Ranking


Popularna zawartość

Wyświetla najczęściej polubioną zawartość od 22.09.2017 uwzględniając wszystkie działy

  1. 5 punktów
    No jak nie lubić tego miejsca skoro wątek z deizmu/panteizmu/agnostycyzmu/wiary i tak schodzi na temat miłości, alko i seksu
  2. 5 punktów
    Jak to przez przypadek można spotkać siostrę w wierze!!! Jesteśmy w tej samej religii Lilka!
  3. 5 punktów
    a może zastanówmy się nad tym dlaczego mimo wszystko wracamy na to forum, widzę że sporo osób wraca, w tym ja też się odczepić nie mogę. W moim przypadku to jest chęć bycia z ludźmi którzy byli w sekcie, byłam na różnych wykladach, czytam książki na ten temat itd. Wracam tu i mimo wszystko czuję się jak w domu, jak wśród tak różnych swoich. Gandalf kiedyś napisał, że nie ma żadnych my, oczywiście abstrahuję od kontekstu, a ja czuję dziwną wspólnotę, choć a może mimo tego że jesteśmy różni, wspólnotę przeżyć tak bym to nazwała. Dlatego mam w nosie czy wierzycie czy nie, ważne że jesteście. Kocham to forum i tyle w temacie. A jak już lila coś napiszę to jak balsam dla mojej duszy. I zupełnie nie wiem czy lila jest wierząca, chyba nie ale to nie ma znaczenia. Ludzie to wspaniale że jesteście dzięki Wam napisałam to wszystko co napisałam i parę osób nie weszło do sekty moona. To naprawdę wielka wartość!! A ile nie zostało świadkami?!
  4. 5 punktów
    Jak odchodziłam z wts'u, to wcale mi nie przeszkadzał ani ateizm, ani spory. Po prostu omijałam tematy, których treść była dla mnie bez sensu / drażliwa / nie na ten moment. Ani wtedy, ani teraz nie czułam przymusu by je czytać, albo się w nich wypowiadać. Nigdy też nie czułam by ktoś obraził moje uczucia religijne, mojego Boga. To chyba kwestia dystansu do siebie, do innych, do świata. A Bóg, jeśli istnieje, jest ponad to, co się dzieje na forum.
  5. 5 punktów
    Zgadzam się z Antykieratem co do ateizmu na forum. ja się tym nie przejmuję bo mam dużo dystansu do swojej wiary ale jest wiele osób czułych na tym punkcie. Ja tam czuła nie jestem, więc mi to nie przeszkadza. Mam to szczerze mówiąc gdzieś. Wiara to dla mnie osobista sprawa. Osobiście bardziej mnie interesują Wasze przeżycia w sekcie i porównuję je z moimi. A co do sporów teologicznych itp. to mam już swoje lata i swoje poglądy a z wiekiem się tak łatwo ich nie zmienia ponoć. Witaj z powrotem Dreamer.
  6. 4 punkty
    Jestem wierząca. Wierzę, że ludzie są z gruntu dobrzy. Wierzę w miłość.
  7. 4 punkty
    No bo ileż można uprawiać cybersex?
  8. 3 punkty
    Ja jestem osobą która jeszcze korzystała ze Straznic z tamtych lat ... I nie pamiętam by bracia snuli czy spekulowali o końcu vtego systemu rzeczy bez jakiejś kolwiek podstawy. A podstawą była zwykle literatura i zawarte w niej treści m. Inn. O długości życia pokolenia które pamięta rok 1914. Nie ma to jak z ludzi robić wariata że im się coś ubzduralo a nie ze im się to wpajało jako pewnik.
  9. 3 punkty
    Pozdrawia Was także Małgorzata dawniej znama tu jako Storge , dziś. nawet więcej rozmarzona nizeli onegdaj , jednak niezbyt romantyczna i nie taka już naiwna ale za to coraz młodsza duchem ..... i w sumie cialem też.
  10. 3 punkty
    Pozdrawia Was Marek, dawniej znany tu jako Megagelon, dziś już nieco mniej rozmarzony, ale wciąż romantycznie naiwny i pijany
  11. 3 punkty
    Nie, po prostu nowi użytkownicy nie chcieli siedzieć z ludźmi mojego pokroju i kręconą w nieskończoność gównoburzą, a woleli miejsce moderowane silną ręką i tematycznie wyprofilowane. Stąd sukces bratniego forum.
  12. 3 punkty
    Albo wykorzystał okazję i przeprowadził testowe zamknięcie odbytów.
  13. 3 punkty
    Ale ja nigdy nie miałam ambicji, by spełniać twoje oczekiwania, cię zabawiać czy sprawiać jak Vin, byś poczuła podmuch wiatru na siurku. Znów worms w natarciu.
  14. 2 punkty
    To był 13sty Nunkowy zlot. Na kazdym ucze siec czegos nowego ... Ciekawe co przyniosą kolejne... Az strach pomyśleć a może wcale nie strach.
  15. 2 punkty
    Lol no wlasnie niektorzy twierdza ,ze na psy Ale to nie prawda
  16. 2 punkty
    Chyba nie sądzisz, że ateiści zaczną przytakiwać teistom tylko po to, by nie robić im przykrości. Przesadzasz z tym ośmieszaniem światopoglądu innych i gloryfikacją własnego. Statystycznie mamy tu chyba najwięcej poszukujących agnostyków i pokornych ateistów świadomych tego, że zrozumienie rzeczywistości ich przerasta, więc chrzanić to, czy wielką niewiadomą nazwie się Bogiem czy określi jakimś naukowym terminem. W zasadzie zarejestrowałam tu tylko jednego użytkownika uprawiającego taki stereotypowy, schematyczny, bezmyślny ateizm. Ale wierzący tak już mają, że wieczne czują się jak nie prześladowani, to niedoreprezetowani.
  17. 2 punkty
    Pamiętam moje dyskusje z Drabem i pewnie jeszcze kilkoma innymi osobami. Wyniosłem z nich taką naukę, że w pewnym momencie nie ma sensu dyskutować, bo to psuje relacje z ludźmi o odmiennych poglądach. Na dodatek poglądach, nie mających wpływu na życie, na bycie dobrym, fajnym człowiekiem. Więc po co? Ale rozumiem, że dla odchodzących świeżo od Świadków ludzi zderzenie z dominującym tutaj ateizmem (jeżeli tak rzeczywiście jest) może być szokiem blokującym im wejście tutaj i skorzystanie z doświadczeń i wiedzy pisanej przez wiele naprawdę madrych osób tutaj.
  18. 2 punkty
  19. 2 punkty
    Pozamiatane. Szanownym Userom @Sebastian i @antykierat przypominam uprzejmie o tym wątku, gdzie możecie sobie wylewać na siebie pomyje we wszystkich kolorach tęczy Póki co proszę, na ile to możliwe, o trzymanie się tematu. W ramach pokuty proszę przeczytać pierwszych pięć rozdziałów "Księgi Liczb"
  20. 2 punkty
    Potwierdzam. Nie znosiłam takich tasiemcowatych modlitw. Niektórzy uznawali za stosowne opowiedzieć Bogu w modlitwie całe zebranie. Oczywiście oprócz tych obowiązkowych zwrotów. Czasami to było jakby drugie zebranie. Takie streszczenie dla Boga. Na wypadek gdyby się zagapił ni nie śledził zebrania. No ale może być coś na rzeczy, bo Bóg ma wiele spraw do ogarnięcia. Oprócz standardowego zaglądania w serca, śledzenia pogody i nawiewania piasku na budowy sal królestwa, swym przenikliwym boskim okiem podgląda masturbantów i ściągających na klasówkach. Także ten... takie streszczenie zebrania jest git, bo od razu ma wszystko w komplecie z dziękczynieniem i błaganiem.
