Lebioda

Moja przygoda z Organizacją

Promowane odpowiedzi

Lebioda    2482

Niezależnie od tego jak doszło do tego, że wielu z nas taki krok podjęło, to jakaś tam trauma zawsze zostaje. Zależy to od wielu czynników, które były tego przyczyną. Z tych najważniejszych wymieniłbym: stopień zaangażowania osobistego, oraz długość pobytu w organizacji, jako pochodne tego pierwszego, jest jeszcze jeden główny czynnik, którego nie można pominąć, to powód, dla, którego tę pępowinę postanowiliśmy odciąć, lub nam ją odcięto. To nie jest takie proste odejście i już. Każdy z nas tę traumę przechodzi lub przechodził. To był, jakby niebyło, pewien etap w naszym życiu, krótszy lub dłuższy, ale jednak. Teraz nagle powstaje luka, którą tak łatwo nie można wypełnić. Tam zostawiliśmy też swoich przyjaciół, z którymi byliśmy związani w pewnym sensie emocjonalnie, byliśmy przecież sobie „braćmi i siostrami”. Teraz nagle ci „bracia i siostry” przestają nam podawać rękę, -to niestety trochę boli, tym bardziej, że pozyskanie nowych, ze „świata” nie przychodzi naglę. Będąc w Organizacji Ś. J., sami też tych „światusów” się pozbywaliśmy. Te dylematy osobiste można wyczuć czytając te wszystkie posty na tym Forum. Obecnie, przy korzystaniu z Internetu, można przeżywać tę traumę mniej boleśnie, ponieważ jak widać, możemy mieć przeświadczenie, że nie jesteśmy sami. Kiedyś taki osobnik pozostawał sam ze sobą. Moje odejście przypadło właśnie na taki okres, dlatego jest mi niezmiernie miło, że chociaż teraz znalazłem tych, z którymi mi jest po drodze. Wielu z nas chciałoby poznać historie odchodzenia innych, bo każde odejście jest inne, a i powodów jest wiele, dla każdego inny. Zanim jednak opisze moje odejście, opowiem jakie było to „przyjście”.

Chciałbym jednak przeprosić za ewentualne nie ścisłości, które są nieuchronne z uwagi na to, że od opisywanych wydarzeń minęło już pół wieku, a dziennika nie prowadziłem. Pewne wydarzenia mogą być przesunięte w czasie. Podane miejscowości są tylko orientacyjne, a użyte nazwiska będą tylko te najbardziej znane z najwyższych półek. Użyte imiona nie muszą też być prawdziwe, więc proszę ich z nikim nie kojarzyć

.

Część pierwsza

Moja przygoda z Organizacją zaczęła się w roku 1946 jeszcze w szkole podstawowej, chodziłem do 4-tej klasy, miałem w tedy 14 lat. Zaraz wyjaśnię, bo dla wielu współczesnych może być to nie zrozumiałe. Byłem wtedy rocznikiem zapóźnionym z powodu wojny. W wieku 16 lat byłem już dopuszczany do różnych funkcji we Zborze, wtedy jeszcze nie funkcjonowało pojęcie Zbór, bo nazwę tą kojarzono raczej jako obcą związaną z religią np. ewangelicką lub innymi wyznaniami z podszeptu diabła. Wtedy były Grupy. Na czele Grupy stał Sługa Grupy, zastępca Sługi Grupy, Sługa Terenu, Sługa Skarbnik. To był Komitet Grupy, w grupach przeciętnych. W większych Grupach, dochodził jeszcze Sługa Studium Strażnicy, Sługa Studium Książki i byli też zastępcy tych sług. „Grupy” te zostały zdecydowanie przemianowane na Zbory po roku 1950-tym w czasie zakazu. Powodem odejścia od tej nazwy, było zmylenie władzy, bo „grupy” kojarzone były raczej z podziemiem zbrojnym. Zresztą nie tylko ta nazwa zniknęła, ale również pismo wewnętrzne do celów instruktażowych, wychodzące pod nazwą „Informator” zostało przemianowane na „Służba Królestwa”. Przepraszam za dygresję wracam do mojej osoby. (takie dygresje będą się często powtarzać, więc od razu przepraszam hurtowo, na zaś)

Ponieważ w mojej Grupie, Sługą Grupy był pół analfabetą, (słowo „analfabeta” nie jest tu użyte w znaczeniu pejoratywnym, tylko jako stwierdzeniem faktu, bo jako człowiek, był postacią bardzo pozytywną) więc w wielu sprawach jego właśnie wyręczałem. Przygotowywałem zebrania, materiały do zebrań, w imieniu jego wygłaszałem nawet wykłady. Z chwilą gdy skończyłem szkołę podstawową w wieku lat 16 przyjąłem symbol, i Sługę Grupy zastępowałem już prawie w pełnym wymiarze, lecz jako niepełnoletni, nie mogłem zostać ordynowanym sługą, z uwagi na reprezentowanie Grupy na zewnątrz wobec władz. W ten sposób całą działalność w zborze prowadziłem osobiście, jedynie skarbnikiem była „siostra”, która wprawdzie mogłaby prowadzić całą Grupę, bo miała odpowiedni wiek, posiadane wykształcenie oraz doświadczeni. Z uwagi jednak na to, że niewiasty (niewiasta, to oficjalnie obowiązująca nazwa kobiety) w Grupach nie mogły pełnić funkcji kierowniczej, więc lepszy był taki gołowąs jak ja. Bardzo jest mi żal, że nie są mi znane ostateczne losy tej „siostry”, bo mimo dużej różnicy wieku, potrafiliśmy ze sobą prowadzić tak obszerne rozmowy i wywody biblijne w oparciu o strażnicę oczywiście, ale czasem udawało nam się „zbłądzić” i zahaczać o tematy, że tak powiem, na wyrost. Czy ja wiem? Czy te rozmowy nie były już początkiem końca? Siostra przyszła ze zboru ewangelickiego, więc z biblią była już bardziej oswojona, oczywiście bardziej ode mnie i pewne kwestie umiała wyczytać z biblii poza strażnicą, co bardzo mi się podobało, a nawet zacząłem ją w tym naśladować. Ta wzajemna wymiana myśli i rozumowania, oczywiście w obrębie strażnicy, w pewnym okresie pomogła mi wyjść obronną ręką z opresji, ale nie sięgajmy tak daleko do przodu. Szkoda, że nie znam jej dalszych losów. W latach 55/56 otrzymałem od niej około trzech listów, potem kontakt się urwał, a po wyjściu z więzienia, jej już nie zastałem na miejscu i tak naprawdę jakby za zmową milczenia, nikt z tych, co coś wiedział, nie chciał lub nie mógł nic konkretnego mi powiedzieć. Wróćmy jednak do mojej opowieści. Ach ta dygresja.

