Ranking


Popularna zawartość

Treść z najwyższą oceną od 21.03.2018 uwzględniając wszystkie działy

  1. 2 punkty
    Komitet Dwunastu? - Co to za twór? Okres historii Świadków Jehowy w Polsce po 1950-tym roku ubiegłego wieku jest ciągle do końca nie rozpoznany pomimo że już wiele szczegółów znamy, to ciągle istnieją znaki zapytania. Nigdy nie udało nam się zakończyć rozpoczętego rozpoznania ponieważ zawsze istnieją przeszkody niepozwalające postawić kropki nad „i”. Znany w tamtym okresie tzw. „Komitet Dwunastu”, jest jednym takim przykładem, który wtedy był odmieniany we wszystkich przypadkach, tudzież przyklejany każdemu – na kogo przypadnie … na tego bęc. Ponieważ pojawiła się jak gdyby nowa nieznana dotąd wiedza (?), postanowiłem powrócić do tego dziwacznego tworu. Jak zwykle bez ostatecznego rozstrzygnięcia, ze znakiem zapytania. Działalność o takiej nazwie powstała na początku lat sześćdziesiątych ub. wieku. Twór ten był wymierzony w podziemną działalność przeciw Organizacji Świadków Jehowy. Taki przynajmniej zapis znajdujemy w „Najdłuższej Konspiracji w PRL” według Jerzego Rzędowskiego. Osobiście z tworem tej nazwy zetknąłem się w połowie lat sześćdziesiątych, gdy na mój adres pocztowy dotarły w krótkich odstępach czasu trzy zwykłe korespondencje listowne sygnowane tą nazwą jako nadawcy. Nie było to dla mnie jakimś nadzwyczajnym zaskoczeniem, ponieważ o tym enigmatycznym „Komitecie Dwunastu”, w zborach było już głośno. Nazwa tego komitetu była jednak kojarzona ze zdrajcą, niejakim „Jakubem”, ale Olka jeszcze nie kojarzono w tym zestawieniu. W prawdzie Jakub Rejdych w raz ze sowim bratem Wiesławem i innymi stanął na czele komitetu, ale był to tzw. „Komitet Piętnastu” i powstał jeszcze przed późniejszą „dwunastką”, ubiegający się o zalegalizowanie zupełnie innej grupy wyznaniowej, też o charakterze „badackim”,ale bez Brooklyn-skiego namaszczenia. W jakich okolicznościach ta grupa piętnastu osób wystąpiła do władz PRL-u o tę legalizację, w miarę obszernie pisałem już w poprzednich moich wejściach na tym forum. Do „Olka” Rutkowskiego jeszcze wrócę. Jak sobie przypominam, były ostrzeżenia, aby przypadkiem żadnej literatury od tych („dwunastu”) nie przyjmować, a szczególnie strażnicy. Były też instrukcje jak tego rodzaju korespondencje odsyłać i pod żadnym pozorem jej nie czytać. Niestety, na tę okoliczność niedawno poznałem inną opowieść pochodzącą od brata z terenu Polski Wschodniej. Nie jestem upoważniony do posłużenia się jego imieniem i nazwiskiem, który opowiada swoje przeżycia pochodzące mniej więcej około roku 1965. W tym czasie był sługą obwodu, pracował pod kierownictwem sługi okręgu Mieczysławem Cyrańskim. Na postawione pytanie: - co to był za twór „Komitet dwunastu”? Ów brat po głębokim namyśle, lub przywołaniu osobistych wspomnień, nie potrafił się do tego odnieść. Przedstawił natomiast panującą wokół niego sytuację -ciekawą zresztą. Był to mniej więcej okres po przełomie, gdy udała się w polskiej Organizacji Św. J., rewolta związana z przejęciem kierownictwa przez scheiderowców po odsunięciu olkowców. W tym okresie utrzymywała się jeszcze krótko na niektórych obszarach Polski dwuwładza. Nasz brat w tym czasie był w okręgu olkowców i jak zrozumiałem, tym okręgiem kierował jeszcze sługa okręgu Mieczysław Cyrański. W tym gronie toczyły się dość istotne dyskusje dotyczące osoby Olka, ponieważ scheiderowcy wytoczyli już przeciw niemu szereg poważnych zarzutów dotyczących zdrady Organizacji, tudzież zarzutów obyczajowych. W/g naszego brata, sługa okręgu Cyrański będący, zresztą jak wielu innych sług okręgów, „podwładnym” Olka jako pierwszego w kraju, nic z tych krążących zarzutów nie potwierdzał, a nawet zdecydowanie opowiedział się w jego obronie. Wśród sług obwodów nastąpiła konsternacja ponieważ chcieli poznać rzeczywistą przyczynę powstałej sytuacji. Scheiderowcy przypuścili bardzo ostry atak przeciwko Olkowi i jego grupie. Nastąpił wyraźny rozłam wśród zborowej populacji, ale też wśród szeroko rozumianego nadzoru. Znający osobiście Olka, raczej nie uwierzyli w krążące zarzuty i zostali mu wierni. Scheiderowcy przypuścili niewybredne ataki na tą grupę obrzucając tych epitetami - zdrajców. Pomimo, że powstały grupy (komitety) mające łagodzić te konflikty i ukierunkowywać na pojednanie, grupa olkowców była wyraźnie ignorowana w tym zakresie i niedopuszczana do osób, którzy na miejscu mieli regulować i likwidować nieporozumienia i konflikty. Tyle dowiedziałem się z nagranych wypowiedzi brata B., nadesłanych mi przez brata Juliana Grzesika. Próbowałem nawiązać korespondencje mailową z br. B. Przy pomocy Juliana G., ale nic z tego nie wyszło. W prawdzie niewiele jest tu szczegółów, które były by przydatne, ale już z tej krótkiej relacji można pokusić się na pewne wnioski. Analizując to opowiadanie zastanawia mnie, dlaczego pytany brat nie potrafił odpowiedzieć nic konkretnego odnośnie „Komitetu Dwunastu”. Z innych źródeł wiemy, że Scheiderowcy obwiniali Olka o bardzo dużo bezeceństw i również przypisywano mu związanie się z „komitetem dwunastu”. W takiej głośnej sytuacji brat B. powinien cokolwiek o tym wiedzieć lub słyszeć. Tymczasem o tych zarzutach wobec Olka nic nie wspomina, natomiast opowiada jak jemu zarzucano zdradę i głośno nawet na ulicy za nim krzyczały siostry ze zboru mniej więcej tak: - oto tu idzie zdrajca! Jak wyjaśnić taką niespójność? Brat B. mimochodem, jakby zupełnie bez związku opowiada, że z tego okresu niewiele wie, ponieważ w tym czasie został zatrzymany prze MO, za niestawienie się do odbycia służby wojskowej. Tu wyjaśnia się wszystko. W tym wczesnym okresie zantagonizowane grupy widziały bezpośrednich przeciwników w swoim bezpośrednim środowisku. Olka tu nie było, a gdyby nawet, to i tak nie wielu w zborach go znało, a ponadto jak znam to z autopsji, te „porachunki” z „najwyższej półki”, w bardzo okrojonej wersji były bardzo reglamentowane i docierały raczej drogą pantoflową: - ja ci coś powiem, ale nie opowiadaj tego nikomu! Wszystkie paszkwile zarzucane Olkowi, w tym jego osobisty współudział w enigmatycznym „Komitecie Dwunastu”, pochodzą już z późniejszego okresu i rozpropagowane poprzez publikację autorstwa M. Bojanowskiego w „Wierni Jehowie” pisanej już jak można domniemywać na zapotrzebowanie wewnętrzne. Zresztą oficjalnie nic z tych zarzutów Olkowi nie zarzucono, oprócz sprawy rozporkowej, którą można było zarzucić już nie jednemu z tego samego grona „wiernych Jehowie”. Jeżeli wierzyć Jerzemu Rzędowskiemu, a nie ma powodu żeby było inaczej, ten „komitet dwunastu” jest zupełnie sztucznym tworem, pod którym to kryptonimem były fingowane przekazy mające na celu szerzyć destrukcje wśród całej świadkowskiej populacji. Mając do dyspozycji w tej chwili dostęp do tych „utworów literackich” stamtąd pochodzących, można by się pokusić na charakterystykę autora, lub autorów tych wydawnictw. Każdy autor piszący w „strażnicy” sygnowanej owym komitetem, jest anonimowy, zresztą naśladując oryginał. Na pewno nikt z tych, nigdy nie był Świadkiem Jehowy, ani też bliżej nie znał sposobu bycia, życia i obyczajów obowiązujących w Organizacji. Wszelka wiedza jest tylko teoretyczna opanowana przez kursanta na przyśpieszonych wykładach teoretycznych, są widoczne braki w opanowaniu idiomów. Po niżej (próbka) krótki fragment z tzw. „strażnicy”: >Jest faktem godnym ubolewania, że w tak ciężkich dla nas chwilach grupa prowokatorów kolportuje dokumenty, szkalujące brata Wilhelma. Nie powstrzymuje ich nawet ta okoliczność, że ten brat jest aresztowany i nie ma możliwości odpowiadać na fałszywe zarzuty. Lud Boży jednak właściwie oceni tych mącicieli i potwarców. Wśród sług Okręgów znaleźli się również tacy, którzy się cieszą z aresztowania brata Wilhelma. Nie podobała im się poprzednio surowa dyscyplina i ład Boży, wprowadzony do organizacji przez brata Wilhelma. Będą teraz w ogólnym zamieszaniu mogli ukryć spokojnie swoje kombinacje finansowe, a przede wszystkim odpisać ze stanu martwe dusze i zmniejszyć do połowy, to jest do rzeczywistych rozmiarów, statystyki wykazujące ilość głosicieli. Organizacja teokratyczna w Polsce nie ugięła się jednak pod żadnymi ciosami Goga z Magog. Ponieważ czuwa nad nią niezwyciężony, nieugięty król Jezus Chrystus i sam Jehowa Bóg. Apelujemy do wszystkich głosicieli w Polsce, aby na cele obrony brata Wilhelma każdy z nich wpłacił na ręce swojego sługi Obwodu co najmniej 100 złotych w terminie możliwie najwcześniejszym. KOMITET DWUNASTU.< Pisownia i styl pisma, nie wnikając już w samą treść, wskazuje, że autor powyższego tekstu musiał by jeszcze dużo i długo poćwiczyć, zanim udałoby mu się tę samą treść przemycić w strażnicowym stylu. Styl pisma wskazuje, że nikt z byłych Świadków Jehowy nie brał nawet udziału w komponowaniu, tudzież korekty jego treści. Jeżeli współcześnie czytam te rewelacyjne doniesienia, tzw. komitetu dwunastu, to mogę potwierdzić, że teraz wiem o czym w tamtym czasie pisali i jaki cel chcieli osiągnąć autorzy tych sensacji. Niestety, gdybym te same teksty czytał w latach sześćdziesiątych ub. wieku, żaden z tych przekazów nie zrobiłby na mnie żadnego wrażenia, a ponadto prawdopodobnie nie doczytałbym żadnej treści do końca. Jeżeli tego rodzaju pisma nawet docierały do kogokolwiek, zawsze trafiały w próżnie. Z tamtejszej zborowej populacji, w większości nikt nic nie wiedział o wydarzeniach, rozgrywających się w Organizacji na szczeblach kierowniczych kraju, a te, które doszły co najwyżej do sług zborów, były już odpowiednio tak „zmodyfikowane”, że każdy z nas „wiedział”, kto tu praw, a kto winowat. Autorom tych przekazów zależało, aby na dołach Organizacji wzbudzić trend do wyjścia z podziemia. Chodziło o zmiękczenie dołów aby przy ich pomocy zmusić decydentów do wyprowadzenia Organizacji z podziemia. Podsuwano nawet znane nazwiska, które mogłyby wykonać odpowiedni ruch w tym kierunku. Faworytem był Romuald Stawski (Romek), ale nie do odrzucenia był również Aleksander Rutkowski (Olek). W tym kontekście, można by się zastanowić, dlaczego nie postawiono na grupę radykała Stanisława Rejdycha (Jakuba). Grupa Rejdycha (Jakuba) w opisach komitetu 12, ale nie tylko, bo również Czesława Stojaka, tudzież Władysława Szklarzewicza, przedstawiano jako głównych zdrajców „ukochanego” brata Wilhelma, który z ich przyczyny został aresztowany i odsiaduje karę we Wronkach. To przecież od tych grup pochodzi słynne zapytanie skierowane do brata N. Knorra: „Dlaczego w Polsce sama myśl o legalizacji musi być pomysłem samego Szatana Diabła?” Oczywiście, odpowiedzi nigdy się nie doczekano. Wytłumaczenie jest moim zdanie bardzo proste. Wskazywanie na tych, jako uzdrowicieli Organizacji, gdzie w każdym zborze było przekazane drogą teokratyczną i każdy głosiciel wiedział, że ci od „Jakuba” byli „rzeczywistymi zdrajcami”, byłoby strzelanie sobie w piętę. Komitet 12, żeby uwiarygodnić swoją misję, musiał „lojalnie” być za, a nawet przeciw. Tego zwrotu klasyka L. Wałęsy, nie użyłem tu tylko dla podkreślenia swego rodzaju morału, ale chcę uzmysłowić, że w takiej formie szły w zaklejonych kopertach przekazy od tego zacnego komitetu. W tych przekazach te same osoby mogły być uświęcone łaską Boga Jehowy, i jednocześnie opętane przez Goga i Magoga tudzież przez samego Szatana diabła. Dla redaktorów tych tekstów taki galimatias słowny nie kłócił się ze zdrowym rozsądkiem. Jest jednak w tym całym galimatiasie >„za, a nawet przeciw”<, pewne nienaruszone tabu i to we wszystkich dostępnych dla mnie kopii dokumentów z IPN-u, w tym oczywiście „twórczości” „Komitetu 12”. I tu jak zwykle chodzi mi o bardzo znaną z tamtego okresu postać właśnie Aleksandra Rutkowskiego – Olka. Po prostu taka bliżej nie określona postać, bez wyrazu, ale zawsze istnieje w tle. Chociaż nie zupełnie...! W zupełnie rzeczowym stylu, list sygnowany podpisem „Komitet Dwunastu” z roku 1966, przedstawia sprawę Olka w orzeczeniu wysłanników z Wiesbaden. Ale żeby nie było tak zupełnie klarownie, jak zwykle, ów „komitet” jest „za, a nawet przeciw”. W liście jest krytyka o nie odpowiednim potraktowaniu podsądnego i jego grupy, natomiast z treści wynika, że „komitet” ma bardzo dobre nawiązane stosunki z nową pro scheiderowską grupą po odejściu Olka. Więcej o w/w liście napisałem tu: - https://watchtower-forum.pl/forums/topic/1957-moja-przygoda-z-organizacją/?page=58 Skąd u tych autorów, taka wielka wiedza o wnętrzu organizacyjnych perturbacjach? No cóż. W tym czasie w końcówce lat 5o-tych i początku lat 60-tych ubiegłego wieku, rozkład organizacyjny na samym szczycie zarządzania w Polsce był tak rozdygotany, że można śmiało stwierdzić iż rozłaził się w szwach. Zbyt wielu „generałów”, którzy w boju zdobywali doświadczenia i awanse, zaraz po 1956 roku zostali odstawieni przez sługę oddziału br. Wilhelma. Wielu odczuwało osobistą frustrację. Nabyte doświadczenia podczas pracy w pełnej konspiracji, od tej chwili są tylko zwykłym nieużytecznym balastem. Podejrzliwość pryncypała i niepewność swojego losu, dość sprytnie została wykorzystana przez Sb. Powstanie ściśle tajnych współpracowników tych służb wewnątrz kadry zarządzającej Organizacją, spowodowało, że bez większych zabiegów Sb., mogła przejmować każdą wiadomość na każdym etapie jej powstawania. Sb. Przejmowała wszystkie ( no prawie wszystkie ) skrytki korespondencji i (prawie) wszystkie szyfry używane z biurem strefy i centralą w Brooklynie. Można podejrzewać, iż w wyjątkowych okolicznościach, nawet ingerowała w zawartą treść w celu realizacji głównych zadań dotyczącej >Dezinformacji i Dezintegracji< przydzielonych grup wyznaniowych IV Departamentu MSW – Wydziału III-go. To tam istniała komórka pod kryptonimem >Komitet Dwunastu< Czy w tym „komitecie” zatrudniano Tw ? Bardzo w to wątpię. W tych ściśle tajnych komórkach nie było to możliwe, natomiast chętnie wykorzystywano ich donosy i chociażby pozyskiwanie adresów do których rozsyłano jakby dzisiaj można określić odpowiednio spreparowane „newsy”. O samych listach powiedzieliśmy już dużo, ale ja chciałbym się zastanowić jak pozyskiwano adresy, do których te treści dochodziły. Pozornie niby prosta sprawa, bo adresy mogły być dostarczane przez pocztę, która była penetrowana przez odpowiednie służby, Milicję Obywatelską, tudzież Urząd Meldunkowy. Niby proste jak przysłowiowy drut, ale ja jednak ten niby prosty drut trochę pokrzywię. Już kilka razy na tym forum potwierdzałem, że takie listy od tego nadawcy też otrzymałem. Adres, jak adres zwyczajny pocztowy, imię i nazwisko, miejscowość, ulica, numer domu – wszystko się zgadzało. Zwróciłem już w tamtym czasie na pewien szczegół, ale wtedy przeszedłem do porządku jako nieistotny detal. Dziś, gdy ten temat analizuję, postanowiłem zastanowić się nad tym jeszcze raz. Ponieważ metrykalne prawidłowe moje imię to: - Leonard, i gdyby mój adres został dostarczony do tej „instytucji” przez, którykolwiek z w/w urzędów, takie imię powinno być w adresie. Tymczasem w adresie widniało imię – Leon. Na pewno nie było to imię celowo zdrobnione. Tym imieniem posługiwałem się przez cały okres mojej obecności w Organizacji, począwszy od pierwszych kroków nowicjatu, aż do samego opuszczenia, a konkretnie do chwili wyrzucenia mnie. W międzyczasie nie posługiwałem się żadnym pseudonimem, gdy przez pięć lat udzielałem się pełno czasowo w konspiracyjnej działalności, zawsze rozpoznawalny byłem pod tym imieniem. Nawet wielu w zborze macierzystym nie znało mnie pod imieniem metrykalnym, chociaż z nazwiska to już tak. Wniosek nasuwa się sam. Organizacja na każdym szczeblu była nasycona pozyskanymi tajnymi współpracownikami Sb. Stąd „komitet 12” czerpał dane o wszystkim co działo się w każdej komórce organizacyjnej i uzyskiwał wykazy adresów do potencjalnych adresatów. Pośredni wniosek byłby taki, że ów enigmatyczny „komitet dwunastu”, wbrew starszyźnie krajowej, w odpowiednim czasie, w znacznej mierze stał się późniejszym przyczynkiem wyjścia Organizacji spod ziemia. Czy na podstawie powyższego, zbliżyliśmy się do wyjaśnienia tego epizodycznego, ale w Organizacji drażliwego wątku? - Nie wiem!