  21. 1 punkt
    Pewnie, że się czepiacie. Każdy taki tekst z natchnionej przez Boga literatury powinien być balsamem dla odstępczej duszy, wszak upewnia nas w naszej niewierze. Gdyby wszystko było ok., człowiek by się zamartwiał co rano przy jajecznicy, a nuż śJ mają rację, lada dzień przyjdzie armagedon a potem ten piekielny raj. A tak jego władze poznawcze mogą olać kiczowatą makabreskę i skupić się na jajecznicy.
  22. 1 punkt
    Komitet Dwunastu? - Co to za twór? Okres historii Świadków Jehowy w Polsce po 1950-tym roku ubiegłego wieku jest ciągle do końca nie rozpoznany pomimo że już wiele szczegółów znamy, to ciągle istnieją znaki zapytania. Nigdy nie udało nam się zakończyć rozpoczętego rozpoznania ponieważ zawsze istnieją przeszkody niepozwalające postawić kropki nad „i”. Znany w tamtym okresie tzw. „Komitet Dwunastu”, jest jednym takim przykładem, który wtedy był odmieniany we wszystkich przypadkach, tudzież przyklejany każdemu – na kogo przypadnie … na tego bęc. Ponieważ pojawiła się jak gdyby nowa nieznana dotąd wiedza (?), postanowiłem powrócić do tego dziwacznego tworu. Jak zwykle bez ostatecznego rozstrzygnięcia, ze znakiem zapytania. Działalność o takiej nazwie powstała na początku lat sześćdziesiątych ub. wieku. Twór ten był wymierzony w podziemną działalność przeciw Organizacji Świadków Jehowy. Taki przynajmniej zapis znajdujemy w „Najdłuższej Konspiracji w PRL” według Jerzego Rzędowskiego. Osobiście z tworem tej nazwy zetknąłem się w połowie lat sześćdziesiątych, gdy na mój adres pocztowy dotarły w krótkich odstępach czasu trzy zwykłe korespondencje listowne sygnowane tą nazwą jako nadawcy. Nie było to dla mnie jakimś nadzwyczajnym zaskoczeniem, ponieważ o tym enigmatycznym „Komitecie Dwunastu”, w zborach było już głośno. Nazwa tego komitetu była jednak kojarzona ze zdrajcą, niejakim „Jakubem”, ale Olka jeszcze nie kojarzono w tym zestawieniu. W prawdzie Jakub Rejdych w raz ze sowim bratem Wiesławem i innymi stanął na czele komitetu, ale był to tzw. „Komitet Piętnastu” i powstał jeszcze przed późniejszą „dwunastką”, ubiegający się o zalegalizowanie zupełnie innej grupy wyznaniowej, też o charakterze „badackim”,ale bez Brooklyn-skiego namaszczenia. W jakich okolicznościach ta grupa piętnastu osób wystąpiła do władz PRL-u o tę legalizację, w miarę obszernie pisałem już w poprzednich moich wejściach na tym forum. Do „Olka” Rutkowskiego jeszcze wrócę. Jak sobie przypominam, były ostrzeżenia, aby przypadkiem żadnej literatury od tych („dwunastu”) nie przyjmować, a szczególnie strażnicy. Były też instrukcje jak tego rodzaju korespondencje odsyłać i pod żadnym pozorem jej nie czytać. Niestety, na tę okoliczność niedawno poznałem inną opowieść pochodzącą od brata z terenu Polski Wschodniej. Nie jestem upoważniony do posłużenia się jego imieniem i nazwiskiem, który opowiada swoje przeżycia pochodzące mniej więcej około roku 1965. W tym czasie był sługą obwodu, pracował pod kierownictwem sługi okręgu Mieczysławem Cyrańskim. Na postawione pytanie: - co to był za twór „Komitet dwunastu”? Ów brat po głębokim namyśle, lub przywołaniu osobistych wspomnień, nie potrafił się do tego odnieść. Przedstawił natomiast panującą wokół niego sytuację -ciekawą zresztą. Był to mniej więcej okres po przełomie, gdy udała się w polskiej Organizacji Św. J., rewolta związana z przejęciem kierownictwa przez scheiderowców po odsunięciu olkowców. W tym okresie utrzymywała się jeszcze krótko na niektórych obszarach Polski dwuwładza. Nasz brat w tym czasie był w okręgu olkowców i jak zrozumiałem, tym okręgiem kierował jeszcze sługa okręgu Mieczysław Cyrański. W tym gronie toczyły się dość istotne dyskusje dotyczące osoby Olka, ponieważ scheiderowcy wytoczyli już przeciw niemu szereg poważnych zarzutów dotyczących zdrady Organizacji, tudzież zarzutów obyczajowych. W/g naszego brata, sługa okręgu Cyrański będący, zresztą jak wielu innych sług okręgów, „podwładnym” Olka jako pierwszego w kraju, nic z tych krążących zarzutów nie potwierdzał, a nawet zdecydowanie opowiedział się w jego obronie. Wśród sług obwodów nastąpiła konsternacja ponieważ chcieli poznać rzeczywistą przyczynę powstałej sytuacji. Scheiderowcy przypuścili bardzo ostry atak przeciwko Olkowi i jego grupie. Nastąpił wyraźny rozłam wśród zborowej populacji, ale też wśród szeroko rozumianego nadzoru. Znający osobiście Olka, raczej nie uwierzyli w krążące zarzuty i zostali mu wierni. Scheiderowcy przypuścili niewybredne ataki na tą grupę obrzucając tych epitetami - zdrajców. Pomimo, że powstały grupy (komitety) mające łagodzić te konflikty i ukierunkowywać na pojednanie, grupa olkowców była wyraźnie ignorowana w tym zakresie i niedopuszczana do osób, którzy na miejscu mieli regulować i likwidować nieporozumienia i konflikty. Tyle dowiedziałem się z nagranych wypowiedzi brata B., nadesłanych mi przez brata Juliana Grzesika. Próbowałem nawiązać korespondencje mailową z br. B. Przy pomocy Juliana G., ale nic z tego nie wyszło. W prawdzie niewiele jest tu szczegółów, które były by przydatne, ale już z tej krótkiej relacji można pokusić się na pewne wnioski. Analizując to opowiadanie zastanawia mnie, dlaczego pytany brat nie potrafił odpowiedzieć nic konkretnego odnośnie „Komitetu Dwunastu”. Z innych źródeł wiemy, że Scheiderowcy obwiniali Olka o bardzo dużo bezeceństw i również przypisywano mu związanie się z „komitetem dwunastu”. W takiej głośnej sytuacji brat B. powinien cokolwiek o tym wiedzieć lub słyszeć. Tymczasem o tych zarzutach wobec Olka nic nie wspomina, natomiast opowiada jak jemu zarzucano zdradę i głośno nawet na ulicy za nim krzyczały siostry ze zboru mniej więcej tak: - oto tu idzie zdrajca! Jak wyjaśnić taką niespójność? Brat B. mimochodem, jakby zupełnie bez związku opowiada, że z tego okresu niewiele wie, ponieważ w tym czasie został zatrzymany prze MO, za niestawienie się do odbycia