A dziecię rosło i umacniało się… jak by o mnie powiedział prorok. Rok 1949 na początku jakoś nic na razie nie zwiastował, ale już w połowie, zaczęły przenikać pewne wieści o nadchodzącej „zimie”. Zwykli głosiciele jeszcze o niczym nie byli informowani na domiar jakby dla zmyłki, w połowie roku odbywały się jeszcze oficjalnie obwodowe zgromadzenia, tzw. Konwencje. Tam powiadomiono oficjalnie o reorganizacji okręgów. Zamiast dotychczasowych dwóch, powstały w Polsce cztery okręgi. Dwa zachodnie okręgi zostały obsadzone przez Sługę Okręgu Lorka Jana i Sługę Okręgu Adacha, nie pamiętam imienia. Wschodnia część została obsadzona przez Chodarę lub Hodarę Tadeusza oraz Kwiatosza Edwarda. Na jednym takim zgromadzeniu obwodowym, Sługa Okręgu Jan Lorek, zebrał główny aktyw na zebranie specjalne. Po omówieniu zwykłych bieżących spraw, oznajmił, aby na dalszą część zebrania pozostali tylko bracia po symbolu. Była trochę konsternacja, gdy ja nie opuściłem razem z innymi odchodzącymi pomieszczenia. Z uwagi na mój gołowąs musiałem oznajmić, że też jestem po symbolu, co ostatecznie potwierdził Sługa Obwodu. Jan Lorek zabrał głos i oznajmił, że organizacja musi się przestawić na inny niż dotychczasowy nurt pracy. Wszelkie dotychczasowe kontakty z biurem krajowym mieszczącym się w Łodzi przy ulicy Rzgowskiej 24, mają zostać ograniczone tylko do potrzeb oficjalnych, natomiast wszelkie informacje organizacyjne od tej chwili będą trafiać do Grup dwiema drogami, tj. oficjalną z biura z Łodzi, które będą miały tylko charakter oficjalny, będą wysłane jeszcze ostatnie strażnice o nr-ach (…), inne wydawnictwa będą rozesłane już drogą kurierską. Wszelkie następne wskazówki będą podawane na specjalnych zebraniach niejawnych z pominięciem łódzkiej siedziby biura

.

Nadszedł czas bezpośredniego przygotowania organizacji do pracy w podziemiu. Wprawdzie nikt nie wiedział, na czym ma polegać zapowiadana nadchodząca „zima”, przynajmniej dla mnie, była to jakaś bliżej nieokreślona przyszłość. Intensywnie przystąpiłem do precyzyjnego wykonania zalecanych działań. Pierwsze zadanie, polegało na wyselekcjonowaniu osób „pewnych” i „nie pewnych”. Jednym należało wyznaczyć zadania specjalne, tych drugich należało odizolować od tych działań. Powstały małe grupki składające się z trzech do czterech osób, zwanych odtąd „kółkami”, w których odbywały się normalne zebrania jak dotychczas w Grupie. W każdym kółku posługiwał Sługa Kółka. Całością kierował dotychczasowy Sługa Grupy, z tym, że tu nastąpił pewien podział na oficjalnego Sługę i „uśpionego”, którego zadaniem było wkroczenie, dopiero wówczas, gdy zabraknie tego pierwszego. Tego rodzaju konspiracyjne działania powstawały na obszarze Zborów (od tego miejsca będę używał już tej nowej nazwy), ale również na wyższych szczeblach zarządzania, aż do krajowego zarządu w Łodzi włącznie. Wszędzie działały specjalni ukryci łącznicy, których zadaniem było nawiązać łączność podziemną na wypadek przewidzianych lub nieprzewidzianych działań ze strony władzy w Polsce. W ten sposób została już bardzo wcześnie przeniesiona cała infrastruktura do podziemia, a okres względnego spokoju, został wykorzystany do jego rozruchu i naniesienia ewentualnych poprawek. Moje zadanie było włączone w ten drugi obieg. Na odpowiedni znak, miałem po prostu uruchomić działalność w Zborze.

Koniec części pierwszej

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach
Gandalf    7091

Interesujące. Prosimy o kontynuację. Jutro, jak przemyślę, to może coś więcej napiszę.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach
falafel    1071

Bardzo ciekawe. Zawsze chciałem usłyszeć opowieść osoby, która w tamtych czasach działała prężnie w Organizacji. :)

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach
ihtis    63

dobrze, że się dzielisz, tak wiele myśli, przeżyć...

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach
robert1975    5179

wszystkie nazwiska mi znane . Adach nazywa sie Zygfryd. No i Chodara przez CH. pozdrawiam

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach
Parasin    110

Zapowiada się elektryzująco, tym bardziej że są to czasy przed moim urodzeniem, a niezwykle mnie interesują, do tego jeszcze organizacja - kulisy plus świetnie się czyta. Czekam na więcej z niecierpliwością.

Pozdrawiam.

Ps. Witaj na forum.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach
Dudu    101

Czekamy na więcej.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach
Lebioda    2482

wszystkie nazwiska mi znane . Adach nazywa sie Zygfryd. No i Chodara przez CH. pozdrawiam

Dziękuje za podpowieź. rzeczywiście Adach Zygfryd Pozdrawiam

Bardzo ciekawe. Zawsze chciałem usłyszeć opowieść osoby, która w tamtych czasach działała prężnie w Organizacji. :)

Bardzo mi przykro, że o tych czasach niemożesz się dowiedzieć od organizacji, tylko zwykły banita musi to wykonać

Pozdrawiam

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach
robert1975    5179

czas pokazuje ze im wyzej banita stal tym wiarygodniejsze sa informacje

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach
pharao29    1432

Czytam z zainteresowaniem - słyszałem tylko od pojedynczych starszych osób o latach 50 - ale to były tylko jakieś strzępki, których już nie potrafię odtworzyć.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach
Oskar    1790

Dziekuję za ten wątek wspomnieniowy...Miałem okazję wysłuchać parę ciekawych

osobistych zwierzeń i historii organizacji (od mojego promotora studium p. Arka), ale

przypadały one na okres lat 80/90 -

Czekam z zainteresowaniem na ciąg dalszy i pozdrawiam

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach
Gandalf    7091

Dziękuje za podpowieź. rzeczywiście Adach Zygfryd Pozdrawiam

Bardzo mi przykro, że o tych czasach niemożesz się dowiedzieć od organizacji, tylko zwykły banita musi to wykonać

Pozdrawiam

Banita to i owszem, ale czy taki zwykły to bym polemizował :)

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach
Andrzej    3706

Dobrze, że się pojawiłeś i opisujesz historię. Mój znajomy nie chciał wracać do tamtych czasów, mówił - chcę o tym zapomnieć.

Po odejściu z organizacji miał duże przykrości z rodziną i o tym też nie chciał rozmawiać.

Zbierał za to materiały negatywne o kościele katolickim, o tym rozmawialiśmy. Po tych rozmowach, ostatnio dowidziałem się od niego, że "już się wyleczyłem". Tym bardziej teraz nie chce wspominać okresu pobytu w organizacji. Brat jego mieszka obok niego i ich stosunki są zimne.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach
adam    1052

Dziękuję za dotychczasowe informacje. Okres działalności w podziemiu jest dla mnie szczególnie fascynujący, bo niewiele o nim bezpośrednio wiemy.Wiadomo jednak, że działalność ta była dobrze zorganizowana i sprawna, jak na ówczesne możliwości, które były wyjątkowo trudne, o czym świadczy historia różnych grup opozycyjnych. Świadkowie Jehowy byli najdłużej działającą organizacją opozycyjną w podziemiu. Wszystkie systemy totalitarne wiedziały, że ideologia świadków Jehowy nie jest im przyjazna.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach
robert1975    5179

ideologia byla nieprzyjazna? A realne zagrozenia tez z ich strony byly?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach
adam    1052

Realne zagrożenie dla dyktatorów to podważanie ich ideologii, niestosowanie się do pewnych ich zasad, brak wyrazów entuzjazmu i poparcia dla nich, brak udziału w wyborach, brak przynależności do partii i organizacji młodzieżowych, brak uczestniczenia w propagandowych pochodach i manifestacjach, traktowanie ich jako narzędzi szatana itd. To wszystko już wystarczy, aby żaden dyktator nie lubił świadków Jehowy nawet jeśli nie tworzą ruchów oporu i nie wzniecają buntów.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach
Lebioda    2482

Banita to i owszem, ale czy taki zwykły to bym polemizował :)

Zwykły czy niezwykły, iest odczuciem subiektywnym. Ale sam fakt, że czynni członkowie organizacji Ś. J. muszą dowiadywać się o historii swoich korzeni dopiero od banity, jest bardzo smutne. Niestety to jest fakt oczywisty jakby powiedział pewien polityczny klasyk. Spotykałem się z kilku Ś. J. oczywiście nie zdradzając swojej przeszłości. Wsyscy mieli poprostu mgliste pojęcie wogóle, a niektórzy nie mieli nawet zwykłego pojęcia. Nie dziwi więc, że są ciekawi. Obawiam się tylko, czy taka ciekawość może wyjść na dobre.