  2. 1 punkt
    Ja tak tylko nieśmiało chciałem napomknąć, że trafił mnie ostatnio nagły atak grafomanii i wrzuciłem nowe rzeczy na bloga. Jeśli ktoś ma ochotę poczytać to zapraszam: http://sj23.blox.pl/2017/12/Lustra-nie-ma-czesc-I.html Pozdrowienia dla wszystkich pozostałych w tym opuszczonym przez Boga i ludzi miejscu!
  3. 1 punkt
    Najszanowniejsi Forumowicze, ukazał się nowy comiesięczny program telewizji Broadcasting. Tematem przewodnim jest ufność. Program ten był dostępny tutaj: https://tv.jw.org/#pl/mediaitems/StudioFeatured/pub-jwb_201803_1_VIDEO Program ten zainspirował mnie do napisania listu otwartego do Świadków Jehowy. Oto ten list: Jacek Kwaśniewski 18 dzień 4 miesiąc 9 rok EY Najsz. Najszanowniejsi Świadkowie Jehowy, najszanowniejsi członkowie Ciała Kierowniczego, najszanowniejszy panie Gerrit Losch, najszanowniejsi czytelnicy tego listu, z ciekawością wysłuchałem marcową audycję telewizji Broadcasting. Tematem przewodnim audycji jest kwestia zaufania. Najszanowniejszy pan Gerrit Losch - Ciało Kierownicze – wygłosił kazanie zatytułowane 'Komu ufasz'. Uważam, że bardzo dobrze się stało, że temat poruszono. W moich spotkaniach ze Świadkami Jehowy zauważyłem bowiem, że mają oni zbyt wielkie zaufanie w słowa drukowane w publikacjach Świadków Jehowy. Czasami zaufanie to oceniam na równi z bałwochwalstwem. Kazanie jakie wygłosił najszanowniejszy pan Gerrit Losch obnażyło przyczynę tej złej postawy. Bardzo proszę zastanówmy się nad fragmentami tego kazania: „Ufasz mi - mam nadzieję, że tak. Wszyscy chcemy, żeby nam ufano. Zaufanie to podstawa w codziennych sytuacjach. Jest naszą normalną reakcją.” Moim zdaniem teza jaką przedstawił pan Gerrit Losch jest tezą błędną. Indoktrynuje on, że wszyscy chcemy, żeby nam ufano, ale czy tak jest naprawdę. Ja na przykład wiem, że jestem człowiekiem niedoskonałym, popełniającym błędy i nie chcę by ktokolwiek mi ufał. Wiem, że mogę się mylić i nie chcę by ktoś ufając mi powielał moje błędy. Wiem też, że postawa taka jak moja nie jest odosobniona. Być może u części ludzi jest to normalna reakcja, którą chętnie wykorzystują oszuści. Moim zdaniem właściwą reakcją jest zasada ograniczonego zaufania. Błędy mogą popełniać i ludzie uczeni i bez wykształcenia. Natomiast oszuści mogą chcieć nas świadomie w błąd wprowadzić. Gdyby pan Gerrit Losch powiedział, że oszuści chcą byśmy im ufali, to zdanie takie mogło by być bliższe prawdy. Natomiast twierdzenie, że wszyscy chcą żeby im ufano jest jawnym kłamstwem. Bardzo proszę powróćmy myślami do kazania: „Możemy ufać naszym duchowym braciom i siostrom.” Oczywiście, że możemy ufać każdemu, nawet Świadkom Jehowy, ale czy to jest właściwa postawa? Moim zdaniem nie. Ja osobiście spotkałem wśród Świadków Jehowy, nawet tych na przywilejach wierutnych kłamców. Moim zdaniem lepiej nikomu nie ufać. W ten sposób nie zawiedziemy się na nikim. Bardzo proszę zapoznajmy się dalszymi argumentami jakie przedstawił najszanowniejszy pan Gerrit Losch: „Sam Jehowa dał najlepszy przykład ufania innym. Zaufał Słowu - Jezusowi - i pozwolił współpracować mu jako mistrzowskiemu wykonawcy, podczas stwarzania wszechświata, ziemi i wszystkiego co na niej żyje, w tym ludzi.” Ciekawy, wzięty z Biblii przykład zaufania, które okazało się fatalne w skutkach. Bardzo proszę przeczytajmy do czego ono doprowadziło: Rodzaju 6:5-7 A Jehowa widział, że ogromna jest niegodziwość człowieka na ziemi i że każda skłonność myśli jego serca przez cały czas jest wyłącznie zła. I Jehowa żałował, że uczynił ludzi na ziemi, i bolał w swym sercu. Toteż Jehowa rzekł: „Zetrę z powierzchni ziemi ludzi, których stworzyłem, od człowieka do zwierzęcia domowego, do wszelkiego innego poruszającego się zwierzęcia i do latającego stworzenia niebios, gdyż żałuję, że ich uczyniłem”. Zapoznajmy się z kolejnym argumentem z kazania: „Ufał, że Jezus pozostanie wierny i wybawi ludzkość, przez co umożliwi dalszą realizację Bożego zamierzenia.” W tej kwestii zdania teologów są podzielone. Są też tacy, którzy twierdzą, że najszanowniejszy władca Jehoszua Masziach (Jezus Chrystus) powierzonego zadania nie wypełnił. Według nich przeżył on ukrzyżowanie. Tezę tę można uzasadnić wersetami z Biblii. Bardzo proszę sięgnijmy do niej: Mateusza 16:21-23 (...)Od tego czasu Jezus Chrystus począł ukazywać swym uczniom, że musi iść do Jerozolimy i wiele wycierpieć od starszych oraz naczelnych kapłanów i uczonych w piśmie, i zostać zabity, a trzeciego dnia wskrzeszony. Wtedy Piotr wziął go na bok i począł go ganić, mówiąc: „Zlituj się nad sobą, Panie; los ten wcale cię nie spotka”. On zaś, odwróciwszy się, rzekł do Piotra: „Zejdź mi z oczu, Szatanie! Jesteś dla mnie zgorszeniem, gdyż nie myślisz po Bożemu, lecz po ludzku”. Proszę zwróćmy uwagę na fakt, że myśl o tym, by uniknąć cierpień i śmierci najszanowniejszy władca Jehoszua Masziach (Jezus Chrystus) uznał za gorszącą – za myśl nie po Bożemu. Kiedy jednak zbliżyła się godzina próby trzykrotnie modlił się o to samo czym wcześniej się gorszył: Mateusza 26:39, 42, 44 (...)A odszedłszy nieco dalej, upadł na twarz, modląc się i mówiąc: „Ojcze mój, jeśli to możliwe, niech ten kielich oddali się ode mnie. Jednakże nie jak ja chcę, ale jak ty chcesz”. (...)Znowu, po raz drugi, odszedł i modlił się, mówiąc: „Ojcze mój, jeśli nie jest możliwe, żeby się oddalił, lecz mam go wypić, niech się stanie twoja wola”. (...)i modlił się po raz trzeci, wypowiadając jeszcze raz to samo słowo. Według Biblii modlitwa ta została wysłuchana: Hebrajczyków 5:7 (...)Za dni swego ciała [Chrystus] z głośnymi okrzykami i ze łzami zanosił błagania oraz gorące prośby do Tego, który mógł go wybawić od śmierci, i ze względu na swą zbożną bojaźń został łaskawie wysłuchany. Bardzo proszę wróćmy myślami do kazania. Dla obrony swojej tezy posłużył się on wersetem biblijnym: 1 Koryntian 13:4,7 (...)Miłość (...) wszystkiemu wierzy(...) Problem w tym, że wiara to coś innego niż zaufanie. Wiara jest to nasze osobiste przekonanie, że jakaś nieudowodniona teza, jakaś wiadomość jest prawdziwa lub fałszywa, lub też po części fałszywa a po części prawdziwa. Natomiast miłość, która wszystkiemu wierzy, zakłada możliwość zaistnienia każdej ewentualności. W oparciu o ten werset opracowałem ideę czystej wiary. Wiary, która przedmiotu wiary nie osądza, nie ocenia – dopuszcza istnienie każdej ewentualności. Powróćmy proszę do kazania:: „Ufaniem drugim to przejaw miłości.” Z tą tezą nie zgadzam się. Ufanie drugim jest to przejaw łatwowierności. Objaw braku doświadczenia życiowego. Przejawem miłości, która wszystkiemu wierzy było by branie pod uwagę każdej ewentualności, która w kwestii zaufania objawia się ograniczonym zaufaniem. Wytłumaczę to na biblijnym przykładzie zaczerpniętym z życia, z Biblii i z osobliwych wierzeń Świadków Jehowy. Przykład wezmę z analizowanego kazania: „Innym przykładem ufności był Mojżesz. Wyprowadził Izraelitów z Egiptu. Ten co najmniej trzy milionowy naród wyruszył na pustkowie wraz ze stadami owiec i bydła.” Powstaje pytanie Czy przy wychodzeniu z Egiptu najszanowniejszy pan Mojżesz wiedział, że niemal wszyscy dorośli Izraelici, za wyjątkiem dwóch osób - Jehoszui i Kaleba - zostaną pozabijani na pustyni? Tego nie wiem. Wiem jednak, że z wyjściem Izraelitów z Egiptu wiąże się osobliwe wyznanie wiary Świadków Jehowy. Dowiedziałem się o nim, podczas studium książki 'Czego naprawdę uczy Biblia'. Analizowaliśmy kwestię biblijnej daty tak zwanej pamiątki. W Biblii pisze, że w przeddzień tego wydarzenia najszanowniejszy władca Jehoszua Masziach (Jezus Chrystus) spotkał się z uczniami. W Biblii podano też konkretną datę, dnia i miesiąca. Spotkanie to według Biblii odbyło się pierwszego dnia Przaśników: Marka 14:12 (...)A pierwszego dnia Przaśników, gdy jak zwykle składano ofiarę paschalną, jego uczniowie rzekli mu: „Gdzie chcesz, żebyśmy poszli i przygotowali ci do zjedzenia posiłek paschalny?” Pierwszy dzień przaśników jest natomiast piętnastym dniem miesiąca: Kapłańska 23:6-8 (...)„‚A piętnastego dnia tego miesiąca jest Święto Przaśników dla Jehowy. Przez siedem dni macie jeść przaśniki. Pierwszego dnia urządzicie święte zgromadzenie. Nie możecie wykonywać żadnej ciężkiej pracy. Ale przez siedem dni będziecie składać Jehowie ofiarę ogniową. Siódmego dnia będzie święte zgromadzenie. Nie możecie wykonywać żadnej ciężkiej pracy’”. Święto to powiązane jest z wyjściem Izraelitów z Egiptu: Wyjścia 12:17: Liczb 33:3 (...)‚I będziecie obchodzić Święto Przaśników, gdyż w tymże dniu wyprowadzę wasze zastępy z ziemi egipskiej. (…) I wyruszyli z Rameses w miesiącu pierwszym, piętnastego dnia miesiąca pierwszego. Zaraz nazajutrz po Passze synowie Izraela wyszli z podniesioną ręką na oczach wszystkich Egipcjan. Podobną informację znajdziemy w leksykonie Wnikliwe poznawanie Pism – wydawnictwo Świadków Jehowy: *** it-1 s. 536 Wyjście z Egiptu *** Izraelici wyruszyli liczną grupą z Rameses w Egipcie dnia 15 Nisan Sprawa wydaje się jasna i bezdyskusyjna. Pomimo tych biblijnych, jasnych i zgodnych ze sobą relacji Świadkowie Jehowy wierzą, że 14 Nisan najszanowniejszy władca Jehoszua Masziach (Jezus) już nie żył. Czyli na dzień przed swoim spotkaniem z uczniami. Tak też pisze między innymi w leksykonie 'Wnikliwe poznawanie Pism': *** it-1 s. 977 ak. 4 Jezus Chrystus *** (...) umarł ok. trzeciej po południu w piątek 14 dnia wiosennego miesiąca Nisan Tak też próbowali obalać biblijne daty nauczający mnie Świadkowie Jehowy. Przekonywali mnie, że Izraelici wyszyli z Rameses 14 Nisan, najszanowniejszy pan Abraham przekroczył Eufrat 14 Nisan, dlatego też najszanowniejszy władca Jehoszua Masziach (Jezus Chrystus) musiał umrzeć 14 Nisan, dlatego też daty zawarte w Biblii Świadków Jehowy są fałszywe. Dowiedziałem się też, że najszanowniejszy pan Mojżesz wezwany po północy przez faraona zdążył jeszcze przed końcem 14 Nisan dotrzeć do Rameses i rozpocząć wędrówkę w kierunku Sukkot. I nie był to wymysł Świadka Jehowy, który prowadził ze mną studium, ale wiedza pochodząca z leksykonu 'Wnikliwe poznawanie Pism'. Pokarm duchowy serwowany przez samozwańczego Niewolnika Wiernego i