służby wojskowej. Tu wyjaśnia się wszystko. W tym wczesnym okresie zantagonizowane grupy widziały bezpośrednich przeciwników w swoim bezpośrednim środowisku. Olka tu nie było, a gdyby nawet, to i tak nie wielu w zborach go znało, a ponadto jak znam to z autopsji, te „porachunki” z „najwyższej półki”, w bardzo okrojonej wersji były bardzo reglamentowane i docierały raczej drogą pantoflową: - ja ci coś powiem, ale nie opowiadaj tego nikomu! Wszystkie paszkwile zarzucane Olkowi, w tym jego osobisty współudział w enigmatycznym „Komitecie Dwunastu”, pochodzą już z późniejszego okresu i rozpropagowane poprzez publikację autorstwa M. Bojanowskiego w „Wierni Jehowie” pisanej już jak można domniemywać na zapotrzebowanie wewnętrzne. Zresztą oficjalnie nic z tych zarzutów Olkowi nie zarzucono, oprócz sprawy rozporkowej, którą można było zarzucić już nie jednemu z tego samego grona „wiernych Jehowie”. Jeżeli wierzyć Jerzemu Rzędowskiemu, a nie ma powodu żeby było inaczej, ten „komitet dwunastu” jest zupełnie sztucznym tworem, pod którym to kryptonimem były fingowane przekazy mające na celu szerzyć destrukcje wśród całej świadkowskiej populacji. Mając do dyspozycji w tej chwili dostęp do tych „utworów literackich” stamtąd pochodzących, można by się pokusić na charakterystykę autora, lub autorów tych wydawnictw. Każdy autor piszący w „strażnicy” sygnowanej owym komitetem, jest anonimowy, zresztą naśladując oryginał. Na pewno nikt z tych, nigdy nie był Świadkiem Jehowy, ani też bliżej nie znał sposobu bycia, życia i obyczajów obowiązujących w Organizacji. Wszelka wiedza jest tylko teoretyczna opanowana przez kursanta na przyśpieszonych wykładach teoretycznych, są widoczne braki w opanowaniu idiomów. Po niżej (próbka) krótki fragment z tzw. „strażnicy”: >Jest faktem godnym ubolewania, że w tak ciężkich dla nas chwilach grupa prowokatorów kolportuje dokumenty, szkalujące brata Wilhelma. Nie powstrzymuje ich nawet ta okoliczność, że ten brat jest aresztowany i nie ma możliwości odpowiadać na fałszywe zarzuty. Lud Boży jednak właściwie oceni tych mącicieli i potwarców. Wśród sług Okręgów znaleźli się również tacy, którzy się cieszą z aresztowania brata Wilhelma. Nie podobała im się poprzednio surowa dyscyplina i ład Boży, wprowadzony do organizacji przez brata Wilhelma. Będą teraz w ogólnym zamieszaniu mogli ukryć spokojnie swoje kombinacje finansowe, a przede wszystkim odpisać ze stanu martwe dusze i zmniejszyć do połowy, to jest do rzeczywistych rozmiarów, statystyki wykazujące ilość głosicieli. Organizacja teokratyczna w Polsce nie ugięła się jednak pod żadnymi ciosami Goga z Magog. Ponieważ czuwa nad nią niezwyciężony, nieugięty król Jezus Chrystus i sam Jehowa Bóg. Apelujemy do wszystkich głosicieli w Polsce, aby na cele obrony brata Wilhelma każdy z nich wpłacił na ręce swojego sługi Obwodu co najmniej 100 złotych w terminie możliwie najwcześniejszym. KOMITET DWUNASTU.< Pisownia i styl pisma, nie wnikając już w samą treść, wskazuje, że autor powyższego tekstu musiał by jeszcze dużo i długo poćwiczyć, zanim udałoby mu się tę samą treść przemycić w strażnicowym stylu. Styl pisma wskazuje, że nikt z byłych Świadków Jehowy nie brał nawet udziału w komponowaniu, tudzież korekty jego treści. Jeżeli współcześnie czytam te rewelacyjne doniesienia, tzw. komitetu dwunastu, to mogę potwierdzić, że teraz wiem o czym w tamtym czasie pisali i jaki cel chcieli osiągnąć autorzy tych sensacji. Niestety, gdybym te same teksty czytał w latach sześćdziesiątych ub. wieku, żaden z tych przekazów nie zrobiłby na mnie żadnego wrażenia, a ponadto prawdopodobnie nie doczytałbym żadnej treści do końca. Jeżeli tego rodzaju pisma nawet docierały do kogokolwiek, zawsze trafiały w próżnie. Z tamtejszej zborowej populacji, w większości nikt nic nie wiedział o wydarzeniach, rozgrywających się w Organizacji na szczeblach kierowniczych kraju, a te, które doszły co najwyżej do sług zborów, były już odpowiednio tak „zmodyfikowane”, że każdy z nas „wiedział”, kto tu praw, a kto winowat. Autorom tych przekazów zależało, aby na dołach Organizacji wzbudzić trend do wyjścia z podziemia. Chodziło o zmiękczenie dołów aby przy ich pomocy zmusić decydentów do wyprowadzenia Organizacji z podziemia. Podsuwano nawet znane nazwiska, które mogłyby wykonać odpowiedni ruch w tym kierunku. Faworytem był Romuald Stawski (Romek), ale nie do odrzucenia był również Aleksander Rutkowski (Olek). W tym kontekście, można by się zastanowić, dlaczego nie postawiono na grupę radykała Stanisława Rejdycha (Jakuba). Grupa Rejdycha (Jakuba) w opisach komitetu 12, ale nie tylko, bo również Czesława Stojaka, tudzież Władysława Szklarzewicza, przedstawiano jako głównych zdrajców „ukochanego” brata Wilhelma, który z ich przyczyny został aresztowany i odsiaduje karę we Wronkach. To przecież od tych grup pochodzi słynne zapytanie skierowane do brata N. Knorra: „Dlaczego w Polsce sama myśl o legalizacji musi być pomysłem samego Szatana Diabła?” Oczywiście, odpowiedzi nigdy się nie doczekano. Wytłumaczenie jest moim zdanie bardzo proste. Wskazywanie na tych, jako uzdrowicieli Organizacji, gdzie w każdym zborze było przekazane drogą teokratyczną i każdy głosiciel wiedział, że ci od „Jakuba” byli „rzeczywistymi zdrajcami”, byłoby strzelanie sobie w piętę. Komitet 12, żeby uwiarygodnić swoją misję, musiał „lojalnie” być za, a nawet przeciw. Tego zwrotu klasyka L. Wałęsy, nie użyłem tu tylko dla podkreślenia swego rodzaju morału, ale chcę uzmysłowić, że w takiej formie szły w zaklejonych kopertach przekazy od tego zacnego komitetu. W tych przekazach te same osoby mogły być uświęcone łaską Boga Jehowy, i jednocześnie opętane przez Goga i Magoga tudzież przez samego Szatana diabła. Dla redaktorów tych tekstów taki galimatias słowny nie kłócił się ze zdrowym rozsądkiem. Jest jednak w tym całym galimatiasie >„za, a nawet przeciw”<, pewne