Pozdrawiam

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach
gruby drab    14851

Lebioda, ja mam wyobraźnie wielką jak słońce, gdy Ciebie czytam oglądam film - naprawdę :)

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach
Zbig    579

Zwykły czy niezwykły, iest odczuciem subiektywnym. Ale sam fakt, że czynni członkowie organizacji Ś. J. muszą dowiadywać się o historii swoich korzeni dopiero od banity, jest bardzo smutne. Niestety to jest fakt oczywisty jakby powiedział pewien polityczny klasyk. Spotykałem się z kilku Ś. J. oczywiście nie zdradzając swojej przeszłości. Wsyscy mieli poprostu mgliste pojęcie wogóle, a niektórzy nie mieli nawet zwykłego pojęcia. Nie dziwi więc, że są ciekawi. Obawiam się tylko, czy taka ciekawość może wyjść na dobre.

Pozdrawiam

LATA od 1945 do Pierwszych lat 50 tych z rocznika.

"Wiosną 1945 roku ci Świadkowie Jehowy, którzy pozostali przy życiu, powrócili z hitlerowskich obozów koncentracyjnych, gotowi dalej obwieszczać publicznie Królestwo Boże. Był wśród nich brat W. Scheider.Udało mu się na nowo przejąć w użytkowanie budynek położony w Łodzi przy ulicy Rzgowskiej 24. Niestety, przez jakiś czas po ustaniu działań wojennych poczta jeszcze nie działała, wobec czego świeżą literaturę otrzymywano jedynie wtedy, gdy ktoś ją osobiście przywiózł z zagranicy. Natychmiast ją wtedy tłumaczono i sporządzano matryce, które rozsyłano do poszczególnych stref. Do pomocy w tej pracy zgłosiło się wkrótce sporo ochotników. Jehowa pobudził też szczerych dawców do wspierania dzieła datkami materialnymi.Słudzy Jehowy wyraźnie się różnili od reszty mieszkańców (Jana 13:35). Znaczna część ludności ukraińskiej została przesiedlona na wschód, poza nowe granice Związku Radzieckiego. Wśród nich znalazły się setki naszych braci. Jednakże zanim to nastąpiło, nieraz dochodziło do wybuchów nienawiści między Polakami a Ukraińcami zamieszkującymi wschodnie i południowe obszary byłego Generalnego Gubernatorstwa. Natomiast wśród Świadków Jehowy tych narodowości panował pokój. Pewnego razu brat będący Polakiem wracał do domu z zebrania w towarzystwie trzech sióstr Ukrainek. Natknęli się na partyzantów ukraińskich, którzy chcieli odprowadzić go na bok z zamiarem zastrzelenia. Siostry zaprotestowały i uchwyciły się brata, żeby do tego nie dopuścić. Partyzanci mocowali się z nimi około dwóch godzin. W końcu spalili zdarte z niego ubranie i buty, lecz puścili go wolno. Pobiegł po śniegu boso i w bieliźnie 2 kilometry do najbliższego brata Ukraińca.Z chwilą zniesienia ograniczeń wojennych bracia z tym większym zapałem podjęli służbę polową. Z pierwszego powojennego sprawozdania wynikało, że w Polsce działało około 2500 głosicieli, podczas gdy w roku 1939 było ich tylko 1039, z czego mniej więcej połowa mieszkała na terenach zajętych przez ZSRR. W pozostałej części kraju nastąpił zatem podczas sześcioletniej działalności w warunkach wojny i okupacji aż 400-procentowy wzrost. Jakże trafne okazały się więc słowa proroczej zapowiedzi Daniela: „Lud, który zna swego Boga, ten się ostoi i będzie działał skutecznie. A co do tych wśród ludu, którzy odznaczają się wnikliwością, ci wielu osobom udzielą zrozumienia”! (Dan. 11:32, 33, NW).Na niektórych terenach wystąpił niezwykły rozkwit zainteresowania orędziem Królestwa. Oto relacja brata Jana Wąsikowskiego z Poznania: „Wielka radość ogarnęła braci powracających z obozów w roku 1945, gdy ujrzeli, że małe grono Świadków rozrosło się do zachęcającej liczby około 600 głosicieli Królestwa! Z działającego na terenie miasta jednego zboru powstały już trzy”.Najbardziej zadziwiało wówczas to, co się działo na wschodzie kraju. Warunki bytowe były tam wyjątkowo trudne. Nadzorca obwodu, któremu w roku 1947 powierzono opiekę nad zborami w tych okolicach, wspomina, iż po przybyciu na miejsce zobaczył tylko spalone domy, a nawet całe osiedla zrównane z ziemią. Bracia wegetowali w ziemiankach i piwnicach. Tamtejsze zbory mimo to notowały nadzwyczajny wzrost. W latach 1945 i 1946 do zboru Teresin przyłączało się niekiedy po 15 do 20 osób w miesiącu, a w jednym przybyły aż 42 osoby! W roku 1947 liczył on już 240 głosicieli, a zbór w pobliskim Alojzowie — 190.Zaspokajanie głodu duchowegoChociaż bracia nie posiadali wielu dóbr materialnych, to jednak największym problemem był dla nich wówczas brak Biblii oraz podręczników pomocnych w jej studiowaniu. Kto miał własny egzemplarz Chrześcijańskich Pism Greckich, uważał się za szczęśliwca. Byli i tacy, którzy mogli posługiwać się w służbie zaledwie pojedynczą Ewangelią. Szybko jednak nadeszła pomoc.W roku 1946 Towarzystwo zwróciło się do braci w USA, Kanadzie, Szwajcarii i Szwecji o zorganizowanie zbiórki odzieży dla współwyznawców w krajach zniszczonych przez wojnę. Wyzyskali oni tę sposobność, żeby oprócz czegoś do ubrania przysłać również całe kartony Biblii! Nieco później nadeszły tysiące książek „Prawda was wyswobodzi” oraz 250 000 egzemplarzy broszury Religia zbiera wicher. Można sobie wyobrazić, jak wdzięczni byli bracia!Głód prawdy Słowa Bożego był w powojennej Polsce ogromny. W roku 1946 potrzeby takie gotowych było zaspokajać już ponad 6000 głosicieli Królestwa. Biuro oddziału starało się w miarę swych możliwości dostarczać literaturę biblijną. Ponieważ jednak nie było centralnej drukarni, więc Strażnicę, broszury oraz inne druki w dalszym ciągu powielano w strefach, na jakie kiedyś podzielono kraj. Mimo skromnego wyposażenia bracia wkrótce zostali dostatecznie zaopatrzeni w podstawowy pokarm duchowy.Nowe pola działalnościNiektórzy bracia postanowili — zarówno indywidualnie, jak i całymi rodzinami — żeby przenieść się na tereny zamieszkiwane od lat przez ludność niemiecką, które po wojnie znalazły się w granicach Polski. Na tak zwane Ziemie Zachodnie przeprowadzali się też liczni Polacy ze wschodnich terenów przedwojennej Polski, włączonych po wojnie do Związku Radzieckiego. Wszystkie te nowo zasiedlone obszary stały się wdzięcznym polem do działalności kaznodziejskiej.Jednym z gorliwych ochotników, którzy wyruszyli na zachód, był brat Stanisław Kocieniewski, późniejszy nadzorca podróżujący. Po wojnie wrócił skrajnie wyczerpany z niemieckiego obozu pracy. Kiedy jednak poczuł się lepiej, przeprowadził się z rodziną do Jeleniej Góry. Byli to pierwsi Świadkowie Jehowy, jacy tam się osiedlili. Potem sprowadzali się inni i wkrótce powstał zbór. Obecnie działa w tym mieście dziewięć zborów.W podobny sposób brat Jan Pieniewski z żoną znalazł się w Gorzowie Wielkopolskim. Oto jego wspomnienia: „W lutym 1946 roku rozpoczęliśmy pracę od drzwi do drzwi. Odwiedziliśmy najpierw sąsiadów. Do pierwszych trzech domów poszliśmy we dwoje, a później już każde głosiło osobno. Żona często pytała: ‚Kiedy my opracujemy całe to miasto?’ (...) Pewnego razu spotkaliśmy człowieka, który za egzemplarz Biblii gotów był oddać krowę. Biblię mu dostarczyliśmy, krowy oczywiście nie biorąc”.Niektórzy Świadkowie Jehowy pochodzenia niemieckiego zdecydowali się pozostać w miejscu zamieszkania i nie wyjechali po wojnie do Niemiec. Niemałym problemem było dla nich nauczenie się nowego języka. Towarzystwo starało się ułatwić takim osobom służbę polową i przygotowało niewielkie kartki z wydrukowanym świadectwem w języku polskim oraz niemieckim. Z drugiej strony pewna siostra narodowości polskiej, która wraz z rodziną powróciła z Francji i zamieszkała w pobliżu Wałbrzycha, znalazłszy się wśród tylu ludzi mówiących po niemiecku, poczuła się jak w obcym kraju. Nie opuściła jednak rąk, zaczęła dawać świadectwo i wkrótce udało się jej nawiązać kontakt z braćmi niemieckimi. „Ileż to sprawiło radości!” — opowiada. „Wspólnie wyruszaliśmy, by głosić od drzwi do drzwi. Odwiedzaliśmy regularnie sporo zainteresowanych i prowadziliśmy studia biblijne”.Widząc takie potrzeby w swoim otoczeniu, wielu głosicieli decydowało się na pracę pionierską. Siostra Zofia Kuśmierz napisała: „W okolicy nie było Świadków, więc podjęłam służbę pełnoczasową. Przez pięć dni w tygodniu przebywałam w terenie (...). Ludzie bardzo się interesowali prawdą biblijną. W ciągu roku wychowywałam nieraz po 20 osób”.Teren był bardzo rozległy, a komunikacja jeszcze nie funkcjonowała. Brat Jan Skiba podzielił się następującymi wspomnieniami: „Do wielu miejscowości docieraliśmy pieszo, pokonując niekiedy nawet 30 do 40 kilometrów w jedną stronę. Z domu wyruszaliśmy o godzinie piątej rano, pracowaliśmy do zmroku, a wracało się często późnym wieczorem. Czasem trzeba było przenocować gdzieś na słomie”. Docierano do zakątków, gdzie dotąd jeszcze nikt nie opowiadał dobrej nowiny. Mniej więcej w rok po zakończeniu wojny działalność świadczenia była już prowadzona na terenie całego kraju. W marcu 1946 roku sprawozdanie ze służby złożyło w Polsce 6783 głosicieli Królestwa!Postanowienia wspierające wzrostPodczas drugiej wojny światowej bracia w Polsce nie mieli bezpośredniej łączności z Biurem Głównym Towarzystwa Strażnica. Nawet do szwajcarskiego Biura Oddziału, które w tamtym okresie nadzorowało działalność Świadków Jehowy w szeregu krajów europejskich, docierały jedynie skąpe informacje na temat sytuacji braci na terenach okupowanych przez Niemcy. Rzecz zatem zrozumiała, że i polscy Świadkowie niewiele wiedzieli o zmianach organizacyjnych wprowadzonych w innych częściach świata.Mimo powojennych trudności zaraz po wznowieniu funkcjonowania biura w Łodzi i otrzymaniu odpowiednich informacji zaczęto pożądane zmiany wprowadzać w życie. Wcześniej kładziono duży nacisk na rozpowszechnianie literatury. Natomiast w Informatorze (obecnie Nasza Służba Królestwa) z maja 1946 roku ukazały się wskazówki co do skutecznego dokonywania odwiedzin ponownych i prowadzenia domowych studiów biblijnych oraz właściwego raportowania pracy głosicieli. Kolejne zmiany dotyczyły zebrań zborowych. Wprowadzono kurs służby teokratycznej, jak wówczas nazywano teokratyczną szkołę służby kaznodziejskiej. Nakreślono też, jaki jest sens wizyt tak zwanych sług dla braci (dzisiejszych nadzorców obwodu).Wszystkie te reorganizacje przyczyniały się do wzmożenia aktywności. Dzięki zastosowaniu się do rad Ciała Kierowniczego — podobnie jak w pierwszym wieku — zbory „utwierdzały się w wierze i z każdym dniem rosły w liczbę” (Dzieje 16:5).Pierwsze Sale KrólestwaWkrótce po wojnie bracia zaczęli szukać obiektów, które po odpowiedniej przeróbce mogły pełnić rolę Sal Królestwa. W Poznaniu już pod koniec roku 1945 zbudowano salę, która mogła pomieścić 60 osób. Trudno było wtedy o materiały budowlane, ale bracia potrafili sobie radzić. Zużytkowali nawet drewno odzyskane ze skrzyń, w których nadchodziły przesyłki od Towarzystwa.W razie potrzeby zebrania zborowe odbywały się w wynajmowanych świetlicach, salach kinowych lub innych obiektach publicznych. Gdzie nie było takich możliwości, spotkania urządzano w prywatnych domach lub mieszkaniach.Nasi bracia lubili muzykę i z przyjemnością posługiwali się tym darem do wysławiania Jehowy. W pierwszych latach po wojnie niektórzy zorganizowali amatorskie chóry i orkiestry. Jeżeli odczyt publiczny poprzedzały pieśni, zdarzało się, że przychodzili go wysłuchać wszyscy mieszkańcy danej wsi.Zgromadzenia — oficjalne i nieoficjalneNiezapomniane wrażenia pozostawiły dwa pierwsze zjazdy w powojennej Polsce. Jeden odbył się w czerwcu 1946 roku we wsi Borówek na ziemi lubelskiej. Przybyło około 1500 osób. To dwudniowe zgromadzenie, które bracia urządzili według swej dotychczasowej wiedzy, właściwie miało charakter nieoficjalny. Mówcy, podobnie jak za dawnych lat, sami wybierali temat swojego wystąpienia. Inni opowiadali własne przeżycia. Jakże ucieszyła wszystkich możliwość obserwowania 260 osób, które przez chrzest w wodzie usymbolizowały oddanie siebie na spełnianie woli Jehowy!Na pierwszy po wojnie zorganizowany przez Towarzystwo kongres ogólnokrajowy, który nieco później — we wrześniu tego samego roku — odbył się w Katowicach, przyjechało 5300 osób. Program przede wszystkim zachęcał braci do gorliwej i ujednoliconej działalności, do pełnienia służby dla Jehowy w sposób zasługujący na Jego uznanie.Przybywają misjonarze wyszkoleni w GileadDnia 19 marca 1947 roku w Gdyni zeszli na