Roztropnego. Bardzo proszę sprawdźmy czy piszę prawdę: *** it-2 s. 1099 ak. 6 Wyjście Izraelitów z Egiptu (exodus) *** Mojżesz wezwany po północy przez faraona zdążył jeszcze przed końcem 14 Nisan dotrzeć do Rameses i rozpocząć wędrówkę w kierunku Sukkot. Widzimy, że w zależności od okoliczności Świadkowie Jehowy wierzą jednocześnie w dwie różne daty tego samego wydarzenia. Kiedy nauczają o Święcie Przaśników, wyjście z Rameses nastąpiło 15 dnia miesiąca, kiedy zaś nauczają o śmierci najszanowniejszego władcy Jehoszua Masziach (Jezusa Chrystusa) wyjście to nastąpiło 14 dnia tego samego miesiąca. Muszę przyznać szczerze, że jest to dla mnie bardzo osobliwe i trudne do zrozumienia podejście do wiary. Za ten aspekt wiary Świadków Jehowy ponosi odpowiedzialność przede wszystkim Ciało Kierownicze Świadków Jehowy. Do grona tego zalicza się najszanowniejszy pan Gerrit Losch. Bardzo proszę zapoznajmy się z dalszą częścią jego kazania: „Dzięki czemu niewolnik wierny i roztropny może nas zaopatrywać w cenny pokarm duchowy? Obdarzę Cię wnikliwością i pouczę o drodze, którą masz iść. Obiecuje Jehowa w Psalmie 32 wersecie 8. Obecnie Jehowa udziela niewolnikowi wskazówek za pośrednictwem Jezusa. Jezus z kolei udziela wskazówek swoim naśladowcą za pośrednictwem niewolnika wiernego i roztropnego. Możemy mieć więc pewne zaufanie do otrzymywanego zrozumienia pism, różnych wyjaśnień i wytycznych.” Moim zdaniem bardzo mało wiarygodna teza. Bezsprzecznie prawdą jest, że członkowie Ciała Kierowniczego uznają się za pomazańców, wybrańców Boga, pośredników pomiędzy najszanowniejszym władcą Jehoszua Masziach (Jezusem Chrystusem) i jego czcicielami. Członkowie Ciała Kierowniczego uważają się też za Niewolnika Wiernego i Roztropnego. O tym pisze w licznych artykułach propagowanych przez Świadków Jehowy.: *** dx86-12 Ciało Kierownicze *** CIAŁO KIEROWNICZE (Zobacz też: Niewolnik wierny i roztropny; Ostatek) *** dx86-12 Niewolnik wierny i roztropny *** NIEWOLNIK WIERNY I ROZTROPNY (Inaczej: wierny szafarz) (W starszych publikacjach: niewolnik wierny i rozumny; wierny zarządca) (Zobacz też: Ciało Kierownicze; Kanał łączności) Czytając różne opracowania na ten temat, nie widzę żadnego uzasadnienia tych wierzeń. Bardzo wątpliwa wydaje mi się kwestia otrzymywania wskazówek od samego najszanowniejszego władcy Jehoszua Masziach (Jezusa Chrystusa). W związku z tym mam pytanie do członków Ciała Kierowniczego – w jaki sposób najszanowniejszy władca Jehoszua Masziach (Jezus Chrystus) się z ukontaktuje? Czy słyszycie jakieś głosy? A może macie jakiś tajny telefon, poprzez który otrzymujecie treści kazań? Czy może otrzymujecie maile z zaświatów? Bardzo proszę o konkretną odpowiedź. Analizując kazania członków Ciała Kierowniczego odnoszę wrażenie, że mam do czynienia z ludźmi albo opętanymi przez jakieś złe duchy, ale z ludźmi zwodzącymi samych siebie fałszywym rozumowaniem, którzy sami w błąd wprowadzeni innych w błąd wprowadzają. Przed takim ludźmi mamy wyraźne w Biblii ostrzeżenie: Jakuba 1:22; 2 Tymoteusza 3:13 (...)Jednakże stańcie się wykonawcami słowa, a nie tylko słuchaczami, zwodzącymi samych siebie fałszywym rozumowaniem. (...)Natomiast ludzie niegodziwi i oszuści będą się posuwać od złego ku gorszemu, wprowadzając w błąd i będąc w błąd wprowadzani. Myślę, że nadeszła stosowna pora na podsumowanie tego listu. Bardzo proszę przypomnijmy sobie słowa kaznodziei: „Ufasz mi - mam nadzieję, że tak.” Odpowiadam, że nie ufam, w sposób wyjątkowy. Po pierwsze dlatego, że taka jest rada biblijna: Psalm 146:3 (...)Nie pokładajcie ufności w dostojnikach ani w synu ziemskiego człowieka, do którego nie należy wybawienie. Po drugie dlatego, że sami Świadkowie Jehowy ostrzegają sami siebie przed tak zwanymi pomazańcami, z których wywodzą się członkowie Ciała Kierowniczego. Bardzo proszę przypomnijmy sobie fragmenty pism ostrzegających nas przed pomazańcami: *** w03 15.2 ss. 20-21 Jakie znaczenie ma dla ciebie Wieczerza Pańska? *** Przyczyny mylnych przekonań 13 Dlaczego ktoś może dojść do mylnego przekonania, że otrzymał powołanie niebiańskie? Przyczyną utraty zainteresowania życiem na ziemi bywa śmierć współmałżonka lub inna tragedia. Ktoś mógłby też pragnąć takiej samej przyszłości, jakiej spodziewa się bliski przyjaciel uważający siebie za pomazańca. (...) 14 Mylne przeświadczenie o nadziei niebiańskiej może też wynikać z fałszywego poglądu religijnego, że wszyscy dobrzy ludzie idą do nieba. Nie wolno więc ulegać takim dawnym wyobrażeniom ani innym czynnikom. Warto zadać sobie na przykład takie pytania: Czy nie zażywam leków wpływających na stan uczuciowy? Czy nie mam skłonności do przeżywania głębokich emocji, które mogę źle zinterpretować? 15 Ten i ów mógłby siebie zapytać: Czy nie zależy mi na tym, by uchodzić za kogoś wybitnego? Czy nie pragnę władzy teraz albo w przyszłości jako współdziedzic Chrystusa? Gdy w I wieku powołano dziedziców Królestwa, nie każdy z nich otrzymał odpowiedzialne zadania w zborze. Chrześcijanie żywiący nadzieję niebiańską nie zabiegają o sławę ani nie przechwalają się swym powołaniem. Okazują pokorę wymaganą od osób mających „umysł Chrystusowy” (1 Koryntian 2:16). Podobne ostrzeżenia znajdziemy w Strażnicy do studium z 2016 roku: 15. Co samo w sobie nie dowodzi, że ktoś został namaszczony duchem świętym? 15 Być może się zastanawiasz, czy nie otrzymałeś tego wspaniałego zaproszenia. Jeśli odnosisz takie wrażenie, rozważ kilka ważnych pytań. Czy uważasz, że wykazujesz ponadprzeciętną gorliwość w służbie? Czy pilnie badasz Biblię i lubisz wnikać w „głębokie sprawy Boże”? (1 Kor. 2:10). Czy dostrzegasz, że Jehowa błogosławi twojej służbie w wyjątkowy sposób? Czy gorąco pragniesz spełniać Jego wolę? Czy odczuwasz wewnętrzną potrzebę niesienia innym duchowej pomocy? Czy widzisz dowody kierownictwa Jehowy w swoim życiu? Jeżeli odpowiadasz na te pytania twierdząco, czy to znaczy, że masz powołanie niebiańskie? Wcale nie. Dlaczego? Ponieważ takie odczucia mają nie tylko pomazańcy. Duch Jehowy w takim samym stopniu oddziałuje również na osoby mające nadzieję ziemską. (...) Myślę, że na poruszone w powyższych opracowaniach pytania powinni sobie zadać przed wszystkim członkowie Ciała Kierowniczego. Kiedy słucham ich kazań mam poważne wątpliwości co do stanu ich zdolności umysłowych. Niektóre ich kazania odbieram jako pozbawione rozsądku rozsądku i braku elementarnej wiedzy biblijnej. I nie jest to moje subiektywne zdanie ale obiektywny wniosek wypływający z analizy tych kazań. Według wierzeń Świadków Jehowy, za tymi kazaniami kryje się wiedza przekazywana członkom Ciała Kierowniczego bezpośrednio przez samego najszanowniejszego władcę Jehoszua Masziach (Jezusa Chrystusa). Jako, że stosuję zasadę, że miłość wszystkiemu wierzy, nie wykluczam i takiej możliwości. Być może najszanowniejszy władca Jehoszua Masziach (Jezus Chrystus) osobiście dyktuje zwodnicze kazania członkom Ciała Kierowniczego. Celem zaś tych kazań jest zaś zwiedzenie jak największej ilości ludzi. Doprowadzenie do tego, by jak największe tłumy zainteresowanych Świadków Jehowy nie dostąpiły przebaczenia. Taka bowiem była misja najszanowniejszego władcy Jehoszua Masziach (Jezusa Chrystusa). Pisze o tym jawnie w Biblii. Bardzo proszę sprawdźmy: Mateusza 13:34; Marka 4:34; Łukasza 8:10; Marka 4:10-12 (...)Wszystko to Jezus mówił do tłumów w przykładach. Doprawdy, bez użycia przykładu niczego do nich nie mówił (...)Doprawdy, bez użycia przykładu niczego do nich nie mówił, ale na osobności wszystko swym uczniom wyjaśniał. (...)On zaś rzekł: „Wam dano zrozumieć święte tajemnice królestwa Bożego, ale dla pozostałych jest to w przykładach, żeby patrząc, patrzyli na próżno, i słuchając, nie pojęli znaczenia. (...)A gdy został sam, ci wokół niego wraz z dwunastoma zaczęli go pytać o te przykłady. I przemówił do nich: „Wam dano świętą tajemnicę królestwa Bożego, ale dla tych na zewnątrz wszystko dzieje się w przykładach, żeby patrząc, patrzyli, a jednak nie widzieli, i słuchając, słyszeli, a jednak nie pojęli sensu ani w ogóle nie zawrócili i nie dostąpili przebaczenia”. Z powyższej analizy wynika, że my ludzie najlepiej zrobimy, jeżeli nikomu ufać nie będziemy. Przyjmując taką postawę na nikim się nie zawiedziemy. Najszanowniejszy pan Gerrit Losch w swoim kazaniu jawnie nakłania do łamania dobrych rad z Biblii przedstawiając siebie jako kogoś godnego zaufania, jako kogoś wiernego i roztropnego. Demoralizuje tym samym swych uczniów. Moim zdaniem postawa taka jest zła i powinno się ją zmienić. Dlatego też napisałem ten list. Postanowiłem się też w tej intencji pomodlić: Najszanowniejszy Boże Jehowo, czy mogę Cię prosić o to by Świadkowie Jehowy, oraz wszystkie inne twoje stwory nauczyli się najwłaściwszej, najlepszej, najlepiej służącej zbawieniu formy zaufania? Jeżeli mogę, to proszę Ciebie najbardziej jak to tylko możliwe w imieniu twojego syna Jehoszua Masziach (Jezusa Chrystusa). Dla pewności, w podobnej intencji postanowiłem pomodlić się do najlepszego, spośród wszystkich najlepszych, Dobrych Bogów, Boga: Najszanowniejszy, najlepszy spośród wszystkich Dobrych Bogów, Boże, czy mogę Cię prosić o to by Świadkowie Jehowy, oraz wszystkie inne stwory w tym i Bogowie nauczyli się najwłaściwszej, najlepszej, najlepiej służącej zbawieniu formy zaufania? Jeżeli mogę, to proszę o to Ciebie najbardziej jak to tylko możliwe.. Z wyrazami największego szacunku i życzeniami najlepszości jacek ahmadeusz szatan kwaśniewski Najszanowniejsi Forumowicze, a Wy co o tym myślicie? Mądrze jest ufać publikacjom Świadków Jehowy?
  4. 1 punkt
    Brat @nunek ma ogłoszenie kongresowe, ale nie może się dostać na forum. Ma komunikat, że strona jest niebezpieczna i ma się skontaktować z administratorem, a jak się ma skontaktować, skoro nie może się dostać... No więc mam pytanie do @Cleo @techniczny @Brat Jaracz czy możecie jakoś pomóc, sprawdzić, odblokować coś w ustawieniach? Sprawa jest ważna, bo chodzi o nasze spotkanie i dzikie harce Należy już poczynić ustalenia, uzgodnić urlop z przełożonym, dostosować swój kalendarz ośrodków pionierskich, itp. Liczymy na Waszą pomoc.