nienaruszone tabu i to we wszystkich dostępnych dla mnie kopii dokumentów z IPN-u, w tym oczywiście „twórczości” „Komitetu 12”. I tu jak zwykle chodzi mi o bardzo znaną z tamtego okresu postać właśnie Aleksandra Rutkowskiego – Olka. Po prostu taka bliżej nie określona postać, bez wyrazu, ale zawsze istnieje w tle. Chociaż nie zupełnie...! W zupełnie rzeczowym stylu, list sygnowany podpisem „Komitet Dwunastu” z roku 1966, przedstawia sprawę Olka w orzeczeniu wysłanników z Wiesbaden. Ale żeby nie było tak zupełnie klarownie, jak zwykle, ów „komitet” jest „za, a nawet przeciw”. W liście jest krytyka o nie odpowiednim potraktowaniu podsądnego i jego grupy, natomiast z treści wynika, że „komitet” ma bardzo dobre nawiązane stosunki z nową pro scheiderowską grupą po odejściu Olka. Więcej o w/w liście napisałem tu: - https://watchtower-forum.pl/forums/topic/1957-moja-przygoda-z-organizacją/?page=58 Skąd u tych autorów, taka wielka wiedza o wnętrzu organizacyjnych perturbacjach? No cóż. W tym czasie w końcówce lat 5o-tych i początku lat 60-tych ubiegłego wieku, rozkład organizacyjny na samym szczycie zarządzania w Polsce był tak rozdygotany, że można śmiało stwierdzić iż rozłaził się w szwach. Zbyt wielu „generałów”, którzy w boju zdobywali doświadczenia i awanse, zaraz po 1956 roku zostali odstawieni przez sługę oddziału br. Wilhelma. Wielu odczuwało osobistą frustrację. Nabyte doświadczenia podczas pracy w pełnej konspiracji, od tej chwili są tylko zwykłym nieużytecznym balastem. Podejrzliwość pryncypała i niepewność swojego losu, dość sprytnie została wykorzystana przez Sb. Powstanie ściśle tajnych współpracowników tych służb wewnątrz kadry zarządzającej Organizacją, spowodowało, że bez większych zabiegów Sb., mogła przejmować każdą wiadomość na każdym etapie jej powstawania. Sb. Przejmowała wszystkie ( no prawie wszystkie ) skrytki korespondencji i (prawie) wszystkie szyfry używane z biurem strefy i centralą w Brooklynie. Można podejrzewać, iż w wyjątkowych okolicznościach, nawet ingerowała w zawartą treść w celu realizacji głównych zadań dotyczącej >Dezinformacji i Dezintegracji< przydzielonych grup wyznaniowych IV Departamentu MSW – Wydziału III-go. To tam istniała komórka pod kryptonimem >Komitet Dwunastu< Czy w tym „komitecie” zatrudniano Tw ? Bardzo w to wątpię. W tych ściśle tajnych komórkach nie było to możliwe, natomiast chętnie wykorzystywano ich donosy i chociażby pozyskiwanie adresów do których rozsyłano jakby dzisiaj można określić odpowiednio spreparowane „newsy”. O samych listach powiedzieliśmy już dużo, ale ja chciałbym się zastanowić jak pozyskiwano adresy, do których te treści dochodziły. Pozornie niby prosta sprawa, bo adresy mogły być dostarczane przez pocztę, która była penetrowana przez odpowiednie służby, Milicję Obywatelską, tudzież Urząd Meldunkowy. Niby proste jak przysłowiowy drut, ale ja jednak ten niby prosty drut trochę pokrzywię. Już kilka razy na tym forum potwierdzałem, że takie listy od tego nadawcy też otrzymałem. Adres, jak adres zwyczajny pocztowy, imię i nazwisko, miejscowość, ulica, numer domu – wszystko się zgadzało. Zwróciłem już w tamtym czasie na pewien szczegół, ale wtedy przeszedłem do porządku jako nieistotny detal. Dziś, gdy ten temat analizuję, postanowiłem zastanowić się nad tym jeszcze raz. Ponieważ metrykalne prawidłowe moje imię to: - Leonard, i gdyby mój adres został dostarczony do tej „instytucji” przez, którykolwiek z w/w urzędów, takie imię powinno być w adresie. Tymczasem w adresie widniało imię – Leon. Na pewno nie było to imię celowo zdrobnione. Tym imieniem posługiwałem się przez cały okres mojej obecności w Organizacji, począwszy od pierwszych kroków nowicjatu, aż do samego opuszczenia, a konkretnie do chwili wyrzucenia mnie. W międzyczasie nie posługiwałem się żadnym pseudonimem, gdy przez pięć lat udzielałem się pełno czasowo w konspiracyjnej działalności, zawsze rozpoznawalny byłem pod tym imieniem. Nawet wielu w zborze macierzystym nie znało mnie pod imieniem metrykalnym, chociaż z nazwiska to już tak. Wniosek nasuwa się sam. Organizacja na każdym szczeblu była nasycona pozyskanymi tajnymi współpracownikami Sb. Stąd „komitet 12” czerpał dane o wszystkim co działo się w każdej komórce organizacyjnej i uzyskiwał wykazy adresów do potencjalnych adresatów. Pośredni wniosek byłby taki, że ów enigmatyczny „komitet dwunastu”, wbrew starszyźnie krajowej, w odpowiednim czasie, w znacznej mierze stał się późniejszym przyczynkiem wyjścia Organizacji spod ziemia. Czy na podstawie powyższego, zbliżyliśmy się do wyjaśnienia tego epizodycznego, ale w Organizacji drażliwego wątku? - Nie wiem!
  23. 1 punkt
    Cześć i czołem, to znowu ja, ale jakby od nowa... Założyłbym nowego nicka, ale to chyba wbrew regulaminom...? Chciałbym się troszeczkę odciąć od dawnych moich postów, pogadać normalnie, po ludzku, pocieszyć się Wami i Waszą obecnością. Nie da się wyciąć z życiorysu kilkunastu lat przeszłości, one jednak wciąż gdzieś w środku siedzą. Nikt tak jak Wy tutaj nie zrozumiecie tego kawałka mnie. Dlatego zapraszam do zaczepiania mnie, chętnie spotkam też na żywo w W-wie, gdyby ktoś miał ochotę podyskutować o tym, jak to jest z tymi Świadkami, odchodzeniem od nich, układaniem sobie życia "po" albo pofilozofować czy nawet pogadać o dyrdymałach. Pozdrawia Was Marcin, dawniej znany tu jako Dreamer, dziś już nieco mniej rozmarzony, ale wciąż romantycznie naiwny
  24. 1 punkt
    wysmarowałam posta jak się patrzy a tu mi baterii zabrakło i poszło w komin Robercie tak się cieszę że znów tu jesteś, ja wiem każdy jest na innym etapie dojrzałości Ty widać już tego forum nie potrzebujesz rozumiem a gdzie się podział Augustus? tego nie wiemy niestety bardzo Ci współczuję tego co przeżyłeś, przytulam wirtualnie dałeś radę jednak jesteś dzielny jak dzieci Twoje? a może już się szykujesz do bycia dziadkiem?