ląd z pokładu statku Jutlandia dwaj absolwenci Biblijnej Szkoły Strażnicy — Gilead: Stefan Behunick i Paweł Muhaluk. Obaj dość dobrze mówili po polsku i od razu zabrali się do powierzonych im specjalnych zadań.Do ważniejszych należało organizowanie pracy w obwodach i okręgach. Wymagało to szkolenia nadzorców podróżujących, czyli braci, którzy by systematycznie odwiedzali zbory i brali z miejscowymi Świadkami Jehowy udział w służbie kaznodziejskiej oraz pomagali im wygłaszaniem pokrzepiających przemówień. Rozpoczęto pracę okręgową, polegającą między innymi na regularnym urządzaniu zgromadzeń w każdym obwodzie. W ciągu kilku następnych lat w całym kraju odbyły się dziesiątki takich zjazdów. W niektórych wypadkach wynajmowano do tego celu sale, a gdy nie było takiej możliwości, odbywały się one na posesjach braci.Pierwszy okręg objął obszar całego kraju. Nadzorca tego okręgu, Edward Kwiatosz, wiernie potem służył Jehowie w polskim Biurze Oddziału aż do końca swego ziemskiego biegu w 1992 roku.W ramach szkolenia braci, aby potrafili sprostać różnorodnym potrzebom, zaczęto w roku 1947 zapraszać pionierów do Łodzi na specjalne kursy. Jeden z uczestników takiego kursu napisał: „Dwa tygodnie spędzone w Biurze Oddziału dostarczyły niezapomnianych przeżyć. Każdego dnia otrzymywałem to, czego najbardziej potrzebowałem”. Czterech braci z tej grupy zaproszono następnie do usługiwania zborom w charakterze nadzorców podróżujących.Misjonarze nie ograniczali się do udzielania rad w sprawach organizacyjnych, ale też współpracowali z braćmi w terenie. W miarę możliwości wyruszali do obwodów, żeby służyć praktyczną pomocą. Zarówno nadzorcy, jak i głosiciele cenili sobie takie wsparcie, a wielu wspomina je do dnia dzisiejszego.Wtargnięcie do biura w ŁodziSpołeczność Świadków Jehowy się rozrastała, a oni sami koncentrowali swoje wysiłki na pomaganiu ludziom w odnoszeniu pożytku z Biblii. Ale chociaż w kraju zapanował ustrój socjalistyczny, nie zniknęli przeciwnicy ich działalności.Już w lutym 1946 roku władze dokonały najścia na łódzkie biuro. Aresztowano wszystkich mężczyzn. Pozostało jedynie kilka sióstr. Budynku bez przerwy pilnowali funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa. Jednej z sióstr udało się jednak wysłać telegram do Biura Oddziału w Szwajcarii. Tamtejsi bracia interweniowali w ambasadzie polskiej w Bernie, a ponieważ nowym władzom zależało wtedy na dobrej opinii w innych krajach, więc w tydzień po aresztowaniu bracia zostali zwolnieni.Tymczasem w Urzędzie Bezpieczeństwa próbowano nakłonić braci do współpracy, zwłaszcza do inwigilacji kleru katolickiego jako „wspólnego wroga”. Świadczyło to o zupełnym niezrozumieniu zasady chrześcijańskiej neutralności.W następnym roku odbył się w Krakowie zjazd ogólnokrajowy. Ciekawa rzecz, że 7000 uczestników tego zgromadzenia nosiło plakietki w kształcie fioletowego trójkąta podobnego do tego, jakim w obozach koncentracyjnych oznakowano Świadków Jehowy. Okrutne prześladowania pod rządami nazistów nie tylko zapadły głęboko w pamięć Świadków; gotowi byli o nich przypominać innym.„Świat nie był ich wart”W roku 1946 z różnych stron kraju zaczęły do Biura Oddziału napływać informacje o brutalnych aktach przemocy, których się dopuszczano na Świadkach Jehowy. Wyjątkowo bezwzględnymi wrogami okazały się oddziały formacji partyzanckiej Narodowe Siły Zbrojne. Działalność ich była wymierzona nie tylko przeciw władzom komunistycznym, lecz z inspiracji kleru katolickiego — także przeciwko Świadkom Jehowy. W swoich żądaniach przypominali w dużej mierze Szatana, który domagał się od Jezusa Chrystusa: ‛Choć jeden raz upadnij i złóż mi pokłon’ (Mat. 4:9, 10). Partyzanci żądali: ‛Choć raz złóż pokłon i pokaż, że jesteś katolikiem’.Na przykład w dniu 1 marca 15-letnia Henryka Żur z okolic Chełma wybrała się z bratem z miejscowego zboru do pobliskiej miejscowości, żeby odwiedzić zainteresowanych. Były to jej ostatnie odwiedziny. Oboje wpadli w ręce członków NSZ, którzy owego dnia kwaterowali w tej wiosce. Brat, choć dotkliwie pobity, uszedł z życiem. Siostrę przez kilka godzin straszliwie torturowano. „W duchu możesz sobie myśleć, co chcesz, tylko przeżegnaj się po katolicku, bo inaczej czeka cię kula” — doradzał jeden z dręczycieli. W końcu młodą siostrę wywleczono do pobliskiego lasu i zastrzelono. Nie udało się złamać jej prawości.Niecałe trzy tygodnie później, wieczorem 18 marca, trzydziestoosobowa grupa wdarła się do domu Jana Ziemcowa, mieszkającego na wschodzie kraju. Napastnicy próbowali najpierw zmusić całą rodzinę do wyspowiadania się u miejscowego księdza katolickiego i przyniesienia od niego stosownego zaświadczenia. Kiedy przedstawiano im prawdę biblijną, wpadli we wściekłość. Zaczęli bez litości tłuc brata Ziemcowa pałkami, a w przerwach kazali ucałować krzyż. Bili do utraty przytomności, aby wymusić przyrzeczenie, że odrzuci Biblię i powróci do praktykowania religii katolickiej. Nieprzytomnego polewali zimną wodą, aż go zatłukli na śmierć. Po dokonaniu tego morderstwa najspokojniej w świecie zjedli kolację, a później pobili do nieprzytomności resztę rodziny.Dnia 12 czerwca doszło do kolejnego zabójstwa. Aleksander Kulesza, zamieszkały na Podlasiu, poszedł zaopiekować się bratem Kądzielą i jego rodziną, których zaatakowano poprzedniej nocy. Widok był przerażający: trudno było nawet rozpoznać pobite przez bandę osoby! Po udzieleniu pomocy brat Kulesza z rodziną wrócił do domu. Nie wiedzieli jeszcze, że zostali wytypowani na kolejne ofiary.Wieczorem banda otoczyła ich dom i przez 6 godzin oprawcy nasłani przez miejscowego proboszcza znęcali się nad tą rodziną. Tak bezwzględnie usiłowali wymusić na Aleksandrze Kuleszy zgodę na powrót do Kościoła katolickiego, że i jego zatłukli na śmierć. Jego syn Jerzy, którego przy tej okazji również strasznie pobito, dwa lata później podjął służbę pełnoczasową i trwa w niej do dzisiaj.Kiedy w roku 1947 zliczono akty przemocy, których dopuszczono się na Świadkach Jehowy w celu nawrócenia ich na katolicyzm, okazało się, że ucierpiało z tego powodu około 4000 osób, a 60 z nich zamordowano. Narodowe Siły Zbrojne dokonały około 800 napadów na domy naszych braci. Zgodnie z prawdą można więc o nich powiedzieć, podobnie jak o świadkach na rzecz Jehowy z czasów starożytnych: „Świat nie był ich wart” (Hebr. 11:38, BT).