  5. 1 punkt
    Najszanowniejsi Forumowicze, spotykając się ze Świadkami Jehowy dowiedziałem się, że posiadanie obrazów to grzech. Jednocześnie byłem świadkiem jak w literaturze Świadków Jehowy pojawiało się coraz więcej potępianych ilustracji, a ukoronowaniem tej tendencji stała się Telewizja Broadcasting. Sytuacja ta pobudziła mnie do napisania listu do Świadków Jehowy. Oto ten list: Jacek Kwaśniewski Kraków 10 dzień 4 miesiąc 9 rok EY Najsz. (Najsz – jest to wymyślone przeze mnie słowo - jest ono skrótem najserdeczniejszego, możliwie najszczerszego powitania połączonego z wyrazami najwyższego szacunku oraz życzeniami osiągnięcia wszystkiego najlepszego co też człowiek, grupa ludzi czy też inna istota lub grupa istot może osiągnąć w swym życiu. Życzenia te są połączone z najżarliwszą prośbą / modlitwą do najlepszego z wszystkich najlepszych dobrych Bogów Boga o to by dopomógł on osobie lub osobom z którą się witamy uzyskać w życiu powodzenie czyli znalezienie najlepszej drogi do zbawienia, do wolności). Najszanowniejsze Ciało Kierownicze, najszanowniejsi Świadkowie Jehowy, najszanowniejsi czytelnicy tego listu, z ciekawością oglądam telewizję Broadcasting i cieszę się każdą dobrą radą, którą tam znajduję. Pewnego dnia jednak zaniepokoiło mnie pewna myśl zawarta w programie ze studia Brodcating Lipiec 2017. Wypowiedział ją Timothy Figliński z Działu Nagrań Dźwiękowych i Filmów Wideo: „Jeżeli zgodnie z powiedzeniem obraz mówi więcej niż tysiąc słów, to film może zastąpić milion słów. Filmy poruszają nasze uczucia i mogą być bardzo skutecznymi narzędziami w nauczaniu. Zdawał sobie z tego sprawę brat Russel. W roku 1914 niewielka grupa Badaczy Pisma Świętego wyświetliła fotodramę stworzenia ponad dziewięciu milionom ludzi na całym świecie. Reakcja ludzi była zdumiewająca. Jehowa w widoczny sposób pobłogosławił starania Badaczy by przedstawiać orędzie biblijne z wykorzystaniem pomocy wizualnych. Dlatego też przeszło sto lat później niewolnik wierny i roztropny produkuje filmy.” Kiedy usłyszałem to zdanie dotyczące obrazów przypomniałem sobie, że Świadkowie Jehowy nauczali mnie, że posiadanie obrazów jest grzechem przeciw prawu Boga Biblii. Trudno nie zgodzić się z takim stwierdzeniem. Prawo zabraniające robić podobizn czegokolwiek zostało nawet zapisane w dekalogu: Wyjścia 20:4, Kapłańska 26:1 (...)„Nie wolno ci robić sobie rzeźbionego wizerunku ani postaci podobnej do czegokolwiek, co jest w niebiosach w górze, lub tego, co jest na ziemi na dole, lub tego, co jest w wodach pod ziemią. (...) „‚Nie wolno wam czynić sobie nic niewartych bogów i nie wolno wam stawiać sobie rzeźbionego wizerunku ani świętego słupa, i nie wolno wam wystawiać żadnego kamienia na pokaz w waszej ziemi, by mu się kłaniać; bom ja jest Jehowa, wasz Bóg. Podobne stwierdzenia można znaleźć w wielu publikacjach Świadków Jehowy: *** w88 1.11 s. 5 Chrześcijański pogląd na przedmioty kultu *** Kościół rzymskokatolicki po dziś dzień w identyczny sposób usprawiedliwia bałwochwalstwo: tłumaczy, że obrazy i figury stanowią tylko środki pomocnicze do skupienia uwagi na określonych istotach niebiańskich oraz że wizerunki takie nie dysponują żadną siłą ani władzą. *** w05 1.10 s. 17 Sił dodawał mi przykład rodziców *** Poznajemy prawdę (…) przestała bowiem przestrzegać niebiblijnych zwyczajów, (...)pozdejmowała w domu wszystkie obrazy i je spaliła *** w02 1.7 s. 8 Oddawaj Bogu cześć „w duchu” *** Obrazy nie widzą, nie czują i nie mówią, toteż nikomu nie pomogą poznać Boga ani wielbić Go zgodnie z Jego wolą (Psalm 115:4-8). Najważniejszej wiedzy możemy nabywać tylko dzięki studiowaniu Słowa Bożego, Biblii. *** w96 1.7 s. 5 Jak Bóg się zapatruje na religie chrześcijaństwa? *** (…) Bóg wyraźnie pokazał, jak się zapatruje na kult wizerunków, gdy sprowadził zagładę na Jeruzalem i świątynię. W wielu kościołach chrześcijaństwa znajdują się liczne przedmioty kultu, między innymi krzyże, obrazy i rzeźby przedstawiające Marię. *** w86/16 s. 19 Służmy Bogu prawdy, zachowując prawość *** PROROCZA ANALOGIA 12 Dzisiejsze bezbożne chrześcijaństwo to odpowiednik niewiernego Jeruzalem z czasów starożytnych. W 612 roku p.n.e. Pan Wszechwładny, Jehowa, sprawił, że Jego prorok imieniem Ezechiel miał widzenie, w którym został przeniesiony z Babilonii właśnie do tego miasta. Tam na dziedzińcu świątynnym ukazano mu ohydny symbol bałwochwalstwa. Z kolei Jehowa kazał Ezechielowi wybić, a następnie poszerzyć otwór w murze. Potem rzekł do niego: „Wejdź i zobacz te straszne obrzydliwości, które oni tutaj popełniają”! Co ujrzały jego oczy? We wnętrzu domu wielbienia Jehowy były „na ścianie (...) wszędzie wokoło wyrysowane obrazy wszelkich płazów i bydła, ohydy i wszystkie bałwany domu izraelskiego” (Ezech. 8:1, 7-10, Bw). *** g05 8.5 s. 21 Czy należy oddawać Bogu cześć za pomocą wizerunków? *** „Chrześcijanie” przejmują kult wizerunków W dziele Encyclopædia Britannica wyjaśniono, że „w ciągu pierwszych trzech stuleci istnienia Kościoła chrześcijańskiego nie rozwinęła się żadna sztuka sakralna i na ogół Kościół z całą mocą opierał się jej wprowadzeniu. Na przykład Klemens Aleksandryjski krytykował (pogańską) sztukę religijną za to, że zachęca ludzi do wielbienia stworzenia zamiast Stwórcy”. Jak doszło do tego, że używanie wizerunków stało się tak popularne? Wspomniana encyklopedia podaje: „Mniej więcej w połowie III wieku w Kościele chrześcijańskim zaczęto tworzyć malowidła i je uznawać, choć nie bez ostrego sprzeciwu niektórych gmin. Dopiero gdy na początku IV stulecia Kościół chrześcijański został rzymską religią państwową z cesarzem Konstantynem na czele, w kościołach pojawiły się obrazy, które z czasem zadomowiły się na trwałe w życiu religijnym ludzi”. Najszanowniejsze Ciało Kierownicze, najszanowniejsi Świadkowie Jehowy, cała powyższa argumentacja przestrzegająca przed posiadaniem obrazów wydaje mi się być logiczna i jak najbardziej zgodna z prawem Boga zawartym w Biblii. Kościoły Świadków Jehowy tylko z pozoru różnią się od kościołów obwieszonych obrazami. Zamontowano w nich ekrany, na których wyświetlane bywają obrazy, które Świadkowie Jehowy uważają za grzeszne. Parafrazując słowa mówcy telewizji Broadcasting – jeżeli posiadanie obrazu jest grzechem to wyświetlane filmu może zastąpić milion grzechów. Telewidzowie telewizji Broadcasting jak i czytelnicy wydawnictw Świadków Jehowy są świadkami tego, że obrazy pojawiły się i zadomowiły również w życiu religijnym Świadków Jehowy i to pomimo tego, że formalnie takie praktyki w literaturze Świadków Jehowy zostały jawnie potępione. Jednocześnie współczesna działalność Świadków Jehowy to między innymi propagowanie czasami nawet bogato ilustrowanych traktatów, czasopism, książek oraz filmów, które składać się mogą z milionów obrazów. Członkowie Ciała Kierowniczego uważają to za przejaw rozsądku i wierności. Bardzo proszę, przypomnijmy sobie analizowaną wypowiedź z telewizji Broadcasting: „Jeżeli zgodnie z powiedzeniem obraz mówi więcej niż tysiąc słów, to film może zastąpić milion słów. Filmy poruszają nasze uczucia i mogą być bardzo skutecznymi narzędziami w nauczaniu. Zdawał sobie z tego sprawę brat Russel. W roku 1914 niewielka grupa Badaczy Pisma Świętego wyświetliła fotodramę stworzenia ponad dziewięciu milionom ludzi na całym świecie. Reakcja ludzi była zdumiewająca. Jehowa w widoczny sposób pobłogosławił starania Badaczy by przedstawiać orędzie biblijne z wykorzystaniem pomocy wizualnych. Dlatego też przeszło sto lat później niewolnik wierny i roztropny produkuje filmy.” Trudno jednak twórców tego gigantycznego aktu bałwochwalstwa nazwać niewolnikiem wiernym i roztropnym. Moim zdanie bardziej do tego niewolnika pasuje określenie głupi i niewierny, W związku z powyższym mam pytanie do członków Ciała Kierowniczego: Jak to jest z tymi obrazami, podobiznami etc, których swoim czcicielom Bóg Biblii zakazał czynić. Posiadanie, tworzenie, propagowanie obrazów i podobizn jest grzechem, czy też nie jest? Ja jako zainteresowany czuję się zdezorientowany. Świadkowie Jehowy nauczyli mnie, że to jest grzech wielki. A tymczasem grzech ten stał się integralną częścią działalności Świadków Jehowy. Moim zdaniem, bardzo źle się stało a odpowiedzialność za to ponosi Ciało Kierownicze. Dlatego też postanowiłem napisać ten list. Postanowiłem się też w intencji Świadków Jehowy jak i wszelkich innych czcicieli Boga Biblii pomodlić do ich Boga: Najszanowniejszy Boże Jehowo, czy mogę Ciebie o to prosić byś dopomógł Świadkom Jehowy oraz wszelkim innym Twoim czcicielom rozumieć i przestrzegać Twoje prawa? Jeżeli mogę, to bardzo Ciebie o to proszę o to najbardziej w imieniu najszanowniejszego władcy Jehoszua Masziach (Jezusa Chrystusa). Na wszelki wypadek w podobnej intencji postanowiłem pomodlić się też do najlepszego, z wszystkich najlepszych Dobrych Bogów, Boga, Najszanowniejszy, najlepszy spośród wszystkich najlepszych Dobrych Bogów, Boże, czy mogę Ciebie prosić o to byś dopomógł wszystkim ludziom właściwie rozumieć wszelkie prawa i właściwie, jak tylko to tylko możliwe reagować? Jeżeli mogę, to proszę Ciebie o to najbardziej jak tylko potrafię. Z wyrazami największego szacunku i życzeniami najlepszości jacek ahmadeusz szatan kwaśniewski Najszanowniejsi Forumowicze, a Wy co myślicie o tej kwestii?
  6. 1 punkt
  7. 1 punkt
    mówisz i masz: Prawo dotyczące lewiratu wyłuszczono w Powtórzonego Prawa 25:5, 6: „Jeśli bracia mieszkają razem i jeden z nich umrze, nie mając syna, to żona zmarłego nie powinna należeć do obcego mężczyzny z zewnątrz. Jej szwagier ma pójść do niej i weźmie ją za żonę, i zawrze z nią małżeństwo lewirackie. A pierworodny, którego ona urodzi, ma dziedziczyć imię jego zmarłego brata, żeby to imię nie zostało wymazane z Izraela”. Prosze zauważyć że Mojżesza nie interesowało czy pozostały przy życiu brat jest kawalerem czy jest żonaty. Pozostały przy życiu brat niewątpliwie miał obowiązek zastosować się do tego prawa bez względu na to, czy był już żonaty. Jakie to szczęście że Grzesiek, mój starszy brat wyprowadził się z Karpacza, bo aż strach pomyśleć, co byłoby, gdyby przepis ten nadal obowiązywał a mój brat mieszkałby nadal w Karpaczu. mój brat Grzesiek jest żonaty ale niestety on i jego żona nie mają dzieci. Wg tego przepisu, gdyby Grzesiek umarł bezdzietnie, to ja Sebastian miałbym obowiązek (podkreślam: NIE "ewentualną możliwość" ale "zakichany obowiązek") zdradzać swoją ukochaną Beatkę z moją bratową Ewą i spłodzić jej potomka. Bo tak napisano w Piśmie Świętym. Na samą myśl o tym (że ktokolwiek mógłby mi nakazywać współżycie seksualne z kimś innym niż moja ukochana Beatka) czuję trudne do opisania obrzydzenie. Ale "prawo jest prawem", dura lex sed lex, Pan nakazuje, sługa musi. Jesteście sobie w stanie w ogóle wyobrazić taką obrzydliwość?! Bo mnie sie to w głowie nie mieści! Podkreślam, że tekst biblijny nie zostawia najmniejszego pola do reinterpretacji: Nie można np. wykręcać się że "chodziło o obowiązek alimentacyjny" i wmawiać czytelnikom że (rzekomo) istota obowiązku sprowadzała się do zapewnienia owdowiałej bratowej środków utrzymania aby nie umarła z głodu. Wprost przeciwnie: autor biblijny wprost nakazuje współżycie seksualne aby doszło do poczęcia dziecka i do urodzenia dziecka. In vitro nie było wtedy znane, więc odbycie stosunku seksualnego z bratową było niestety konieczne. Sumując: Pismo Święte na kartach Starego Testamentu NAKAZYWAŁO popełnianie CUDZOŁÓSTWA. Co było do udowodnienia. Amen.
  8. 1 punkt
    Co tak nie pewnie mówisz? Czyżbyś sam w to nie wierzył co piszesz? Raczej czy na 100%?
  9. 1 punkt
    Najsz. Najszanowniejszy panie Robercie, to nie ja umieszczam, tylko tak zrobili to różni tłumacze Biblii na język polski. Po śmierci, ale przed zmartwychwstaniem według Biblii człowiek może trafić do Szeolu zwanego też Hadesem, lub Grobem lub Otchłanią lub Piekłem. Nazwy te dotyczą tego samego miejsca mąk duchowych. Nazwijmy to miejsce Piekłem Duchowym - Piekłem Snu. Na Piekło bywa też tłumaczone słowo Gehenna. Miejsca, gdzie po zmartwychwstaniu mają trafić grzesznicy, którzy wcześniej przebywali w Piekle Duchowym. Nazwijmy to miejsce Piekłem Cielesnym - Piekłem Realnym - Piekłem Po Zmartwychwstaniu. Teraz bardzo proszę przeczytajmy analizowany werset: Objawienie 20:14 A śmierć i Hades wrzucono do jeziora ognia. To oznacza drugą śmierć: jezioro ognia. Mowa tu o Piele Cielesnym - Piekle Realnym - Jeziorze Ognia. Trafiają tam osoby zmartwychwstałe na sąd - wcześniej przebywające w Szeolu / Hadesie - Piekle Duchowym - i skazane podczas sądu ostatecznego na Piekło Realne. Dla tych skazańców Hades został zamieniony na jezioro ognia. Tam też nie ma śmierci. Z nauk najszanowniejszego władcy Jehoszua Masziach wynika, że kto zmartwychwstał umrzeć nie może: Łukasza 20:36 (...)Właściwie też nie mogą już umrzeć, są bowiem jak aniołowie i są dziećmi Bożymi, będąc dziećmi zmartwychwstania. Moim zdaniem nauki najszanowniejszego władcy Jehoszua Masziach (Jezusa Chrystusa) dotyczące Szeolu / Hadesu / Piekła Duchowego oraz Gehenny / Piekła Realnego, układają się w logiczną całość. A pan, najszanowniejszy panie Robercie co myśli o tych naukach?