  25. 1 punkt
    Jakim cudem............i ile to kosztuje
  26. 1 punkt
    Możesz powspominac to co dobre miłe szlachetne - możesz to zrobić z dziećmi wszystkie te sytuacje ktore są ich i jej historią jesli Szymon - chyba tak ma na imię Twój syn coś pamięta możesz utrwalać te wspomnienia, mówić im o tym jakie widzisz w nich podobieństwa do matki jaka była co było dla niej wazne czego pragneła dla swych dzieci co cieszyło by ją w ich dzisiejszym życiu itp itd
  27. 1 punkt
    I nikt nam nue zabrania w niej być kapłankami
  28. 1 punkt
    witam was siostry, ja też należę do tego samego "kościoła"
  29. 1 punkt
    Szalom Bracia i Siostry, Czytam sobie spokojnie, jak pogodzony z życiem człowiek, Metro 2033 Dmitrija Głuchowskiego (polecam). W skrócie to świat, po wojnie nuklearnej, w którym niedobitki ludzkości schowały się w moskiewskim metrze i walczą o przetrwanie. W trakcie misji głównego bohatera Artema, przemierzającego labirynt Metra, napotyka on pewną sektę, która znana jest nam wszystkim. Nie są to jakieś odkrywcze spostrzeżenia. Ale zabawna jest sytuacja, w której Jehowi po zagładzie nuklearnej twierdzą, że to był Armageddon i oczekują na rychłe zbawienie. Głuchowski jest Rosjaninem i widać, że dość solidnie zna Świadków, co każe sądzić, że Rosjanie jednak bardziej odporni są na psychomanipulację amerykańską. Nigdy nie natknąłem się na tak długą wzmiankę o Świadkach w bardzo popularnej powieści. Trochę mnie to urzekło i postanowiłem podzielić się tym, w jedynym miejscu, w którym może to kogoś zainteresować. Wklejam poniżej fragment, jak jest zainteresowanie to wkleję więcej. Żeby zakończyć wyprawę trzeba po prostu przestać iść. Ale teraz, w jasnym świetle obudzonej świadomości, myśl ta wydała mu się banalna, żałosna, nie zasługująca na uwagę. Żeby zakończyć wyprawę, trzeba przestać iść? No, jasne. Przestań iść, i twoja wyprawa się skończy. Nic prostszego. Tylko czy to jest wyjście? I czy to jest zakończenie wyprawy, do którego dążył? Często bywa, że myśl, która we śnie wydawała się genialna, po przebudzeniu okazuje się bezmyślnym połączeniem słów… – O umiłowany bracie! Nieprawość jest na twym ciele i w twojej duszy – usłyszał głos wprost nad sobą. To było dla niego tak nieoczekiwane, że i odzyskana myśl, i gorycz rozczarowania po jej odzyskaniu, błyskawicznie się rozpłynęły. Nie pomyślał nawet, żeby zwrócić uwagę na swoje otoczenie, tak bardzo już przywykł do tego, że ludzie rozbiegają się na wszystkie strony jeszcze zanim uda mu się powiedzieć chociaż słowo. – Przygarniamy wszystkich porzuconych i ubogich – ciągnął głos, brzmiał tak miękko, tak uspokajająco, tak łagodnie, że Artem nie wytrzymał, najpierw kątem oka popatrzył w lewo, potem rzucił ponure spojrzenie w prawo, bojąc się odkryć tam kogoś innego, do kogo zwraca się mówiący. Ale w pobliżu nikogo więcej nie było. Ten ktoś mówił do niego. Wtedy powoli podniósł głowę i napotkał wzrok niewysokiego, uśmiechniętego mężczyzny w obszernym kitlu, jasnowłosego i rumianego, który przyjaźnie wyciągał do niego rękę. Jakiekolwiek współczucie było teraz Artemowi potrzebne niczym tlen, więc z nieśmiałym uśmiechem też wyciągnął dłoń. „Dlaczego on ode mnie nie ucieka jak wszyscy pozostali?” – pomyślał Artem. „Jest nawet gotowy ścisnąć mi rękę. Dlaczego sam do mnie podszedł, kiedy wszyscy dookoła starają się być ode mnie jak najdalej?” – Pomogę ci, mój bracie! – ciągnął rumiany. – Ja i moi bracia damy ci schronienie i wrócimy ci twoje duchowe siły. Artem kiwnął tylko głową, ale jego rozmówcy starczyło i to. – Więc pozwól mi zabrać cię do Wieży Strażniczej, o umiłowany bracie – zapiał, i mocno łapiąc Artema za rękę, pociągnął go za sobą. Artem nie pamiętał drogi, zresztą nie starał się jej pamiętać. Zrozumiał tylko, że ze stacji poprowadzono go do tunelu, ale który z czterech to był, nie wiedział. Jego nowy znajomy przedstawił się jako brat Timofiej. Po drodze, zarówno na szarej, niepozornej Sierpuchowskiej, jak i w ciemnym głuchym tunelu, zdawał się mówić praktycznie bez przerwy: – Raduj się, o umiłowany bracie, albowiem spotkałeś mnie na swej drodze, i odtąd wszystko odmieni się w twoim życiu. Skończył się nieprzenikniony mrok twej tułaczki bez celu, albowiem wyszedłeś ku temu, który szukał. Artem nie najlepiej rozumiał, co ten miał na myśli, bo szczerze mówiąc jego tułaczka była daleka od zakończenia, ale zaróżowiony, błogosławiony Timofiej mówił tak zgrabnie i tkliwie, że chciało się go słuchać i słuchać, mówić z nim jednym językiem, dziękować mu za to, że nie odepchnął Artema, kiedy odwrócił się od niego cały świat. – Wierzysz ty w Boga prawdziwego, jedynego, bracie Artemie? – niby przypadkowo zainteresował się Timofiej, patrząc Artemowi wnikliwie w oczy. Artem mógł tylko odpowiedzieć nieokreślonym ruchem głowy i niewyraźnym burknięciem, co można było zinterpretować jak się chciało: i jako zgodę, i jako przeczenie. – To dobrze, to przecudownie, bracie Artemie – gruchał Timofiej – jedynie prawdziwa wiara wybawi cię od wiecznych mąk piekielnych i zapewni ci odkupienie twoich grzechów. Dlatego – zrobił surową i uroczystą minę – bo nadchodzi królestwo Boga naszego Jehowy, i wypełniają się święte biblijne proroctwa. Studiujesz Biblię, bracie? Artem znów coś mruknął, ale tym razem rumiany popatrzył na niego z pewnym powątpiewaniem. – Kiedy przyjdziemy do Strażnicy, przekonasz się na własne oczy, że badanie Świętej Księgi podarowanej nam z góry jest konieczne, i wielkie dobra spływają na tych, co wrócili na ścieżkę prawdy. Biblia to drogocenny dar Boga naszego Jehowy, można ją tylko porównać do listu miłującego ojca do swoich dziatek – dodał brat Timofiej na wszelki wypadek. – Wiesz, kto pisał Biblię? – nieco surowo zapytał Artema. Artem stwierdził, że nie ma sensu dalej udawać, i szczerze pokręcił głową. – O tym, jak i o wielu innych rzeczach, opowiedzą ci w Strażnicy, i otworzą się twoje oczy – przyrzekł mu brat