„Krwawy średniowieczny wrzesień”Duchowni wpajali swym wiernym fanatyczną nietolerancję wobec wszystkiego, co niekatolickie. Będąc przedstawicielami religii dominującej w Polsce, często kłamstwami podburzali tłumy młodzieży szkolnej i dorosłych, aby sprowokować akty przemocy.Podczas zgromadzenia okręgowego, które latem 1948 roku odbyło się w Lublinie, księża ogłosili w tym mieście, że Świadkowie Jehowy z całej Polski przybyli z zamiarem zniszczenia tam świątyń katolickich; wezwano zatem wiernych do obrony kościołów i miasta. Ciżba podburzonych fanatyków religijnych natarła na uczestników kongresu. Bezpieczeństwa ich bronili uzbrojeni milicjanci, którzy pakowali co agresywniejszych prowodyrów na ciężarówki, wywozili do 30 kilometrów za miasto, z dala od uczęszczanych szlaków komunikacyjnych, i puszczali wolno.Nieco inna sytuacja miała miejsce 5 września 1948 roku podczas zgromadzenia obwodowego Świadków Jehowy w Piotrkowie Trybunalskim, położonym w odległości około 120 kilometrów od Warszawy. Byli na nim obecni obaj misjonarze, bracia Behunick i Muhaluk. Przed godziną 17 w pobliżu zaczął się zbierać wrogo nastrojony tłum, który czekał na koniec programu, żeby dostać w swoje ręce „biskupów”, jak nazywano tych braci. Wychodzących z sali zaatakował kilkusetosobowy motłoch. Szereg osób, w tym obu misjonarzy, pobito do utraty przytomności. Poszkodowani zostali odwiezieni do Szpitala św. Trójcy, gdzie jedynie ich opatrzono, ale nie przyjęto na leczenie. Na taką decyzję personelu miały wpływ pracujące tam zakonnice.Początkowo prasa nie wspomniała nic o tym wydarzeniu. Niemniej wkrótce sprawa nabrała rozgłosu, bowiem opis całego zajścia otrzymała Ambasada Amerykańska w Warszawie i środki przekazu w USA zaczęły informować o tej akcji motłochu.Niespełna trzy tygodnie później wydarzyło się w tym rejonie coś, co przypominało drugi akt „krwawego średniowiecznego września”, jak nazwano te wydarzenia na łamach pewnego czasopisma, i co zbulwersowało opinię publiczną. W okolice Piotrkowa Trybunalskiego przyjechała grupa studentów wyższych uczelni, żeby na polecenie Ministerstwa Kultury i Sztuki zinwentaryzować zabytki architektury, rzeźby i malarstwa. Ministerstwo uzyskało od władz kościelnych zgodę na tę akcję i studenci rozpoczęli prace w jednym z miejscowych kościołów.Natomiast w pobliskim miasteczku Kamieńsku nadgorliwa gospodyni księdza, wpadłszy do kościoła, obrzuciła przybyszy wyzwiskami, a później puściła w obieg plotkę, że to nie są studenci, tylko Świadkowie Jehowy, którzy łamią krzyże, profanują kościoły i bezczeszczą groby. Wprawdzie nikt z tych studentów nie był Świadkiem Jehowy, ale ksiądz kazał im natychmiast opuścić kościół. Wiadomość o nich lotem błyskawicy obiegła okoliczne miejscowości. Nie pomogły wyjaśnienia. Rozwścieczony tłum, uzbrojony w kije, widły i kamienie, brutalnie pobił młodzież. Sześć osób znalazło się w szpitalu.Tym razem władze zareagowały zdecydowanie. Prowodyrów zajścia, między innymi proboszcza i gospodynię, aresztowano i skazano na długoletnie więzienie. To przyhamowało nieco zapędy duchownych, którzy lubili się posłużyć sfanatyzowanym tłumem jako narzędziem do walki z ludem Jehowy.Szykany ze strony czynników oficjalnychW Polsce zachodziły radykalne zmiany na arenie politycznej. Kiedy nowe siły umocniły swą władzę w państwie, starały się podporządkować sobie religię.Jak już wspomniano, w lutym 1946 roku przedstawiciel Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa w Łodzi usiłował nakłonić Świadków do współpracy przeciw Kościołowi katolickiemu, ale spotkał się z odmową. Kiedy po czterech miesiącach w Biurze ponownie zjawił się funkcjonariusz tajnej policji, również tym razem domagał się od braci pójścia na kompromis, za co obiecał udostępnianie im najlepszych sal na zebrania. Ostrzegł jednak, że w razie odrzucenia jego propozycji muszą się liczyć z przykrymi następstwami. „Nikt nie zdoła nas powstrzymać” — zagroził na odchodnym.Później zaczęto cofać zezwolenia na urządzanie zgromadzeń, a tu i ówdzie milicja próbowała rozpędzać ich uczestników. Na przykład w maju 1949 roku kazano przerwać program zgromadzenia obwodowego odbywającego się w okolicy Chełma. Odmowa doprowadziła do aresztowania braci odpowiedzialnych. W ostatnim dniu zjazdu uczestnicy znowu się zeszli, a pewien brat w zastępstwie aresztowanego wygłosił przemówienie okolicznościowe do chrztu; po południu na wykład publiczny przyszło około tysiąca osób. Milicjanci aresztowali kolejnych mówców, ale za każdym razem zabranego zastępował następny brat i kontynuował przemówienie. Wieczorem okazało się, że tego dnia przemawiało aż 27 braci!Misjonarze wydaleniDnia 24 lipca 1949 roku misjonarze Stefan Behunick i Paweł Muhaluk byli zmuszeni opuścić Polskę. Pracowali tu dwa lata i cztery miesiące. W swych notatkach z tego okresu brat Behunick napisał: „Teraz w roku 1949 praca w Biurze Oddziału jest już lepiej zorganizowana. Ściślej współpracują zbory. Są już trzy okręgi. W czerwcu było 13 699 głosicieli — dwa razy więcej niż w roku 1947, kiedyśmy [misjonarze] przybyli do Polski. Funkcjonuje 710 zborów. W Biurze Oddziału pracuje 45 osób. Działalność nasza [Świadków Jehowy] jest tolerowana. Trwa głoszenie od domu do domu”.W roku 1949 okazało się, że działalność Świadków Jehowy była tolerowana nawet nieco dłużej niż przewidywano. Już rok wcześniej minister sprawiedliwości wygłosił w sali Sądu Wojewódzkiego w Łodzi odczyt „O wolności religijnej w Związku Radzieckim”. Oznajmił, iż w ZSRR mniejszości religijne same dobrowolnie się rozwiązały i przyłączyły do Kościoła oficjalnie uznawanego przez państwo. Świadkowie Jehowy uznali takie „dobrowolne rozwiązanie się” mniejszości wyznaniowych w ZSRR za zapowiedź podobnego procesu w Polsce. Zaczęto się więc przygotowywać do kontynuowania dzieła w warunkach zakazu.Niemniej