który był wówczas mocno zaangażowany w działalność antykomunistyczną. Przewodniczy w świecie duchowym tzw. wolnym uwolnionym przodkom, ma moc czynić grzesznych zmarłych perfekcyjnie dobrymi duchami. Jego zdjęcia wiszą w samochodach członków Ruchu w celu ochrony przed złymi duchami. Bo Hi Pak uznał jego śmierć za ważniejsze wydarzenie od ukrzyżowania Chrystusa. Członkowie są wezwani do łączności duchowej z nim, bądź nawet do bycia pod jego kierownictwem! Może kontaktować się z człowiekiem na ziemi i mówić przez niego. w 1987 roku przemówił przez mężczyznę z Zimbabwe imieniem Kleofas. Chun Hwan Kwak udał się w 1987 r. do Zimbabwe aby naocznie sprawdzić ten fakt. Uznał to za prawdę, syn Moona objawił się mu jako ucieleśnienie ducha Heung Jina. Czarny Heung Jin odwiedził „Prawdziwych Rodziców”, którzy uznali go za wcielonego syna. Nie wszyscy członkowie kościoła w to uwierzyli. Jednak oficjalnie kościół uznał prawdziwość „wcielenia”. Ci którzy w to nie uwierzyli przeżywali prawdziwe katusze, ponieważ oznaczało to że nie zgadzają się z "Ojcem", który przecież nie miał wątpliwości co do prawdziwości zdarzenia. Więcej, przyjął go (według świadków) jak własnego syna! Moon upoważnił czarnego Heung Jina do podróży po świecie i przekazał mu misję naprawczą Ruchu. Tym samym miał spowiadać i dyscyplinować członków Ruchu. Był w Europie, Japonii i Korei. Wszędzie zasłynął z brutalnego traktowania ludzi, którzy według niego zgrzeszyli. Zarządzał bicie grzeszników , wyganiał z nich diabła, do tego stopnia że ludzie zaczęli się na niego skarżyć. Spowiadał ludzi a później nauczał ich i bijąc wyganiał diabła. Spowiadał samego Bo Hi Paka (prawą rękę Moona) i też go pobił. w końcu Moon ogłosił że duch jego syna opuścił mężczyznę. W następstwie Kleofas, który nie przyjął tego do wiadomości opuścił Ruch i założył własną sektę w Afryce…z sobą w roli mesjasza. Świadectwo Damiana Andersona (tł. moje) (fragm) źródło http://www.tparents.org/library/unification/talks/anderson/Anderson-BlackHJN.htm Nie chciałem czekać aż spotkam się ze światem duchowym, aby wyrobić sobie zdanie na temat Kleofasa. Na własne oczy zobaczyłem tego człowieka w Waszyngtonie w kościele jak postępuje z ludźmi. Uderzał ludzi głowami, bił brutalnie z użyciem kija baseballowego, zakuwał w kajdany.Zobaczyłem dość. Pierwszy do spowiedzi był Todd , jego żona miała urodzić lada dzień. Moja żona była w siódmym miesiącu ciąży i byliśmy następni do spowiedzi do nieokrzesanego dociekliwego rozmówcy. Zabrałem moją żonę z pokoju, przyszedł za nami. Zażądałem informacji co stało się z Toddem. Został gdzieś zamknięty na klucz. Powiedziałem, że chce wyjść z pokoju. Zostałem powalony na ziemię przez kilku ludzi i zabroniono mi wyjść. Chciałem uciec z kościoła ale nie byłem w stanie tego zrobić, drzwi zamknięto na klucz. Powiedziałem mu , żeby odczepił się od mojej żony bo pożałuje, spuszczę mu łomot, wybiję zęby itd. Powiedziałem mu, że jeśli to jest mój grzech to mogę to wyznać przed wszystkimi w kościele. W końcu udało nam się wyjść, ponieważ żona Todda zaczęła rodzić i musiałem ją zawieść do szpitala, gdzie przedwcześnie urodziła córkę. Zanim tam poszliśmy, pytaliśmy Denisa czy pogłoski o przemocy tego człowieka są prawdziwe, zaprzeczył. Potem z gniewem stanąłem z nim twarzą w twarz domagając się wyjaśnień. Jeśli podobne wydarzenia miałyby się powtórzyć zadzwoiłbym na policję komórką. Nie żałuję, wydałem moralną opinię. Fakt, że Pak został przez niego niemal zamordowany potwierdza, że mam rację. Jeśli podobne wydarzenie miały powtórzyć się, zrobiłbym to samo. Tym razem, telefonowałbym po policję na swoim telefonie komórkowym. Nie żałuję. Wydałem moralną opinię, a fakt że Pak został prawie zamordowany przez niego potwierdza to fakt, że mam rację. Od tej pory jestem bardzo wyczulony na akty przemocy w naszym kościele , którą dopuszcza się w imieniu Boga." Kleofas słynął z brutalności. Już po opuszczeniu przez niego kościoła znaleziono wytłumaczenie dla tej sytuacji. Podobno prawdziwy Heung powiadał ze świata duchowego , że nie chce stosować siły. Pewnego dnia Heung Jin odwiedził swojego brata bliźniaka Kleofasa na ziemi po czym wrócił do świata duchowego. Jednak złe duchy przekonały Kleofasa że ciągle z nim jest. Kleofas ciągle w to wierzy ponieważ zły duch jest przekonujący. i dobrze imituje Heung Jina. Tym samym brat bliźniak został opętany! Kościół twierdzi , że tylko trzymając się "boskiej zasady" nie wpadnie się w sidła diabła.

Smerfetka

Smerfetka