Timofiej. – Wiesz, co powiedział Jezus Chrystus, syn Boży, swoim wyznawcom w Laodycei? – widząc, że Artem ucieka wzrokiem, pokręcił głową z łagodnym wyrzutem. – Jezus rzekł: „Zalecam wam kupić u mnie maść na oczy, byście wtarli ją w oczy i mogli widzieć”. Lecz Jezus mówił nie o chorobie ciała – podnosząc palec wskazujący podkreślił brat Timofiej, i zawiesił głos z rosnącą, intrygującą intonacją, która obiecywała żądnym wiedzy zadziwiający ciąg dalszy. Artem natychmiast wyraził żywe zainteresowanie. – Jezus mówił o ślepocie duchowej, którą koniecznie trzeba uzdrowić – rozwiązał zagadkę Timofiej. – Tak ty, jak i tysiące innych, którzy pobłądzili, wędrujecie na oślep, albowiem jesteście ślepi. Lecz wiara w prawdziwego Boga naszego Jehowę, to ta maść na oczy, od której twe powieki otworzą się szeroko i ujrzysz świat takim, jaki jest, albowiem fizycznie jesteś widzący, lecz duchowo ślepy. Artem pomyślał, że maść na oczy bardzo by mu się przydała jakieś cztery dni wcześniej. Ponieważ nic nie odpowiadał, brat Timofiej uznał, że ta skomplikowana idea wymaga przemyślenia, i przez jakiś czas milczał, pozwalając mu pojąć to, co usłyszał. Ale po pięciu minutach błysnęło przed nimi światło, i brat Timofiej przerwał rozmyślania, by oznajmić radosną wieść: – Widzisz te ogniki w oddali? Oto jest Strażnica. Dotarliśmy! Niczego, co przypominałoby strażnicę tu nie było, i Artem poczuł lekkie rozczarowanie. Był to zwykły, stojący pośrodku tunelu pociąg, którego reflektory świeciły słabo w ciemnościach, oświetlając najbliższe piętnaście metrów. Kiedy brat Timofiej i Artem zbliżyli się do pociągu, z kabiny maszynisty wyszedł im na spotkanie otyły mężczyzna w takim samym kitlu, objął rumianego i również zwrócił się do niego „umiłowany bracie”, z czego Artem wywnioskował, że jest to raczej figura retoryczna niż wyznanie miłosne. – Kim jest ten młodzieniec? – uśmiechając się czule do Artema, niskim głosem spytał grubas. – To Artem, nasz nowy brat, który pragnie razem z nami iść drogą prawdy, studiować Pismo Święte i wyrzec się Szatana – wyjaśnił rumiany Timofiej. – Tak więc pozwól stróżowi Strażnicy powitać cię, ukochany bracie Artemie! – zahuczał gruby, i Artema znów uderzyło, że i on jakby nie wyczuwa tego nieznośnego smrodu, który przenikał obecnie całą jego istotę. – A teraz – zagruchał brat Timofiej, kiedy nieśpiesznie sunęli przez pierwszy wagon – zanim jeszcze wejdziesz na spotkanie braci do Sali Królestwa, powinieneś oczyścić swoje ciało, albowiem Jehowa nasz czysty jest i święty, i oczekuje on, by jego wyznawcy zachowywali duchową, moralną i fizyczną czystość, a także czystość myśli. Żyjemy w nieczystym świecie – ze smutną miną obejrzał ubranie Artema, które faktycznie znajdowało się w opłakanym stanie – i aby zachować czystość w oczach Boga, konieczne są z naszej strony poważne starania, bracie – zakończył i wepchnął Artema do wyłożonej plastikowymi płytkami klitki, urządzonej niedaleko wejścia do wagonu. Timofiej poprosił go, żeby się rozebrał, a potem wręczył mu wydzielającą mdły zapach kostkę szarego mydła i jakieś pięć minut polewał go wodą z gumowego węża. Artem starał się nie zastanawiać, z czego było zrobione mydło. W każdym razie, nie tylko ścierało skórę, ale też likwidowało ohydny zapach, którym przesiąkło jego ciało. Po zakończeniu procedury brat Timofiej wydał Artemowi względnie świeży kitel, podobny do własnego, i spojrzał z dezaprobatą na zawieszoną na jego szyi łuskę, widząc w niej pogański talizman, ale ograniczył się tylko do pełnego wyrzutu westchnienia. Zadziwiające było też to, że w tym dziwnym pociągu, który od nie wiadomo kiedy tkwił pośrodku tunelu i służył teraz braciom jako schronienie, jest woda i to pod takim ciśnieniem. Ale kiedy Artem zainteresował się, co to za woda płynie ze szlauchu i jak udało się skonstruować takie urządzenie, brat Timofiej uśmiechnął się tylko zagadkowo i oznajmił, że chęć służenia Jehowie naprawdę skłania ludzi do postępków heroicznych i chwalebnych. Wyjaśnienie było więcej niż mętne, ale Artem musiał się nim zadowolić. Potem przeszli do drugiego wagonu, gdzie między twardymi bocznymi ławkami były wstawione długie stoły, obecnie puste. Brat Timofiej podszedł do człowieka, który krzątał się nad wielkimi parującymi garami, z których unosił się kuszący zapach, i wrócił z dużym talerzem jakiejś papki, która okazała się zupełnie zjadliwa, chociaż Artemowi do końca nie udało się określić jej pochodzenia. Kiedy pośpiesznie nabierał wytartą aluminiową łyżką gorącą polewkę, brat Timofiej obserwował go z tkliwością, nie przepuszczając okazji, by wtrącić: – Nie myśl, że ci nie wierzę, bracie, ale twoja odpowiedź na moje pytanie o wiarę w Boga naszego brzmiała niepewnie. Czyżbyś mógł wyobrazić sobie świat, w którym Go nie ma? Czyżby nasz świat mógł powstać sam z siebie, a nie zgodnie z Jego mądrą wolą? Czyżby nieskończona różnorodność form życia, całe piękno ziemi – objął podbródkiem jadalnię – wszystko to mogło powstać przypadkiem? Artem obrzucił uważnym spojrzeniem wagon, ale nie dostrzegł w nim innych form życia, oprócz nich samych i kucharza. Znów pochylił się nad miską i wydał tylko sceptyczny pomruk. Wbrew jego oczekiwaniom, jego niezgoda wcale nie zmartwiła brata Timofieja. Przeciwnie, wyraźnie się ożywił, i jego różowe policzki rozpalił czupurny, bojowy rumieniec. – Jeśli to nie przekonuje cię o Jego istnieniu – ciągnął energicznie brat Timofiej – to pomyśl o czymś innym. Przecież jeśli w tym świecie nie przejawia się Boska wola, to znaczy… – jego głos urwał się, jakby ze strachu, i dopiero po długiej chwili, podczas której Artem kompletnie stracił apetyt, zakończył: – Przecież to znaczy, że ludzie są pozostawieni sami sobie, i w naszym istnieniu nie ma żadnego sensu, i nie ma żadnego powodu, by je przedłużać… To znaczy, że jesteśmy całkiem sami, i nie ma komu się o nas troszczyć. To znaczy, że jesteśmy pogrążeni w chaosie, i nie ma