w tymże okresie zgodnie ze świeżo ogłoszoną ustawą o stowarzyszeniach Świadkowie Jehowy przedłożyli w odpowiednim urzędzie projekt statutu określającego ich działalność. W celu dostosowania się do nowej sytuacji prawnej dołączyli do tego wniosek o oficjalne zarejestrowanie ich zrzeszenia.Tymczasem do organizacji wciąż napływali nowi ludzie. W marcu 1950 roku odnotowano dziesiątą z kolei liczbę najwyższą — 18 116 głosicieli pracujących w 864 zborach. Na uroczystości Pamiątki zebrało się aż 28 918 osób. Świadczyło to wymownie, że Jehowa ma w Polsce jeszcze wielu przyszłych czcicieli!Nawet nie pomyśleli o strachuDnia 21 kwietnia 1950 roku w nocy kilkudziesięcioosobowa grupa funkcjonariuszy UB wtargnęła przez okno do Biura Oddziału w Łodzi. Postawiono zarzut, że pracownicy Betel są szpiegami na rzecz USA i „usiłują zmienić przemocą ustrój Polski Ludowej”. Gorączkowo szukano czegokolwiek, co mogłoby ten zarzut potwierdzić. Nic takiego nie znaleziono, skonfiskowano jednak dokumenty dotyczące działalności wyznaniowej. Nazajutrz aresztowano członków zarządu Towarzystwa.Pozostali bracia postanowili wydrukować i rozesłać do zborów jak najwięcej czasopism. Po zużyciu całego zapasu papieru (około 20 ton) i wysłaniu literatury przystąpiono do zabezpieczenia powielaczy, maszyn do pisania i archiwum. Pobyt i praca w Betel wymagały w tym okresie nie lada odwagi. Nadchodziły na przykład listy od rzekomych zainteresowanych, którzy prosili o spotkanie gdzieś w mieście. Właściwie chodziło jednak o to, aby pracowników Betel wywabić na ulice, skąd kilku uprowadzono. Kiedy bracia zorientowali się w sytuacji, wychodzili do miasta tylko w większych grupach.Wieczorem 21 czerwca ponownie wtargnięto do Betel i tym razem aresztowano prawie wszystkich. Ulicami Łodzi wieziono zatrzymanych braci odkrytym samochodem ciężarowym. Eskorta szydziła, iż jest to wyjazd na wczasy. „Skoro tak” — rzucił myśl któryś z braci — „to zaśpiewajmy”. I nagle ci odważni słudzy Jehowy, nie zważając na protesty strażników, zaśpiewali: „Wszyscy, co wierni, Bogu oddani, nie znają lęku ni trwóg”.Tej samej nocy na terenie całego kraju dokonano setek rewizji w domach Świadków Jehowy i wielu z nich aresztowano. Wrogowie Królestwa Bożego chcieli rozbić organizację i zmusić lud Jehowy do milczenia.Dopiero po tym wszystkim, 2 lipca 1950 roku, ogłoszono w prasie decyzję Urzędu do Spraw Wyznań odmawiającą rejestracji Zrzeszenia Świadków Jehowy w Polsce i arbitralnie orzekającą o jego rozwiązaniu oraz przejęciu majątku przez państwo.W katowniach Urzędu BezpieczeństwaOkres aresztowania i śledztwa stał się dla wielu Świadków Jehowy pasmem tortur i cierpień. Przesłuchujący usiłowali wymusić na nich przyznanie się do nie popełnionych przestępstw, zwłaszcza do działalności na rzecz obcego wywiadu. Podejmowane też były próby nakłonienia braci, by zostali informatorami UB. Według nie opublikowanych statystyk urzędowych represje dotknęły wtedy 90 procent „członków sekty”, jak ich nazwano w tym dokumencie. Liczba tych, którzy zdołali złożyć sprawozdanie z udziału w służbie polowej, przejściowo spadła do połowy.Brata W. Scheidera przesłuchiwano bez przerwy przez osiem dni i nocy. Oficerowie śledczy bestialskim biciem usiłowali wymusić potwierdzenie zarzucanych mu czynów. Kiedy tracił przytomność, polewano go zimną wodą, dopóki nie odzyskał świadomości. Morzono go głodem i nie dawano nic do picia. Kiedyś musiał jednym ciągiem klęczeć przez 72 godziny. Po przewiezieniu z Łodzi do Warszawy wtrącono go najpierw nagiego do ciasnego lochu, w którym nie można było ani usiąść, ani się położyć, ani stanąć prosto. Trzymano go tam 24 dni. Aby go jeszcze bardziej pognębić, aresztowano żonę i córkę, i znęcano się również nad nimi. Nic jednak nie zdołało złamać jego prawości.Podobnie potraktowano Haralda Abta, sekretarza oddziału. Po aresztowaniu przesłuchiwano go bez przerwy przez 6 dni, bijąc po głowie i uderzając pięścią w żołądek. Mówiono mu: „Chociaż jako antyhitlerowiec przesiedziałeś 5 lat w obozie, my i tak zrobimy z ciebie gestapowca”.Edwarda Kwiatosza brutalnie pobito i trzymano przez trzy dni o głodzie. Bezwzględni funkcjonariusze śledczy grozili mu powieszeniem. Przez dwa tygodnie nie pozwalano mu spać. Bito go gumowymi pałkami w pięty. Połamano mu żebra i nos, miał wklęśniętą czaszkę i pękniętą błonę bębenkową. Naliczył 32 dni takiego maltretowania. Nie dał się jednak zastraszyć i zmusić do podpisania zeznań, w których fałszywie oskarżano braci, czym mógłby sobie ulżyć w cierpieniach (por. Joba 2:4).W podobny sposób znęcano się nad innymi braćmi. Niektórym podczas śledztwa kazano siedzieć na taborecie z kołkiem pośrodku. Nazywano to „rzymskimi torturami”. Cierpieli jedynie dlatego, że byli Świadkami Jehowy lub że nie podpisywali kłamliwych protokołów bądź nie chcieli wydać współwyznawców.Pewną liczbę braci wtrącono do więzienia w Zawierciu za niepodpisanie w roku 1950 „sztokholmskiego apelu pokoju” o wyraźnym charakterze politycznym. Najpierw znalazł się tam Władysław Drabek z Poręby. Zamknięto go w ciemnej piwnicy wypełnionej wodą po kolana. W kącie leżał stos drewna, na którym można było trochę posiedzieć z podkurczonymi nogami. Po dwóch dniach cela zapełniła się innymi braćmi, którzy również nie podpisali apelu. Od czasu do czasu strażnicy podawali kubły, żeby aresztowani mogli załatwić swoje potrzeby. Kto nie zdążył na czas, drugi raz już kubła nie dostał. Nic więc dziwnego, że po kilku dniach woda obrzydliwie cuchnęła.Można by tak bez końca wyliczać przykłady dręczenia Świadków Jehowy po masowych aresztowaniach w roku 1950. Prawość sług Bożych w Polsce była w tym okresie wystawiana na dotkliwe próby. Niektórzy to nieludzkie traktowanie przypłacili życiem.Wierni aż do śmierciBrat J. Szlauer miał zaledwie 20 lat, gdy w sierpniu 1950 roku wezwano go na przesłuchanie do siedziby UB w Cieszynie. Zdecydowanie odmówił denuncjowania współwyznawców. Niezadowolony z przebiegu śledztwa funkcjonariusz dwukrotnie strzelił do brata; po godzinie ów młody sługa Jehowy zmarł. Tuż przed śmiercią zdołał jeszcze