  10. 1 punkt
    ja raczej obstawiałbym że to "wchodzenie na górę" to jest skutek "zabawy w głuchy telefon" (tzn. co innego głosiciel mówi a co innego słuchacz po swojemu rozumie). skoro ja osobiście tłumaczyłem człowiekowi na swoim terenie że opowieści o dolarach są nieprawdziwe i (mając intencję przekonania rozmówcy że nie oczekuję jakiejkolwiek ziemskiej zapłaty) dwa tygonie przed uroczystością Pamiątki przytoczyłem temuż rozmówcy werset biblijny o treści "zapłatę otrzymasz po zmartwychwstaniu" ... a mój rozmówca "zrozumiał to po swojemu" i potem opowiadał na Karpaczu głupoty że Sebastian rzekomo "potwierdził że im płacą i jeszcze nawet podał datę że najbliższa wypłata będzie tuż po wielkanocy" (bo zmartwychwstanie skojarzyło mu się z wielkanocą) ... tzn. że ktoś inny także mógł coś zrozumieć na opak... pamiętam że za moich czasów najważniejszy "dowód na prawdziwość" wyznania świadków Jehowy to był werset z Izajasza mówiący że "nie będą uczyć się sztuki wojowania" (werset ten traktowano jako zapowiedź odmawiania służby wojskowej przez świadków Jehowy). nietrudno wyobrazić sobie człowieka który zadaje pytanie _retoryczne_ "skąd wiadomo ze akurat wasza religia jest prawdziwa" (i myśli sobie że odpowiedź jest oczywista: tego nikt nie wie kto ma rację) a w odpowiedzi zamęczany jest wywodem o służbie wojskowej i karze więzienia. Jeśli taki słuchacz w międzyczasie gdzieś odleci myślami i "ocknie się" jak mu czytają początek proroctwa izajasza (słowa o "wchodzeniu na górę pańską") to będzie miał w umyśle dwa skojarzenia: 1) świadkowie Jehowy to są "te świry co gadają coś o końcu świata" 2) świadkowie Jehowy "wchodza na jakąś górę" Potem wystarczy nałożyć na siebie twierdzenie 1 i twierdzenie 2 i wyjdzie nam kogiel mogiel o treści że "świadkowie Jehowy oczekując końca świata wchodzą na jakąś górę". Tyle samo prawdy co w twierdzeniu że rzekomo ja Sebastian 20 lat temu pokwitowałem odbiór dolarów kilka dni po wielkanocy ale kto by tam się przejmował szczegółami.
  11. 1 punkt
    Niezależnie od tego jak doszło do tego, że wielu z nas taki krok podjęło, to jakaś tam trauma zawsze zostaje. Zależy to od wielu czynników, które były tego przyczyną. Z tych najważniejszych wymieniłbym: stopień zaangażowania osobistego, oraz długość pobytu w organizacji, jako pochodne tego pierwszego, jest jeszcze jeden główny czynnik, którego nie można pominąć, to powód, dla, którego tę pępowinę postanowiliśmy odciąć, lub nam ją odcięto. To nie jest takie proste odejście i już. Każdy z nas tę traumę przechodzi lub przechodził. To był, jakby niebyło, pewien etap w naszym życiu, krótszy lub dłuższy, ale jednak. Teraz nagle powstaje luka, którą tak łatwo nie można wypełnić. Tam zostawiliśmy też swoich przyjaciół, z którymi byliśmy związani w pewnym sensie emocjonalnie, byliśmy przecież sobie „braćmi i siostrami”. Teraz nagle ci „bracia i siostry” przestają nam podawać rękę, -to niestety trochę boli, tym bardziej, że pozyskanie nowych, ze „świata” nie przychodzi naglę. Będąc w Organizacji Ś. J., sami też tych „światusów” się pozbywaliśmy. Te dylematy osobiste można wyczuć czytając te wszystkie posty na tym Forum. Obecnie, przy korzystaniu z Internetu, można przeżywać tę traumę mniej boleśnie, ponieważ jak widać, możemy mieć przeświadczenie, że nie jesteśmy sami. Kiedyś taki osobnik pozostawał sam ze sobą. Moje odejście przypadło właśnie na taki okres, dlatego jest mi niezmiernie miło, że chociaż teraz znalazłem tych, z którymi mi jest po drodze. Wielu z nas chciałoby poznać historie odchodzenia innych, bo każde odejście jest inne, a i powodów jest wiele, dla każdego inny. Zanim jednak opisze moje odejście, opowiem jakie było to „przyjście”. Chciałbym jednak przeprosić za ewentualne nie ścisłości, które są nieuchronne z uwagi na to, że od opisywanych wydarzeń minęło już pół wieku, a dziennika nie prowadziłem. Pewne wydarzenia mogą być przesunięte w czasie. Podane miejscowości są tylko orientacyjne, a użyte nazwiska będą tylko te najbardziej znane z najwyższych półek. Użyte imiona nie muszą też być prawdziwe, więc proszę ich z nikim nie kojarzyć . Część pierwsza Moja przygoda z Organizacją zaczęła się w roku 1946 jeszcze w szkole podstawowej, chodziłem do 4-tej klasy, miałem w tedy 14 lat. Zaraz wyjaśnię, bo dla wielu współczesnych może być to nie zrozumiałe. Byłem wtedy rocznikiem zapóźnionym z powodu wojny. W wieku 16 lat byłem już dopuszczany do różnych funkcji we Zborze, wtedy jeszcze nie funkcjonowało pojęcie Zbór, bo nazwę tą kojarzono raczej jako obcą związaną z religią np. ewangelicką lub innymi wyznaniami z podszeptu diabła. Wtedy były Grupy. Na czele Grupy stał Sługa Grupy, zastępca Sługi Grupy, Sługa Terenu, Sługa Skarbnik. To był Komitet Grupy, w grupach przeciętnych. W większych Grupach, dochodził jeszcze Sługa Studium Strażnicy, Sługa Studium Książki i byli też zastępcy tych sług. „Grupy” te zostały zdecydowanie przemianowane na Zbory po roku 1950-tym w czasie zakazu. Powodem odejścia od tej nazwy, było zmylenie władzy, bo „grupy” kojarzone były raczej z podziemiem zbrojnym. Zresztą nie tylko ta nazwa zniknęła, ale również pismo wewnętrzne do celów instruktażowych, wychodzące pod nazwą „Informator” zostało przemianowane na „Służba Królestwa”. Przepraszam za dygresję wracam do mojej osoby. (takie dygresje będą się często powtarzać, więc od razu przepraszam hurtowo, na zaś) Ponieważ w mojej Grupie, Sługą Grupy był pół analfabetą, (słowo „analfabeta” nie jest tu użyte w znaczeniu pejoratywnym, tylko jako stwierdzeniem faktu, bo jako człowiek, był postacią bardzo pozytywną) więc w wielu sprawach jego właśnie wyręczałem. Przygotowywałem zebrania, materiały do zebrań, w imieniu jego wygłaszałem nawet wykłady. Z chwilą gdy skończyłem szkołę podstawową w wieku lat 16 przyjąłem symbol, i Sługę Grupy zastępowałem już prawie w pełnym wymiarze, lecz jako niepełnoletni, nie mogłem zostać ordynowanym sługą, z uwagi na reprezentowanie Grupy na zewnątrz wobec władz. W ten sposób całą działalność w zborze prowadziłem osobiście, jedynie skarbnikiem była „siostra”, która wprawdzie mogłaby prowadzić całą Grupę, bo miała odpowiedni wiek, posiadane wykształcenie oraz doświadczeni. Z uwagi jednak na to, że niewiasty (niewiasta, to oficjalnie obowiązująca nazwa kobiety) w Grupach nie mogły pełnić funkcji kierowniczej, więc lepszy był taki gołowąs jak ja. Bardzo jest mi żal, że nie są mi znane ostateczne losy tej „siostry”, bo mimo dużej różnicy wieku, potrafiliśmy ze sobą prowadzić tak obszerne rozmowy i wywody biblijne w oparciu o strażnicę oczywiście, ale czasem udawało nam się „zbłądzić” i zahaczać o tematy, że tak powiem, na wyrost. Czy ja wiem? Czy te rozmowy nie były już początkiem końca? Siostra przyszła ze zboru ewangelickiego, więc z biblią była już bardziej oswojona, oczywiście bardziej ode mnie i pewne kwestie umiała wyczytać z biblii poza strażnicą, co bardzo mi się podobało, a nawet zacząłem ją w tym naśladować. Ta wzajemna wymiana myśli i rozumowania, oczywiście w obrębie strażnicy, w pewnym okresie pomogła mi wyjść obronną ręką z opresji, ale nie sięgajmy tak daleko do przodu. Szkoda, że nie znam jej dalszych losów. W latach 55/56 otrzymałem od niej około trzech listów, potem kontakt się urwał, a po wyjściu z więzienia, jej już nie zastałem na miejscu i tak naprawdę jakby za zmową milczenia, nikt z tych, co coś wiedział, nie chciał lub nie mógł nic konkretnego mi powiedzieć. Wróćmy jednak do mojej opowieści. Ach ta dygresja. A dziecię rosło i umacniało się… jak by o mnie powiedział prorok. Rok 1949 na początku jakoś nic na razie nie zwiastował, ale już w połowie, zaczęły przenikać pewne wieści o nadchodzącej „zimie”. Zwykli głosiciele jeszcze o niczym nie byli informowani na domiar jakby dla zmyłki, w połowie roku odbywały się jeszcze oficjalnie obwodowe zgromadzenia, tzw. Konwencje. Tam powiadomiono oficjalnie o reorganizacji okręgów. Zamiast dotychczasowych dwóch, powstały w Polsce cztery okręgi. Dwa zachodnie okręgi zostały obsadzone przez Sługę Okręgu Lorka Jana i Sługę Okręgu Adacha, nie pamiętam imienia. Wschodnia część została obsadzona przez Chodarę lub Hodarę Tadeusza oraz Kwiatosza Edwarda. Na jednym takim zgromadzeniu obwodowym, Sługa Okręgu Jan Lorek, zebrał główny aktyw na zebranie specjalne. Po omówieniu zwykłych bieżących spraw, oznajmił, aby na dalszą część zebrania pozostali tylko bracia po symbolu. Była trochę konsternacja, gdy ja nie opuściłem razem z innymi odchodzącymi pomieszczenia. Z uwagi na mój gołowąs musiałem oznajmić, że też jestem po symbolu, co ostatecznie potwierdził Sługa Obwodu. Jan Lorek zabrał głos i oznajmił, że organizacja musi się przestawić na inny niż dotychczasowy nurt pracy. Wszelkie dotychczasowe kontakty z biurem krajowym mieszczącym się w Łodzi przy ulicy Rzgowskiej 24, mają zostać ograniczone tylko do potrzeb oficjalnych, natomiast wszelkie informacje organizacyjne od tej chwili będą trafiać do Grup dwiema drogami, tj. oficjalną z biura z Łodzi, które będą miały tylko charakter oficjalny, będą wysłane jeszcze ostatnie strażnice o nr-ach (…), inne wydawnictwa będą rozesłane już drogą kurierską. Wszelkie następne wskazówki będą podawane na specjalnych zebraniach niejawnych z pominięciem łódzkiej siedziby biura . Nadszedł czas bezpośredniego przygotowania organizacji do pracy w podziemiu. Wprawdzie nikt nie wiedział, na czym ma polegać zapowiadana nadchodząca „zima”, przynajmniej dla mnie, była to jakaś bliżej nieokreślona przyszłość. Intensywnie przystąpiłem do precyzyjnego wykonania zalecanych działań. Pierwsze zadanie, polegało na wyselekcjonowaniu osób „pewnych” i „nie pewnych”. Jednym należało wyznaczyć zadania specjalne, tych drugich należało odizolować od tych działań. Powstały małe grupki składające się z trzech do czterech osób, zwanych odtąd „kółkami”, w których odbywały się normalne zebrania jak dotychczas w Grupie. W każdym kółku posługiwał Sługa Kółka. Całością kierował dotychczasowy Sługa Grupy, z tym, że tu nastąpił pewien podział na oficjalnego Sługę i „uśpionego”, którego zadaniem było wkroczenie, dopiero wówczas, gdy zabraknie tego pierwszego. Tego rodzaju konspiracyjne działania powstawały na obszarze Zborów (od tego miejsca będę używał już tej nowej nazwy), ale również na wyższych szczeblach zarządzania, aż do krajowego zarządu w Łodzi włącznie. Wszędzie działały specjalni ukryci łącznicy, których zadaniem było nawiązać łączność podziemną na wypadek przewidzianych lub nieprzewidzianych działań ze strony władzy w Polsce. W ten sposób została już bardzo wcześnie przeniesiona cała infrastruktura do podziemia, a okres względnego spokoju, został wykorzystany do jego rozruchu i naniesienia ewentualnych poprawek. Moje zadanie było włączone w ten drugi obieg. Na odpowiedni znak, miałem po prostu uruchomić działalność w Zborze. Koniec części pierwszej
  12. 1 punkt
    Kamieniem do naszego Ogródka „Badacze” Biblii z najnowszego zaciągu Twórca ruchu religijnego C. T. Russel, swoim wejściem w sferę wykładni biblii, pewnie nie zdawał sobie sprawy, że wypuścił z butelki przez wieki zakorkowanego złego dżinna. Wprawdzie był jeszcze dobry dżinn, ale C. T. Russel trafił na tego złego. Nazwą tego ugrupowania - „Badacze Pisma Świętego” spowodowało, że każdy kto z tym ruchem się spotkał, nagle poczuł w sobie misję do wykładania zapisanej treści biblii, zwanej też pismem świętym. Sama nazwa tego ugrupowania daje mu jakoby certyfikat ponieważ już z samej nazwy stał się „badaczem”. Skoro jest się badaczem, to ma się prawo, ba obowiązek wykładania, a nawet świadczenia o tym, co się zbadało. Samorodnych badaczy biblii namnożyło się co niemiara. Każdy z tych, tudzież grono jego wzajemnych adoratorów wie, jak najlepiej zinterpretować każdy werset. Nie byłoby to niczym zdrożnym gdyby chodziło tylko o smak wykonania według własnego pomysłu odpowiedniej nalewki alkoholowej. W tym przypadku nie miałoby większego znaczenia, która nalewka szybciej zwala z nóg, bo po wytrzeźwieniu zawsze można wrócić do normalności. Interpretacja biblii w wykonaniu amatorskim, sprawia poważne spustoszenie w psychice jednostki, a z wytrzeźwieniem przychodzi trudniej, jeżeli w ogóle przychodzi. Naparzanka wywołana wejściem w „Urojenia Ateistyczne”, podniosła (na razie) tylko u wielu ciśnienie tętnicze i nic ponadto. Żaden z adresatów tego „Urojenia ...” nie powrócił z powrotem na łono samorodnych biblijnych badaczy, jak również nie powiększył grona tej grupy wzajemnie się uzupełniających. Osobiście wyznaję mój własny pogląd, aby nie ingerować w poglądy kogokolwiek, a tym bardziej zaglądać w zakamarki duszy tym, którzy opuścili Organizacje. Z doświadczeń ubiegłych lat różnych zawirowań w russelowskim ruchu, wynika, że każdy taki okres wyzwalał nowych apologetów, nowego kierunku rozumienia biblii. Nie poczuwam się być prorokiem, ale można zauważyć, że w wielu odstępcach