najmniejszej nadziei na światło w końcu tunelu… W takim świecie życie jest straszne. W takim świecie żyć się nie da. Artem nic mu nie odpowiedział, ale te słowa skłoniły go do zadumy. Do tej pory widział swoje życie jako kompletny chaos, jako zlepek przypadków, pozbawionych związku i sensu. I chociaż mu to ciążyło, i pokusa, by uwierzyć w jakąkolwiek prostą prawdę, która nadałaby jego życiu sens, była wielka, uważał to za małoduszność, i sam, przez ból i wątpliwości, umacniał się w poglądzie, że jego życie nikomu innemu nie jest potrzebne, że każdy powinien sam przeciwstawić się absurdowi i chaosowi egzystencji. Zupełnie jednak nie miał ochoty kłócić się teraz z miłym Timofiejem. Nastąpił syty, spokojny, błogi stan, Artem czuł szczerą wdzięczność wobec człowieka, który zabrał go, zmęczonego, głodnego, śmierdzącego, ciepło z nim porozmawiał, a teraz go nakarmił i dał mu czyste ubranie. Chciał mu w jakikolwiek sposób podziękować, i dlatego, kiedy ten przywołał go do siebie obiecując zabrać go na spotkanie braci, Artem niezwykle ochoczo poderwał się z miejsca, całym sobą pokazując, że z największą przyjemnością pójdzie właśnie na to spotkanie, i w ogóle gdzie tylko Timofiej będzie chciał. Na spotkania wydzielony był sąsiedni, trzeci z kolei wagon. Cały był wypełniony ludźmi o najróżniejszej powierzchowności, w większości ubranych w te same kitle. Pośrodku wagonu znajdował się niewielki podest, tak że stojący na nim człowiek wznosił się o pół metra ponad resztę, głową dotykając prawie sufitu. – To ważne, żebyś teraz wszystko słyszał – mentorskim tonem powiedział do Artema brat Timofiej, delikatnie torując drogę i ciągnąc go za sobą w najgęstszy tłum. Mówca był dosyć stary, na pierś opadała mu szlachetna siwa broda, a głęboko osadzone oczy niewiadomego koloru patrzyły mądrze i spokojnie. Jego twarz, ani chuda, ani okrągła, pokryta była głębokimi zmarszczkami, lecz wyrażała nie starczą niedołężność i słabość, a mądrość i niepojętą siłę. – Starszy Jan – głosem pełnym czci szepnął do Artema brat Timofiej. – Masz duże szczęście, bracie Artemie, kazanie dopiero się zaczyna, i usłyszysz od razu kilka lekcji. Starszy podniósł rękę; szelesty i szepty natychmiast się urwały. Wtedy głębokim, dźwięcznym głosem zaczął: – Moja pierwsza lekcja dla was, umiłowani bracia, mówi o tym, jak poznać, czego chce od nas Bóg. W tym celu odpowiedzcie na trzy pytania: Jakie ważne wiadomości zawiera Biblia? Kto jest jej autorem? Dlaczego należy ją studiować? Jego język różnił się od zawiłej maniery mówienia brata Timofieja: mówił całkiem prosto, używając niewyszukanych zwrotów i krótkich zdań. Artema z początku to zdziwiło, ale potem rozejrzał się wokół i spostrzegł, że większość słuchaczy jest w stanie pojąć tylko takie słowa, a różowiutki Timofiej zrobiłby na nich nie większe wrażenie, niż stół albo ściana. Tymczasem siwy kaznodzieja oznajmił, że w Biblii przedstawiona jest prawda o Bogu: kim jest i jakie są jego prawa. Potem przeszedł do drugiego pytania i powiedział, że Biblię w ciągu 1600 lat pisało około czterdziestu różnych ludzi, lecz wszystkich ich natchnął Bóg. – Dlatego – zakończył starszy – autorem Biblii nie jest człowiek, lecz Bóg, żyjący w niebiosach. A teraz odpowiedzcie mi, bracia, dlaczego należy studiować Biblię? – I, nie czekając aż bracia odpowiedzą, sam wyjaśnił: – Ponieważ jest to poznanie Boga i wypełnienie Jego woli – warunek waszej wiecznej przyszłości. Nie wszyscy będą radzi, że studiujecie Biblię – uprzedził – ale nie pozwólcie nikomu wam w tym przeszkodzić! – Powiódł po zebranych surowym spojrzeniem. Nastąpiła chwila ciszy, i starzec, wziąwszy łyk wody, kontynuował. – Moja druga lekcja dla was, bracia, dotyczy tego, kim jest Bóg. W tym celu odpowiedzcie mi na trzy pytania: Kim jest prawdziwy Bóg i jakie jest Jego imię? Jakie są Jego główne cechy? Jak należy Go wysławiać? Ktoś z tłumu chciał odpowiedzieć na jedno z pytań, ale inni ostro na niego syknęli, i Jan, jak gdyby nigdy nic, zaczął odpowiadać sam: – Ludzie oddają cześć wielu rzeczom. Lecz w Biblii jest napisane, że jest tylko jeden prawdziwy Bóg. Stworzył wszystko, tak w niebie, jak i na ziemi. To On dał nam życie, więc należy czcić tylko Jego jedynego. Jak nazywa się prawdziwy Bóg? – podniósł głos starzec, robiąc pauzę. – Jehowa! – huknął chór wielu głosów. Artem z niepokojem rozejrzał się dookoła. – Imię Boga prawdziwego brzmi Jehowa! – potwierdził kaznodzieja. – Ma wiele tytułów, lecz tylko jedno imię. Zapamiętajcie imię naszego Boga i nazywajcie go nie po tchórzowsku, tytułem, a bezpośrednio, po imieniu! Kto odpowie mi teraz, jakie są główne atrybuty naszego Boga? Artem myślał, że teraz już na pewno znajdzie się w tłumie ktoś wystarczająco uczony, żeby odpowiedzieć na to pytanie. I stojący w pobliżu poważnie wyglądający chłopak podniósł rękę, żeby odpowiedzieć, ale starzec go uprzedził: – To, jaki jest Jehowa, zawarte jest w Biblii. Jego głównymi atrybutami są: miłość, sprawiedliwość, mądrość i siła. W Biblii jest napisane, że Bóg jest miłosierny, dobry, skłonny do przebaczenia, wielkoduszny i cierpliwy. My, podobni posłusznym dzieciom, powinniśmy Go we wszystkim naśladować. To, co powiedział, nie wywołało sprzeciwu wśród słuchaczy, i starzec, pogładziwszy swoją wspaniałą brodę, zapytał: – A teraz powiedzcie mi: Jak należy czcić naszego Boga Jehowę? Jehowa mówi, że powinniśmy czcić tylko Jego. Nie powinniśmy wielbić ikon, obrazów, symboli i modlić się do nich! Bóg nasz nie będzie się dzielił chwałą z nikim więcej! Obrazy nam nie pomogą! – przepowiadający groźnie podniósł głos. W tłumie odezwały się głosy zgody, a brat Timofiej, odwróciwszy do Artema swoją promieniejącą radością twarz, powiedział: – Starszy Jan to wielki orator, dzięki niemu bractwo nasze rośnie z każdym dniem, i poszerza się grono wyznawców prawdziwej wiary! Artem kwaśno się uśmiechnął. Na razie płomienna przemowa starszego Jana nie robiła