powiedzieć przybyłemu lekarzowi: „Zastrzelił mnie oficer UB, bo wiernie służyłem Jehowie”.Inni cierpieli przez całe lata, zanim w końcu wyzwoliła ich śmierć. W maju 1952 roku w Szczecinie aresztowano nadzorcę podróżującego, Alojzego Prostaka z Krakowa. Po dwóch latach pobytu w warszawskim i łódzkim areszcie był tak obity i wycieńczony, że wreszcie umieszczono go w szpitalu. Żona za namową adwokata wystąpiła z prośbą o zwolnienie go; rzeczywiście w roku 1954 został wypuszczony, lecz zmarł tydzień później. W jego pogrzebie wzięło udział około 2000 osób. Niemałą odwagę wykazał brat, który nad grobem wygłosił przemówienie dobitnie potępiające sadystyczne metody śledztwa stosowane przez UB; potem z obawy przed aresztowaniem musiał się przez jakiś czas ukrywać.Do końca roku 1956 zebrano z terenu całego kraju informacje o 16 braciach, którzy zmarli w następstwie tortur lub wskutek odmówienia im pomocy lekarskiej. Potem wyszły jeszcze na jaw dalsze wypadki. Pogrążonym w smutku rodzinom przysyłano zwłoki najczęściej w zamkniętych trumnach, których nie pozwolono otworzyć. Niekiedy dopiero po wielu miesiącach rodziny dowiadywały się o śmierci najbliższych.Rozprawa za zamkniętymi drzwiamiOsoby, które przeżyły to nieludzkie maltretowanie, opowiedziały później o sposobach, jakimi usiłowano wydobyć z nich zeznania obciążające członków zarządu. Za pomocą tortur udało się oprawcom wymusić coś takiego na dwóch braciach. Oprócz tego UB sfabrykowało własny „materiał dowodowy”.Na tej podstawie w dniach od 16 do 22 marca 1951 roku odbywała się w Warszawie rozprawa, na którą nie wpuszczono publiczności. Nie bacząc na niebezpieczeństwo, bracia i siostry zgromadzili się licznie przed gmachem sądu. Chcieli swą obecnością zachęcić podsądnych do wytrwałości i dodać im otuchy.Służby więzienne dla niepoznaki dowoziły oskarżonych karetkami pogotowia ratunkowego od razu na wewnętrzny dziedziniec sądu. Kiedy jednak więźniowie wysiedli z samochodów, usłyszeli słowa pokrzepienia i zachęty wykrzykiwane przez dzieci naszych braci, którym udało się dostać w pobliże okalającego muru. Mogli sobie uprzytomnić, że nie są osamotnieni.Na ławie oskarżonych zasiadło siedmiu braci: czterech członków zarządu oraz trzech innych, których z różnych powodów uznano za ważnych w organizacji. Prokurator domagał się kary śmierci dla brata Scheidera. Sąd skazał go na dożywotnie więzienie. Trzej inni członkowie zarządu otrzymali wyroki po 15 lat więzienia, zaś pozostali trzej bracia — mniejsze kary. Wszystkich osadzono w jednym z najcięższych więzień.Co dalej?Przejęci troską o wszystkie zbory dwaj słudzy okręgu, którzy zdołali uniknąć aresztowania, razem z kilkoma innymi doświadczonymi braćmi zajęli się zorganizowaniem zaopatrzenia w pokarm duchowy. Obmyślili system łączności ze zborami, który potem działał skutecznie prawie przez 40 lat. Na miejsce uwięzionych nadzorców obwodu byli powoływani inni bracia, którzy kontynuowali ich pracę. Pod koniec roku 1952 pomimo nieustannego nękania złożyło sprawozdania ze służby 19 991 głosicieli Królestwa!Nie pasowało to do planów służby bezpieczeństwa, która chciała w ciągu dwóch lat całkowicie zlikwidować Świadków Jehowy w Polsce. Funkcjonariusze UB rozwścieczeni porażką postanowili zadać ostateczny, druzgocący cios. W kolejnej fali aresztowań zatrzymano czterech członków komitetu kraju oraz szereg innych aktywnych braci i sióstr. Postanowiono przygotować pokazowy proces w Łodzi.W ciągu miesięcy poprzedzających rozprawę jeden brat stracił życie, kilku doznało załamania nerwowego, a jednemu, Zygfrydowi Adachowi, postanowiono uchylić areszt tymczasowy z powodu ciężkiej choroby, na którą zapadł w warunkach więziennych. Na pięciodniowym procesie, który rozpoczął się 10 marca 1955 roku po dwóch latach przygotowań, wydano najsurowsze po procesie warszawskim wyroki — trzech członków komitetu krajowego: Jan Lorek, Tadeusz Chodara i Władysław Szklarzewicz, zostało skazanych na 12 lat więzienia.Czy zastraszyło to innych Świadków Jehowy?Wiara i odwaga młodzieżyUczniowie będący Świadkami Jehowy też zdecydowanie trzymali się swoich przekonań. Program szkolny wymagał wpajania młodzieży poglądów ateistycznych. Kto nie chciał ich uznawać, był ośmieszany. Na lekcjach często omawiano sprawy polityczne, jak również zmuszano młodzież szkolną do uczestnictwa w imprezach, takich jak pochody i manifestacje. W wielu szkołach wprowadzono lekcje przysposobienia wojskowego, a komu sumienie nie pozwalało brać w nich udziału, tego najczęściej wydalano.Młodzi słudzy Boży nie dawali się zniechęcić. Wielu poszerzało swój udział w rozprzestrzenianiu dobrej nowiny o Królestwie, wstępując w szeregi pionierów. W roku 1954 z zachowaniem należytej ostrożności urządzono szereg kilkudniowych zgromadzeń dla pionierów. Przedstawiono na nich między innymi część tematów z międzynarodowego kongresu Społeczeństwa Nowego Świata, który się odbył w Nowym Jorku w roku 1953. Cóż za wspaniałe źródło pokrzepienia duchowego! Ileż otuchy dodały te przypomnienia o więzi łączącej ich z ogólnoświatową społecznością oddanego ludu Jehowy!A jak się zachowywali uwięzieni bracia?"Dać ciąg dalszy?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach
romeo    211

LATA od 1945 do Pierwszych lat 50 tych z rocznika.

Śj sami twierdzą że trzeba wysłuchać dwóch stron . A więc ja chętnie przeczytam co Lebioda napisze dalej . :)

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach
robert1975    5179

ja osobiscie czekam na Twoje doswiadczenia.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach
Sebastian    8242
LATA od 1945 do Pierwszych lat 50 tych z rocznika. (...) Dać ciąg dalszy?
skąd ten cytat?

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach
Oskar    1790

Śj sami twierdzą że trzeba wysłuchać dwóch stron . A więc ja chętnie przeczytam co Lebioda napisze dalej . :)

Propagandę Strażnicową znamy... :) co innego osobiste doświadczenia konkretnego usera..

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Dodaj konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się tutaj.

Zaloguj się teraz