pozostał nostalgiczny trend do odtworzenia chociażby namiastki tego co pozostało po WTS-ie, szczególnie u tych odstępców zachowujący kreacjonistyczny pogląd. Ten trend (badania biblii bez ingerencji zewnętrznej) dość wyraźnie zarysowany, postrzega się w części wschodniej Polski, ponieważ tam, te powody odstępstwa dotyczyły głównie „technicznego” funkcjonowania wnętrza Organizacji, a nie dotyczyły eschatologii. Należy również przyjąć, że w tej część Polski „prywatny” nurt „badania” biblii nie jest czymś niezwykłym. Część Polski zachodniej bardziej liberalnej, mniej, lub wcale nie ingeruję w powody odstępstwa. Tu bardziej liczy się skąd przychodzisz, a nie dokąd zmierzasz. Co dalej z tą odstępczą populacją? Najprawdopodobniej ten podział będzie współistniał ponieważ będzie skazany na siebie tak długo, aż poszczególne jednostki, a może nawet grupy tych jednostek zbudują swój własny „okręt”i pożeglują do własnej wymarzonej „przystani”. Jeżeli tą przystanią będzie liberalnie wyzwolony umysł, będą brać z tego życia na tej planecie to, co jest możliwe i będzie w zasięgu ich własnej możliwości. Natomiast w przystani dla ortodoksów biblijnych, odejście od Organizacji jest tylko wymianą powozu na inny, których na tej przystani jest do wyboru i do koloru. Symptomatyczne jest jednak to, że ortodoksi biblijni po przejściach z Organizacją, najczęściej budują własny pojazd według własnego pomysłu. Nie sposób wymienić tu każdy przypadek, ale w większości z moich obserwacji, lat mojej młodości, przeistaczali się w samotnych żeglarzy. Ich mapą nawigacyjną pozostawała biblia, odczytywana jednak według nabytych umiejętności „strażnicowych” wzorców. Co ciekawe, ten trend zachował się bez poprawek do tej chwili. Po prostu oderwanie się od nabytych przez lata wzorców nie idzie w parze z postępem w czasie, - to nie jest jakaś złota myśl, która błysnęła w tej chwili w mojej głowie, te „wzorce” zachowały się i tkwią również we mnie i ujawniają się całkowicie po za moją świadomością, ba nawet trapią mnie jeszcze ciągle świadkowskie sny. Ci samotnie żeglujący „badacze” Biblii (celowo używam tu liczby mnogiej), będą zawsze zgodni między sobą w stosunku do tych, którym biblia doktrynalnie nie leży. - (to też znam z autopsji). Natomiast tam gdzie zaczyna się „braterskie badanie biblii”, tam dysputy nigdy nie kończą się porozumieniem, bo prawda wyznawana przez każdego z osobna, jest zawsze bliższa Bogu niż jego adwersarza. To byłaby pierwsza prawda. Ale ta prawda nie jest jeszcze tak bardzo dokuczliwa. Dramat zaczyna się dopiero w rodzinie, gdy dorasta młodzież. Dotąd zwracaliśmy uwagę tylko na ten problem rodzin bezpośrednio w domach u Świadków J., ale ten problem tkwi wszędzie tam gdzie w rodzinach wyznacznikiem określonego życia, jest bezkrytyczne podporządkowanie biblii, często uzależnione od wyimaginowanego własnego pojęcia głowy rodziny i narzucane domownikom. Po raz pierwszy spotkałem się z tym problemem, gdy moje osobiste posty pojawiły się na Forum. Ku mojemu zdziwieniu, a powiedziałbym, że miłemu zdziwieniu, napisali do mnie wnukowie tych, których bezpośrednio lub pośrednio wymieniłem w moich tekstach. Ten problem wyraźnie zarysowuje się we wszystkich odstępczych nurtach. Dotyczy jednakowo – Świecki Ruch Misyjny Epifania, Stowarzyszenie Wolnych Badaczy Pisma Świętego, Zrzeszenie Wolnych Badaczy Pisma Świętego, Równolegle temu samemu procesowi podlegają wszelkiej maści niezrzeszonych „badaczy Biblii”. Z tych ostatnich, wcześniejszych stażem, ten proces dotyka równolegle już teraz, natomiast tych współcześnie rozpoczynających swój indywidualny badacki debiut, odłożony jest tylko w czasie gdy dorosną ich pociechy. Nie łudźcie się, że tych waszych synów i córek uda Wam się utrzymać do „badania Biblii” na Wasz wzór i podobieństwo Wasze. Kto z tych zechce razem z Wami zastanawiać się nad losem Abrahama, Jakuba, Mojżesza, tudzież Dawida, Salamona z ich haremami dziewic i budować swoją przyszłość według ich wzorów? Kto z tych zechce przestawiać przecinki w zdaniach przypisanym prorokom tylko dlatego, żeby odpowiadało Waszemu wyznawanemu credo? Biblię warto czytać, a powiem więcej, należy czytać, ale tylko w celu pozyskania wiedzy jak splot wielu wydarzeń historycznych umieścił nas w kulturze judeochrześcijańskiej. Przy innych zawirowaniach, mogliśmy wyznawać Zaratusztrianizm, może trochę odmienny, ale bardzo zbliżony do rodzimego chrystianizmu, a nawet wiele maksym ewangelicznych stamtąd pochodzących. Mielibyśmy inne święte księgi prowadzone do innej, ale też świętości i też bronilibyśmy go własnym życiem. Wystarczyłoby urodzić się w innej części Świata, i nasze wartości byłyby zupełnie przeciwstawne do wzorców Biblii. Przez okres bycia w Organizacji, każdy z nas przesiąkną indoktrynowaną ideologią do tego stopnia, że nawet teraz gdy nie musi niczego nikomu udowadniać, gdy jednak spotka osobnika o nieco odrębnym przekonaniu, będzie chciał go przewartościować do swoich racji. Z przykrością czytam wszelkie naparzanki na Forach, gdy byli Św. Jehowy skaczą teraz sobie do przysłowiowych gardeł, aby udowodnić, że odstępca-a/ nie może być utożsamiany z odstępcą-b/, ponieważ ich dzieli inny powód (mur) opuszczenia Organizacji. Zachodzę w głowę, dlaczego tak musi być? Otóż pewnie, że musi bo taka nasza słowiańska natura. Nie ważny powód, ale spór musi być. Już Fredro w swojej „Zemście” pokazał Cześnika - Raptusiewicza w sporze o mur z Rejentem - Milczkiem. Mur jak mur, stary – zmurszały, rozwalający się, ale ważny, bo jest o co toczyć spór. Adam Mickiewicz w „Panu Tadeuszu” też poświęcił rozdział dotyczący starego rozwalającego się zamku, aby wplątać dwa rody Horeszków i Sopliców w spór o swoje prawa do niego. Sporów ci u nas dostatek i pewnie od nich nie uciekniemy, bo tak naprawdę jest nam … z tym dobrze. Czy każdemu z nas? Mnie raczej nie. Obawiam się, że nasza słowiańska dusza będzie te spory w nas wzniecać. Skoro już jesteśmy przy naszej Wielkiej Literaturze, na koniec dołączę jeszcze Wielkiego naszego Poetę Juliusza Słowackiego i pozwolę sobie na parafrazę Jego Hymnu … a, że odstępczych sporów nikt zakończyć nie może, - smutno mi Boże! Ciągu dalszego, już nie będzie, ale nie wykluczam, jeżeli będzie taka potrzeba PS Bądźcie tym czym chcecie być i idźcie tam gdzie czujecie się najlepiej, nigdy nie nawracajcie nikogo na „swoją stronę”, nie czyńcie siebie misjonarzami do nawracania swoich adwersarzy. Z godzin nie musicie się już rozliczać. Ten etap macie już za sobą. Z jednego kierunku przyszliście razem na rozstajne drogi. Teraz bez obawy wyklęcia, wybierzcie sobie wam towarzyszących i drogę, którą chcecie podążać. Pozwólcie innym zrobić to samo. Nie wzdragajcie się podać sobie rękę na pożegnanie, a gdy kiedyś znów się spotkacie, podacie sobie rękę na powitanie. Nie bez kozery pisałem o niegdysiejszych spotkaniach tych od Russela i tych od Rutherforda, tudzież innych, którym różne przypadki życiowe zmieniły ich zrozumienie świata, ale zawsze potrafili podać sobie rękę na powitanie. Jeżeli Organizacja Was odrzuciła, to stańcie na wysokości i nie odwracajcie się wzajemnie od siebie. To będzie świadczyć o Waszym człowieczeństwie, bez względu na to, którą biblię czytacie i czy w ogóle chcecie ją czytać, a wiecznego sporu o pierwszeństwie kury czy jajka i tak nie rozstrzygnięcie.
  13. 1 punkt
    Kamieniem do naszego ogródka Odstępcy lepszego i gorszego sortu Organizacja Św. J. Święcąca swoje tryumfy z początkowego okresu trzech prezesów, już nigdy nie będzie taka sama. Sześć tomów prezesa Russela, tudzież kontrowersyjny siódmy tom „Dokonana Tajemnica” stały się już tylko balastem. Publikacja „Miliony Ludzi Obecnie Żyjących Nigdy Nie Umrą” autorstwa Rutherforda, podzieliła los niechlubnej historii jak ekskluzywna budowla Beth – Sarim. Pewnie ten sam los spadnie na epokowe dzieło Knorra - „przekład biblii NW”. Na zakończenie tych moich przemyśleń, nie omieszkam też kilka kamyków wrzucić do naszego ogródka odstępców. Obawiam się, że ten prze zemnie opisany sukces odstępców, który mozolnie przebijał się przez prawie pełny wiek, może nie wytrzymać próby czasu, symptomy tego zjawiska obserwuję już od pewnego czasu. Jak sięgam pamięcią jeszcze będąc czynnym w Organizacji, z odstępcami mimo wszystko utrzymywałem pewne kontakty, zresztą nie tylko ja i pomimo, że wtedy nie podzielałem ich stanowiska. Tak samo jak obecnie, przyczyny odstępstwa były różne. W większości głównymi przyczynami, to rozbieżnie rozumiane przyczyny doktrynalne pochodzące z rozłamu Rutherforda, które zapoczątkowały, a raczej ośmieliły do własnych indywidualnych przemyśleń pochodzących z indywidualnego czytania i interpretowania tekstów biblii. I jeszcze jeden walor, taki zwykły międzyludzki. Nikt z obydwu stron nikomu nie groził uśmierceniem w armagedonie Do ciekawego zjawiska należy dołączyć braci spod fioletowego trójkąta, którym udało się przetrwać niemieckie obozy koncentracyjne. Pomimo tego, że w oficjalnych przekazach w powojennych zborach, przedstawiano tych jako zwycięzców, których Jehowa wyzwolił z gorejącego ogniem pieca, to wielu powróciło „okaleczonych na duchu”. Dla niektórych z tych, może jeszcze dla kogoś kto ten okres przeżył jako pisarz na bloku, opowieść o Szadrachu Meszachu i Abednego, była budująca, to dla innych, którym przyszło obsługiwać te „piece gorejące szczególnego przeznaczenia” w realu - już nie. Bez względu na kolor „plakietki” przytroczonej do pasiaka, każdemu z tych było trudno uwierzyć w moc sprawczą bóstwa od tych trzech Danielowych mędrców. Tylko znany nam „Rocznik Świadków Jehowy 1994” z wielką euforią opisuje ich powroty w roku 1945. Wielu z tych, już do końca swoich dni przeżywało duchową frustracje z bezsilności mocy Boga, któremu oddali samych siebie. Te przypadki nie były odosobnione, przylgnęło do nich odium zmęczonego starego badola, któremu pobyt w obozie mówiąc kolokwialnie nie wyszedł na „zdrowie”. Ich kierunek myślenia odtąd stał się zdecydowanie realistyczny, biblia i strażnica, w prawdzie nie odrzucane, ale oceniane krytycznie, czytane jako uzupełnienie do literatury i czasopism o charakterze popularno-naukowym. W śród tych szczególnie, ale nie tylko, zdarzały się też przypadki wykładni zupełnie świeckiego pojmowania biblii. Jednych i drugich przypadków, o których wyżej, nie zmyślam, ale były to realnie występujące postacie w moim macierzystym zborze. Żyli wprawdzie na obrzeżach Organizacji, nawet w jakiś specyficzny sposób się z nią utożsamiali, ale zawsze dzielił ich pewien „sanitarny” dystans z resztą zborową. Osobisty kontakt z nimi był wybiórczo ograniczony „na ich warunkach”. Należałem do tych przez nich „uprzywilejowanych”. Stąd moja znacząca wiedza o dręczących ich „mankamentach”. Niestety, ich dane osobowe zachowam dla siebie. Pewnie mój późniejszy rozbrat z Organizacją, miał też tam swoje prapoczątki. Pomimo takiego zróżnicowania, te grupy nie dzieliły wyznawane indywidualne doktryny, ale łączyło ich wspólne „badackie” pochodzenie. Pojęcie „odstępstwo” jako takie, przynajmniej za mojej pamięci jeszcze obiegowo nie funkcjonowało, natomiast funkcjonowało określenie „stary badol”. „Starego badola” przyjmowano jako trochę zagubionego, ale jednak brata, któremu nie wzdragano się z podaniem ręki przy powitaniu, nawet jeżeli ten wyraźnie dystansował się od „badania” Strażnicy. (-) Jestem zmuszony wyjaśnić pewne nie dla wszystkich zrozumiane określenie, którym się tu posiłkuję, mianowicie chodzi o słowo: - „badol”. Nie pochodzi od botanicznego słowa „badyl”, lecz od czasownika „badać”, słowa pochodzącego od rzeczownika „badacz”. Inaczej mówiąc „Badacz Pisma Świętego” sprzed reformy Rutherforda. Ci, którzy nie uznali reformatora Rutherforda, pozostali przy tej starej nazwie, natomiast nowa nazwa to „Świadkowie Jehowy”. Ci ostatni dla odróżnienia ich od siebie, określali tamtych, po prostu „Badacze”. W późniejszym czasie zaistniało w obiegu, półżartobliwe i trochę pieszczotliwe określenie „Badol”. Słowo „odstępca” jako takie, jeszcze nie funkcjonowało w obiegu we współczesnym tego słowa znaczeniu. Jeszcze małe wyjaśnienie do słowa: „studium – studiować”, zaczęło dopiero wchodzić w powszechne używanie, ale potocznie nadal używano słowa „badać” - chodziło się na badanie strażnicy. „Odstępcy” we współczesnym tego słowa znaczeniu (nomenklatury), jest pojęciem wieloznacznym, ponieważ mieszczą się tu trzy zasadnicze grupy, czyli: -(1) rzeczywiści odstępcy, którzy osobiście formalnie złożyli taką deklarację, -(2) wyrzuceni z Organizacji przez komitet sądowniczy, -(3) oraz wielka rzesza tych, którzy nie odeszli z Organizacji z różnych względów i formalnie są jej członkami, ale osobiście już się z nią nie utożsamiają. Organizacja nie posiada na tych „haka”, a sami zainteresowani żadnego kroku, też nie podejmują. Moim zdaniem warto się jeszcze zastanowić jaka przyczyna ostatecznie zadecydowała, że dotychczasowy, osobnik ( płci obojga ), bez względu na rzeczywisty status „odstępcy” dotąd oddanych całkowicie Organizacji, nagle staje po drugiej stronie barierki. Znalezienie tych wszystkich przyczyn byłoby świetnym materiałem co najmniej na pracę magisterską, ja chcę odnieść się zaledwie do kilku, które stały się dla mnie asumptem, do wyrażenia niepokoju co do dalszego kierunku w ogólnie pojmowanym ruchu odstępczym. Od razu powiem o co mi biega. Nie chciałbym, aby ten ruch został kiedykolwiek sformalizowany w „oddział centralny”, „terenowy”, tudzież w inne formy „zarządzania” „starszych” i „młodszych”. Byłoby to bardzo źle! Mnie przeraża coś gorszego, że ten ruch ma tendencję do podzielenia się na „lepszych” i „gorszych” odstępców. Nie bez kozery przywołałem tu w prawdzie bardzo okrojony, ale historyczny rys odstępczy, który wyłonił się w okresie trzech głównych prezesów Organizacji. W miarę moich skromnych możliwości, pokazałem jak w mojej pamięci utrwalił się ówczesny wzajemny stosunek tych dwóch grup stojących po dwu różnych stronach barykady. Nie mam zamiaru ustosunkować się do współczesnej stojakowej wspólnoty wychowanej przez Strażnicę, której już nie znam, lub jeszcze nie mam rozeznania, ale na pewno zupełnie odbiegającej od tamtej, jeszcze nie zupełnie skażonej współczesną zborową starszyzną. Wracam do konkretów wyłaniających się na naszym podwórku. Skąd zaświtała by u mnie obawa o ten odstępczy ruch, gdyby nie wynikało to z oczywistych faktów. Typowym przykładem jest tu ruch wyzwolonych co skończyło się dość niefortunnie. Nie mam zamiaru rozkładać tego wydarzenia na czynniki pierwsze, ani też wytykać kogokolwiek palcem, ale wskazać na sam fakt, czego symptomy można było zauważyć już wcześniej, jeżeli uważnie czytało się posty na Forum. Powyższy przykład przywołuję tylko jako motto do tematu, na którego chcę zwrócić moją obawę. Jak już wcześniej zasygnalizowałem, w tej naszej „Forumowej Piaskownicy”, lub jak kto woli Forumowych Piaskownicach, widać dość wyraźny trend do różnicowania tej odstępczej populacji pod względem tego lepszego i gorszego sortu ze wskazaniem jednak na kierunek kreacjonizmu, jako sort lepszy i jedynie słuszny tym bardziej, że z „premedytacją” przez ten gorszy sort „prześladowany”. Prześladowanie ma być tym wyznacznikiem potwierdzającym jego uznanie przez sferę niebiańską. Obawiam się, co do niektórych (obym się mylił), że fanatyzm prześladowczy staje się ich obsesją. Mam tu na myśli faceta, którego czytelnik się domyśla, a potrzebującego prześladowania jak spragniony na pustyni wody. Jeżeli guza nie może znaleźć tak zwyczajnie na ulicy, to wchodzie brutalnie na odstępcze fora i zadaje pytanie: czy tu biją? Jeżeli stwierdzi, że biją, już cel osiągnął. Jakaż to dla niego strata, że tak późno się urodził, kiedyś o „prześladowanie” było naprawdę łatwiej. Dość wyraźnie w tej kwestii wypowiada się Forumowicz „Antykierat” stawiając kropkę nad „i” - przytoczę tę wypowiedź w całości bez mojej ingerencji: > Od dłuższego już czasu obserwuje na tym forum krucjatę przeciw kreacjonizmowi i jego przedstawicielom. (podkreślenie - moje) Wiara w Boga jako Stworzyciela, Tego który dał początek wszystkiemu przedstawiana jest jako pogląd ludzi niedouczonych. Natomiast gloryfikowane jest bezgraniczne zaufanie do współczesnej nauki jako najbardziej logiczne i wiarogodne. Ja jednak za Dreamerem powtarzam, że nic nie wiecie na temat początków wszechświata i za pomocą waszego boga, czyli ludzkiej nauki nigdy się nie dowiecie. Dlatego też, dopóki nie macie dowodów na powstanie wszechświata bez ingerencji Boga to wyśmiewanie tych, którzy wierzą w Stwórcę tylko dlatego, że nie możecie współcześnie potwierdzić bezpośrednich kontaktów Boga z ludźmi opisanych w Biblii jest wyrazem braku logiki, którą tak tutaj adorujecie. Pozdrawiam więc wszystkich jaśnieoświeconych ludzką nauką i otępionych wiarą w Boga! Ciemniak wierzący w Boga. < Kogo na tym Forum reprezentuje „antykierat”? Zastanawiałem się nad tym nikiem. Kierat to taki stary już nie używany wehikuł rolniczy służący do napędzania prostych maszyn rolniczych. A, że „kierat” poprzedzony jest słowem „anty”, przekonywuję mnie, że Forumowicz zaanonsował się, jako ten, który będzie włączał wsteczny bieg, jeżeli cokolwiek nie będzie po jego myśli. Wprawdzie nie czytałem wszystkich jego ponad 1800 postów na forum, jednakże już tylko z tego jednego wynika, że podjął się misji, ale nie wiem czy „dołożenia” tym, z którymi nie jest mu po drodze, czy tylko „odebrać” co najmniej kilka błogosławionych ciosów na jego głowę. W prawdzie nikt nie ma obowiązku zgadzać się ze wszystkimi w każdej sprawie, to jednak zachowanie pewnej proporcji wyrażania swojej emocji, byłoby pożądane. Forumowicz usilnie chce zauważyć nasilającą się krucjatę przeciw kreacjonizmowi i jego przedstawicielom. Użycie tu słowa „krucjata”, ma podnieść rangę jego emocji, wprost bić na alarm, bo przecież biją nas i naszych i tak się podstawić aby jak najwięcej błogosławionych „ciosów” spadło na nasze głowy. Pewnie Forumowicz nie posiada zielonego pojęcia czym w historii Europy była krucjata i kto przeciw komu ją wywoływał. Pomimo, że Antykieratowi od razu podnosi się adrenalina, gdy ktoś nie podziela „jego prawdy”, to ja mam poważne obawy co do kierunku w jakim pójdzie współczesna odstępcza populacja. Tę obawę wzniecił we mnie od niedawna bardzo aktywny Forumowicz, też odstępca zresztą, występujący pod nikiem „Andy78”, który na Forum wszedł z dość „śmiałym” postem zatytułowanym >,,Urojenie Ateistyczne” film dedykowany wszystkim (odstępczym) ateistom < Wprawdzie nie mam nic do zarzucenia Forumowiczowi, nawet z wieloma kierunkami jego myślenia jest mi po drodze, a gdyby nawet tak zupełnie nie było, nie jest to żaden powód, do budowania barykady i szukania sprzymierzeńców do jej obsady, dlatego dziwi mnie zaistniały spontaniczny alians „antykierat'a” z odstępcą „Andy78” przeciwko „wspólnym wrogom”, a upragnionym prześladowcom. Jak się okazało, według skali twórcy filmów grozy Alfreda Hitchcocka, „Urojenie Ateistyczne” było tylko trzęsieniem ziemi, a potem było już tylko co raz groźniej. Bratobójcza naparzanka rosła w postępie geometrycznym, ustąpić nie miał nikt zamiaru. Moje próby schłodzenia rozgrzanej atmosfery, też na nic się zdały, wolałem wyjść z tej gry, ale zrodziło się u mnie czarnowidztwo co do dalszej wizji odstępczego kierunku. Odstępczość będzie rosła, co jest nieuchronne, ale odstępczość ta, będzie ewoluowała w kierunku podziału na lepszy i gorszy odstępczy sort, z ukierunkowaniem na nurt zachowawczy - kreacjonistyczny i na bardziej otwarty nurt - racjonalny. Taka wizja radykalnego podziału absolutnie mnie nie cieszy, ale wprost mnie przeraża. Ja już widzę wykopaną nową fosę dzielącą odstępców między sobą! Zdaję sobie sprawę, iż tego procesu już nikt nie zatrzyma, ostatecznie w tym przekonaniu utwierdził mnie Forumowicz „Andy78” bezprecedensowym wejściem w „Urojenia Ateistyczne”. Nie wnoszę żadnego zastrzeżenia do Forumowicza „Andy78”, ponieważ ten temat „wisiał w powietrzu”, On go tylko uruchomił. Stąd moje przemyślenia, które skłoniły mnie do opisania, zaobserwowanego prze zemnie, jak też udostępnionego mi ogólnego spektrum odstępstw na przestrzeni około stuletniej historii tej Organizacji. CDN
  14. 1 punkt
    Jam mam depresje kiedy brak mi pieniędzy, a brak mi cały czas.
  15. 1 punkt
    Świadkowie Jehowy nie są aniołami, popełniają przestępstwa i inne niegodziwości. Moim zdaniem trzeba tu rozróżnić dwie sprawy, Przestępstwa popełnianie z pobudek osobistych i nie związane z doktryną wiary świadków oraz te , które są ściśle związane z doktryną. W ten sposób można wyodrębnić sferę przestępstw "unikalną " tylko dla świadków, czy tylko dla innej sekty. W przypadku moonistów na pierwszym planie są oszustwa. U świadków mogą to być komitety, które działają "poza prawem", ale i grupy nacisku w szpitalach, np. namawianie do wykradzenia ze szpitala własnego dziecka żeby nie przetoczono mu krwi co bezpośrednio zagraża jego życiu. Pewnie znacie takie przykłady. Ciekawy jest przykład, który podał Andy. Zamordowanie rodziny zdarza się wszędzie, ale czy depresja na którą cierpiał ten człowiek nie była wywołana naukami strażnicy? To są tylko dywagacje bo nigdy się tego nie dowiemy. Mogła , ale nie musiała. Nawiasem mówić przerażająca sprawa.
  16. 1 punkt
  17. 1 punkt
    Część trzecia Stacja Bukowno jest małym, prawie przystankiem osobowym. Ludzi jest tu w miarę dużo, ale są to tylko przejezdni, którzy wchodzą i wychodzą. Nie wiemy co ze sobą zrobić, zbyt mocno rzucamy się oczy, więc czujemy się trochę nie swojo. W perony wjechał następny pociąg, wysiadło z niego sporo ludzi, a wśród nich brat Romek z okręgu i jeszcze ktoś kogo nie znamy, ale wyraźnie zauważamy, że są razem. Trochę się zatrzymali, niby przy rozkładzie jazdy. To ich zachowanie odczytaliśmy, że mamy przyzwolenie aby iść za nimi. Oczywiście zachowując pewną odległość, wychodzimy, ale mamy ich na odległość wzrokową. Domów jest niewiele stoją w znacznej odległości od siebie, robi już się trochę szaro, więc wytężamy wzrok, żeby ich nie zgubić. Weszli do jednego budynku, który stał w znacznej odległości od innych. Zwalniamy kroku, bo już wiemy gdzie wejść. Jeszcze parę kroków i już jesteśmy na miejscu. Brat Romek zrobił nam reprymendę, że powinniśmy zostać na stacji dopóki ktoś po nas nie przyjdzie. Ostatecznie zostajemy. Wciągu wieczora doprowadzani są następni kursanci i wreszcie jesteśmy w komplecie. Zajęcia rozpoczynają się od rana. Jesteśmy na pierwszym zorganizowanym po zakazie, ogólno-krajowym kursie dla sług obwodów. Wykładowcy przekazują nam materiał instruktarzowy, dotyczący różnych zagadnień pracy sług obwodów: właściwa postawa w zborach, problemy w zborach, w tym postępowanie w różnych sytuacjach z głosicielami, sługami zborów, pionierami, jak prowadzić dochodzenia w stosunku do niezdyscyplinowanych, czy wręcz do „grzeszników” w znaczeniu szeroko pojętym. Nasz stosunek do „sióstr” zwłaszcza młodych wiekiem oraz wzajemny stosunek młodzieży obojga płci między sobą, chodzi szczególnie o moralność itd., itp. Dowiadujemy się też, jakie spadają na nas obowiązki z zakresu gospodarowania mieniem należącym do organizacji. Każde inne niedociągnięcie może być potraktowane z pewny zrozumieniem, natomiast każde nie rozliczenie się z pieniędzy należących do organizacji, będzie potraktowane, jako ciężkie naruszenie dyscypliny, z natychmiastowym zwolnieniem ze służby, a nawet wyłączeniem z organizacji. Otrzymujemy bardzo rygorystyczny instruktaż rozliczania pieniędzy pochodzących z darowizny, czyli datków comiesięcznych od braci w zborach, znanych pod kryptonimem „rosa”. Z zebranych pieniędzy mamy pozostawić sobie, jako wydatki na podróże. Wydatki te są limitowane, podlegają rozliczeniu na osobnym wykazie. Co miesiąc odpowiednią sumą możemy uzupełniać do posiadanego limitu. Przekroczenie limitu, wymaga pisemnego wyjaśnienia. Co miesiąc mamy prawo do pozostawienia dla siebie na cele osobiste, sto złotych, z których nie musimy się rozliczać. Nie bardzo wiem, jaka to była suma na dzień dzisiejszy, ale przypuszczam, że było to około 50 złotych współczesnych. Resztę „rosy” należało przekazać organizacji. Istniało jeszcze jedno uciążliwe rozliczenie, to miesięczne rozliczenie czasu naszej pracy w obwodzie (chodzi o rozliczenie z każdego dnia co robiliśmy), potem to rozliczenie zostało zniesione. Wikt i opierunek mamy zapewniony na miejscu w zborach i ten ciężar spadał na braci, którzy mają „przywilej” nas goszczenia. Był pewien problem z odzieżą, która ulegała niszczeniu, ale o tym później. Narazie, na kursie mamy zapewnienie, że te sprawy będą rozstrzygane indywidualnie na zasadzie, „każdemu według. potrzeb”. No cóż, jak na konspiracyjne możliwości, całkiem przyzwoicie. Otrzymujemy przydziały do obwodów, i… w teren! Pierwszy miesiąc, oswajam się z nową pracą. „Stary” sługa obwozi mnie po terenie, zapoznaje z braćmi, on jest zdającym, ja przyjmującym teren. Teraz mam możność z autopsji zapoznać się jak należy robić sprawozdania dla okręgu itp. wymogi. Na koniec miesiąca, bracia Słudzy Zborów, przywożą sprawozdania, tzw. „owoc” ze znaną nam już „rosą”. Stary sługa zapoznaje mnie ze wszystkimi i odbiera od każdego przywieziony „owoc”. Wnika w każdy szczegół i ocenia: Tak bracie: -masz wzrost w godzinach, ale nie przybyło ci głosicieli. Masz tyle samo, co w ubiegłym miesiącu, no nie postarałeś się. Czy nie udało się jeszcze coś wyrwać? Sługa Zboru przedstawia swoje możliwości i wyjaśnia, że mam jednego, ale ten jeszcze się nie nadaje, trzeba poczekać, może w przyszłym miesiącu. No, to ile planujesz głosicieli w przyszłym miesiącu? Pyta go Stary sługa, - no, może tego jednego…, oddaje „rosę”, jest wolny. Podchodzi następny delikwent. Rozmowa toczy się podobnie. Ooo, ty masz wzrost dwóch głosicieli zachwyca się „Stary” sługa, no widzisz jak ładnie? Klepie sługę zboru po ramieniu…, i godzin też więcej ciągnie dalej. A na przyszły miesiąc ile planujesz? Sługa zboru się zastanawia, trochę myśli, potem dodaje –na razie nic nie przewiduje może coś się uda, ale nie mogę gwarantować. Bez słowa odbiera „rosę”. Tak mniej więcej przebiega rozmowa z pozostałymi sługami zborów. Przygotowanie sprawozdania dla okręgu polega na zestawieniu zebranych danych. Sprawozdanie jest lekko dodatnie w godzinach, ale w głosicielach jest stagnacja. Trochę nie dobrze, powinien być wzrost komentuje mój wprowadzający, mnie w arkana tych zagadnień. Jak inni słudzy obwodów będą mieli podobne wyniki, to jakoś przejdzie, ale jak będzie inaczej, trzeba będzie wysłuchać trochę przykrości. Jedziemy na spotkanie w okręgu. Jest nas około 15 sług. Przekazanie naszego „urobku” odbywa się mniej więcej podobnie jak opisałem to wyżej, lecz trudniej przebiega wyjaśnienie, dlaczego tak mało głosicieli. No bracie L. zwraca się już do mnie brat Jan sługa okręgu. Masz tam duże zadanie na tym terenie. Tam są duże możliwości, ale trzeba trochę popracować, mamy w tobie nadzieje, że podołasz. Główna reprymenda jest dopiero w wykładzie podsumowującym. Każdy obwód podlega indywidualnej ocenie. Są wykresy, na których każdy obwód zajmuje mu swoje przynależne miejsce w zależności od wzrostu czy spadku. Od następnego miesiąca, ja będę ponosił odpowiedzialność. Obwody i Słudzy Obwodów, warci są tyle ile przyniosą do okręgu na koniec miesiąca. Łatwiej jest rozliczyć pieniądze z „rosy”. Tu wystarczy dobrze policzyć pieniądze, przedstawić wymagane rozliczenia i wszystko jest OK. Jeżeli nie masz wzrostu w głosicielach, godzinach, rozpowszechnionych publikacji, jesteś na pozycji straconej, masz przechlapane, i wcale nie jest ważne, że w ubiegłym miesiącu przy wiozłeś ileś tam więcej, to byłeś gloryfikowany i klepany po plecach przed miesiącem. W tym miesiącu się nie popisałeś, więc reprymenda ci się należy. Koniec części trzeciej
  18. 1 punkt
    Ten apologetyczny tekst Zbig’a przeczytałem z ciekawością. Wiele wydarzeń są znane mi z autopsji, niektóre sobie przypomniałem, niektóre wykorzystam do mojego tekstu, ale niektóre wydarzenia są pominięte, może „przeoczone”? Część druga Początek roku 1950-go nic jeszcze nie zwiastował, chociaż na pół obrotach działało podziemie. Czerwone światło zapaliło się już na wiosnę, gdy nastąpiło aresztowanie głównego kierownictwa w Łodzi, ze Sługą Kraju Wilhelmem Scheider’em na czele. Od tego momentu oficjalna łączność z biurem została zerwana mimo, że formalnie biuro istniało z nie pełną obsadą wprawdzie, ale jednak. Główne uderzenie nastąpiło latem w nocy 2/3 (jeżeli się nie mylę) lipca. Już od samego rana wszystkie poranne dzienniki radiowe i poranna prasa, podała jako komunikat główny, że władza ludowa tej nocy, udaremniła wrogiej i szpiegowskiej organizacji, pod przykrywką religijnej działalności, na zlecenie amerykańskich mocodawców, występujących w kraju pod zwodniczą nazwą „ Stowarzyszenie Świadków Jehowy -Badacze Pisma Świętego”. Komunikat cytuje z pamięci, więc treść może odbiegać od oryginału. Tej nocy na obszarze całej Polski, funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego oraz Milicji Obywatelskiej dokonali przeszukań wszystkich siedzib zborów, oraz aresztowań wszystkich znanych władzom działaczy. Był to pewien cios, który unieruchomił organizacje, pomimo już wcześniejszego przygotowania, ale nie na tyle, żeby nie można wykonać żadnego ruchu. Od zaraz należało policzyć straty, i odczekać na ewentualne ruchy przeciwnika. Po trzech miesiącach pozornego przyciszenia, i zebrania pewnych danych z terenów, otrzymuję od brata Janka W., wiadomość przybycia, na wskazane miejsce spotkania. Kim był Janek W. i jaką miał do odegrania rolę, opowiem w innym miejscu. Teraz zadanie było bardzo krótkie. On jedzie w jemy tylko znane miejsce, celem nawiązania łączności z nową kierowniczą komórką. Ja dostaję wytyczne do kogo mam się zwrócić i jak uruchomić plan „b”, gdyby jego misja się nie powiodła i nie wrócił wciągu trzech dni. Plan „b” nie był już potrzebny, bo Janek wrócił z bratem…? No powiedzmy Józefem. Od tego czasu przestają istnieć nazwiska, są tylko imiona i to nie zawsze prawdziwe. W zborach wstąpił nowy duch, pojawiły się nowe egzemplarze strażnicy w bardzo prymitywnym powielaczowym wydaniu, na razie jedna na zbór, ale to było już symptomem i zapowiedzią, że przygotowanie organizacji do działalności podziemnej wypaliła w miarę dobrze. Pojawienie się ”Sług Objazdowych”(ta nazwa nie była używana, to jest moje określenie, bo ci wtedy nie mieli określonego miana) pobudziło Zbory do większej witalności. Moje nowe zadanie polegało na zapewnie łączności między Zborami i przewożenie Sług do tych Zborów. W między czasie, Obwody zostały podzielone na dzielnice i wtedy otrzymałem zadanie obsługiwania jednej z takich dzielnic. Moja niwa, to obszar między Oleśnicą – Namysłowem - Kępnem – Twardogórą. Aby rozruszać takie gigantyczne dzieło, organizacja potrzebowała też odpowiedniego zaplecza. Musiały przede wszystkim ruszyć powielacze, które przezornie były już wcześniej odpowiednio rozmieszczone na obszarze Polski. Jak ta machina poligraficzna, działała, tego nie jestem wstanie opisać, ponieważ w konspiracyjnej działalności, każdy z nas znał swój przydzielony odcinek, za który odpowiadał i nie mógł się dzielić z tym z kimkolwiek, nawet jeżeli byłby to jego bezpośredni brat nadzorujący, a ten zakres nie należał do jego kompetencji. Oczywiście, wiedziałem ogólnie o zakresie tego przedsięwzięcia i jego problemach, ale to wszystko. Powielarnie, które były określane jako „piekarnie”, potrzebowały podstawowych materiałów takich jak papier, farby matryce. O te materiały było wyjątkowo trudno, bo materiały te podlegały szczególnej kontroli przez służbę bezpieczeństwa Państwa. W branżowych sklepach można było nabyć niewielkie ilości tych materiałów, ale to było kroplą w morzu potrzeb. Te materiały musiały być dostarczone do tych „piekarń” i również odbierane w nierzucający się sposób. Do większego problemu należało dostarczenie samego źródłowego tekstu redakcyjnego. Tekst, który powstawał tu w Polsce, nie przysparzał większych trudności, trudnością było sprowadzenie tekstu z zagranicy –Brooklyn’u, co wymagało już pewnego zabiegu. Strażnica, a raczej jej tekst, nie był redagowany tu w Polsce. Oryginalne Strażnice w dwóch wersjach językowych, polskim i angielskim przez Berlin dostarczane były do NRD. Przemyt przez granicę był brany pod uwagę, ale ze względów bezpieczeństwa, był ograniczony, dlatego uruchomiono normalną pocztę. Na terenie Niemiec, Strażnice były rozdzierane na pojedyncze kartki i zwykłym listem przesyłane na różne adresy w Polsce (każda pojedyncza kartka do innego odbiorcy). Tu w kraju były łączone i odpowiednio obrabiane poligraficznie. Jako ciekawostką jest to, że tu w Polsce nie wykorzystywano oryginalnej Strażnicy w polskiej wersji językowej, lecz korzystano z wersji angielskiej i tłumaczonej tu przez polskich tłumaczy. Niestety taka działalność była narażona na wpadki, i takie wpadki się zdarzały. Tu i ówdzie, taką „piekarnie” władze czasem wykryły. Był to chwilowy uszczerbek, ale nigdy nie sparaliżowało to działalności na większa skalę. Wpadali kurierzy, wpadali też i terenowi działacze, wpadłem też i ja. Pierwszą wpadkę zaliczyłem w dniu 2 listopada 1952 roku. Miałem szczęście wyzbyć się przedtem wszelkiej trefnej literatury i innych niewygodnych notatek, adresów itp. Przekazano mnie do Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, w skrócie –„UBP”. Ten powszechnie znany skrót tej instytucji, nie kojarzył się nikomu zbyt przyjemnie. Nie będę opisywał w szczegółach tego „miłego” tam pobytu, bo miałem trochę trudności w „przekonaniu” tych „smutnych” panów, z jakiego powodu, znalazłem się tak daleko od mojego miejsca zamieszkania. We wciskany im kit o tym, że przyjechałem do narzeczonej (w domu, w którym mnie zatrzymano była młoda dziewczyna- „siostra”), nie mieli zamiaru uwierzyć, bo jakże to możliwe szukać narzeczonej w takiej odległości, jakby bliżej nie było dziewcząt, a dodatkowo „narzeczona” nie zna mojego nazwiska. Wreszcie ci „smutni” panowie, doszli do wniosku, że lepiej będzie, gdy „uwierzą” w moje bajery i zwolnią mnie, ale dadzą mi „ogon”. Była to, jak się domyślam decyzja przedstawiciela wojewódzkiego funkcjonariusz UBP z Wrocławia, który przeprowadził zemną „przydługą” rozmowę. Rzeczywiście po wyjściu, „ogon” towarzyszył mi na każdym kroku, musiałem przycichnąć, jak i ograniczyć kontakty. Były też inne powody wynikające z ostrożności organizacji, była to swoista kwarantanna mająca na celu przetestowania osobnika, czy jest „czysty”. Musiało upłynąć jeszcze około sześć miesięcy, gdy z pewną ostrożnością włączyłem się od nowa w działalność. Od tej chwili zaczyna się drugi rozdział mojej konspiracyjnej działalności w organizacji. Na drodze stanęła poważna alternatywa. Jesienią 1953 roku otrzymałem powołanie do odbycia zaszczytnej służby wojskowej w obronie Ludowego Państwa Polskiego. Po odpowiedniej rozmowie w kręgu organizacji, miałem do wyboru właściwie trzy możliwości. Iść i odsłużyć zaszczytną służbę, co równałoby się z wykluczeniem z organizacji i narazić się na ostracyzm, oddać się w paszcze lwa i odsiedzieć, czym Polska Ludowa bogata, lub? Wybrałem to „lub”. Paszczę lwa zostawiłem na okres późniejszy, na zasadzie, co ma wisieć nie utonie. Więc to „coś” zaczęło na mnie wisieć i tak sobie wisiało. Dostałem inny teren działania, gdyż na poprzednim byłem spalony. Nowy teren to mniej więcej Kluczbork – Olesno – Krzepice. Zadanie takie samo jak poprzednio. Późną jesienią lub wczesną zimą na przełomie 1953/54 otrzymałem polecenie wyjazdu na organizowany kurs dla Sług Obwodów. Wyznaczonym dniu miałem dojechać i wysiąść na stacji kolejowej Bukowno. W Katowicach, przepraszam w Stalinogrodzie na holu dworca spotykam Janusza Scheider’ra, syna Sługi Kraju, który odsiadywał już wyrok dożywotniego więzienia za szpiegostwo i wywrotową działalność w kraju na, zlecenie imperializm amerykańskiego. Prokurator żądał dla niego kary śmieci, ale sąd ostatecznie zesłał go na dożywocie. Porozumiewamy się bez słów, ale nie witamy się w obawie, czy nie mamy przypadkowo „ogonów”, szczególnie Janusz taki ogon mógł ciągnąć za sobą. W pociągu wchodzimy do tego samego przedziału. Wydaje się nam, że „ogonów” niema, i rzeczywiście, nie było. Nigdy nie miałem sposobności rozmawiać z nim osobiście dłużej mimo, że znaliśmy się już od dość dawna. Byłem przekonany, że jadę z wielkim autorytetem, bo nazwisko raczej do tego by skłaniało, tymczasem w rozmowie Janusz okazał się bardzo zwykłym młodym chłopakiem, ze wszystkimi przypadkami, jakie przysługują temu wiekowi. Był moim rówieśnikiem, miał te same rozterki, te same nurtujące go niepewności i też nie znał wszystkich odpowiedzi na stawiane sobie pytania. Wdaliśmy się w zawiłe dociekania, oczywiście na tyle „zawiłe”, ile mogą dysponować wiedzą dwudziestoletni młodzieńcy, którzy odkrywają świat na nowo i mających własną wizję. Zaimponował mi bardzo, kiedy odpowiedział po prostu NIEWIEM. Koniec części drugiej
  19. 1 punkt
    Zwykły czy niezwykły, iest odczuciem subiektywnym. Ale sam fakt, że czynni członkowie organizacji Ś. J. muszą dowiadywać się o historii swoich korzeni dopiero od banity, jest bardzo smutne. Niestety to jest fakt oczywisty jakby powiedział pewien polityczny klasyk. Spotykałem się z kilku Ś. J. oczywiście nie zdradzając swojej przeszłości. Wsyscy mieli poprostu mgliste pojęcie wogóle, a niektórzy nie mieli nawet zwykłego pojęcia. Nie dziwi więc, że są ciekawi. Obawiam się tylko, czy taka ciekawość może wyjść na dobre. Pozdrawiam
  20. 1 punkt
    Dziękuje za podpowieź. rzeczywiście Adach Zygfryd Pozdrawiam Bardzo mi przykro, że o tych czasach niemożesz się dowiedzieć od organizacji, tylko zwykły banita musi to wykonać Pozdrawiam
  21. 1 punkt
    Dla katolika i chrześcijanina są absurdalne, bo... dotykają tego co dla niego najważniejsze.
  22. 1 punkt
    Mimo kontrowersyjności, tematy Jacka pomagają nam sobie uświadomić podstawy naszych przekonań, niestety stwierdzam otwarcie, że ten test często nie wypada dla nas pomyślnie i nawet oponenci Jacka w zasadzie nie są w stanie obalić jego hipotez.
  23. 1 punkt
    Jacek podaje inne spojrzenie na Biblię i to pobudza niektórych do myślenia, szkoda, że nie wszystkich.
  24. 1 punkt
    Ja celu też nie rozumiem, ale pewna logika za tym stoi. Wychowaliśmy się w kulturze chrześcijańskiej i czasem łykamy wszystko jak pelikany - od dziecka wciśnięci w pewne tory rozumowania. A słowa biblijne nie zawsze są tak jednoznaczne.
  25. 0 punktów
    Moja zona pracowala 2 lata wczesniej z ta zamordowana siostra.. Znalismy cala rodzine..Dzieciaki przesympatyczne.. Echhh...