na nim tak piorunującego wrażenia, jak na wszystkich pozostałych. Ale może należało posłuchać dalej? – W mojej trzeciej lekcji opowiem wam, kim jest Jezus Chrystus – rzekł starzec. – I tu pojawiają się trzy pytania: Dlaczego Jezus Chrystus jest nazwany pierworodnym synem Boga? Dlaczego przyszedł na świat jako człowiek? Co zrobi Jezus w niedalekiej przyszłości? Potem wyjaśniło się, że pierworodnym synem Boga Jezus jest nazywany dlatego, że był on pierwszym dziełem Boga, przed zstąpieniem na Ziemię był bytem duchowym i żył w Niebie. Artema mocno to zdziwiło – prawdziwe niebo w świadomym życiu widział tylko raz, owego fatalnego dnia na stacji Ogród Botaniczny. Ktoś mu kiedyś mówił, że być może w gwiazdach jest życie. Ale kaznodzieja chyba nie o tym mówił? Kiedy wyjaśnili tę kwestię, starszy Jan zawołał: – Ale kto z was powie mi, dlaczego Jezus Chrystus, syn Boży, przyszedł na Ziemię jako człowiek? – i zrobił dramatyczną pauzę. Teraz Artem zaczął już się nieco orientować, co się dzieje dookoła, i stało się zauważalne, kto z uczestników zalicza się do nowo nawróconych, a kto już od dawna uczęszcza na te lekcje. Weterani nigdy nie próbowali odpowiadać na pytania starszego, nowicjusze przeciwnie, starali się pokazać swoją wiedzę i gorliwość, wykrzykując odpowiedzi i machając rękami, ale tylko do chwili, kiedy starzec zaczynał wyjaśniać sam. – Nie usłuchawszy nakazu Boga, pierwszy człowiek, Adam, uczynił to, co w Biblii nazywa się grzechem – usłyszał z oddali głos starszego. – Dlatego Bóg uczynił Adama śmiertelnym. Adam stopniowo zestarzał się i umarł, ale przekazał grzech wszystkim swoim dzieciom, i dlatego my też starzejemy się, chorujemy i umieramy. I wtedy Bóg posłał swojego pierworodnego syna, Jezusa, żeby ten nauczył ludzi prawdy o Bogu, zachowując własną bezgrzeszność, dał ludziom przykład i ofiarował własne życie, żeby wyzwolić ludzkość od grzechu i śmierci. Artemowi ta idea wydała się bardzo dziwna. Po co było najpierw karać wszystkich śmiercią, by potem poświęcać własnego syna, żeby wszystko było znów jak na początku? I to przy założeniu, że jest się wszechmocnym? – Jezus wrócił do Nieba, wskrzeszony, jako byt duchowy. Później Bóg ogłosił go Królem. Wkrótce Jezus usunie z Ziemi wszelkie zło i cierpienie! – obiecał starzec. – Ale o tym po modlitwie, umiłowani bracia! Zebrani posłusznie schylili głowy i oddali się tajemniczej modlitwie. Teraz Artem pogrążył się w brzęczeniu wielu głosów, z którego można było wychwycić pojedyncze słowa, jednak ogólny sens wciąż mu się wymykał. Po pięciominutowej modlitwie bracia zaczęli ożywioną rozmowę, przeżywając widocznie duchowe uniesienie. Artemowi zrobiło się ciężko na sercu, ale na razie zdecydował się zostać, bo najbardziej przekonująca część lekcji mogła być jeszcze przed nim. – A w mojej czwartej lekcji powiem wam, kto to taki Szatan – obrzucając stojących wokół pełnym mrocznego ognia wzrokiem, ostrzegawczo oznajmił starszy. – Wszyscy są na to gotowi? Wszyscy, bracia, jesteście wystarczająco silni duchem, żeby o tym posłuchać? Teraz już na pewno trzeba było odpowiadać, ale Artem nie wyrzekł ani słowa. Skąd miał wiedzieć, czy ma wystarczająco mocnego ducha, jeśli nie wiadomo, o czym będzie mowa? – I znów trzy pytania: Skąd się wziął Szatan, czyli Diabeł? Jak Szatan oszukuje ludzi? Dlaczego musimy sprzeciwić się Diabłu? Artem puścił mimo uszu prawie całą odpowiedź na to pytanie, zastanawiając się, gdzie teraz jest i w którym kierunku ma stąd iść. Usłyszał jedynie, że główny grzech Szatana zawierał się w tym, że ten zechciał, by oddawano mu cześć, która według prawa należy się Bogu. I jeszcze w tym, że zwątpił, czy Bóg właściwie panuje i dba o interesy wszystkich swoich poddanych, a także czy choć jeden człowiek jest bezgranicznie oddany Bogu. Język starca wydawał się teraz Artemowi bardzo urzędowy i nie nadający się do dyskutowania takich kwestii. Brat Timofiej od czasu do czasu spoglądał na niego, bezskutecznie próbując odkryć na jego twarzy choć iskierkę zapowiadającą rychłe oświecenie, ale Artem robił się tylko coraz bardziej ponury. – Szatan oszukuje ludzi, aby to jego czcili – głosił tymczasem starzec. – Trzy są sposoby oszustwa: kłamliwa religia, spirytyzm i nacjonalizm. Jeśli religia głosi kłamstwa o Bogu, służy ona celom Szatana. Wyznawcy kłamliwych religii mogą szczerze sądzić, że czczą prawdziwego Boga, ale w rzeczywistości służą oni Szatanowi. Spirytyzm, gdy ludzie przyzywają duchy, aby ich chroniły, szkodziły innym ludziom, przepowiadały przyszłość i czyniły cuda. Za wszystkim tym stoi zła siła, Szatan! – głos starca zadrżał od nienawiści i obrzydzenia. Poza tym, Szatan oszukuje ludzi budząc w nich skrajną narodową dumę i sprawiając, że czczą organizacje polityczne – starszy ostrzegawczo wzniósł palec. – Ludzie niekiedy uważają, że ich naród lub rasa jest lepsza od innych. Ale to nieprawda. Artem potarł szyję, na której wciąż jeszcze widniała czerwona blizna, i odkaszlnął. Z tym ostatnim nie mógł się nie zgodzić. – Istnieje pogląd, że problemy ludzkości zlikwidują organizacje polityczne. Ci, którzy w to wierzą odrzucają Królestwo Boże. Lecz problemy ludzkości rozwiąże tylko Królestwo Jehowy. A teraz opowiem wam, bracia, dlaczego trzeba sprzeciwiać się Diabłu. Żeby sprawić, byście odeszli od Jehowy, Szatan może się uciec do prześladowań i oporu. Ktoś z waszych bliskich może rozgniewać się na was za to, że studiujecie Biblię. Inni mogą zacząć się z was śmiać. Lecz komu jesteście zobowiązani swoim życiem?! – spytał starzec i w jego głosie zabrzmiała stal. – Szatan chce was zastraszyć! Żebyście przestali uczyć się o Jehowie! Nie pozwólcie Szatanowi być górą! – głos Jana zagrzmiał niczym uderzenia gromu. – Sprzeciwiając się Diabłu, pokażecie Jehowie, że chcecie Jego panowania! Tłum zawył w zachwycie. Skinieniem ręki starszy Jan powstrzymał powszechną histerię, aby zakończyć spotkanie ostatnią, piąta lekcją. – Co Bóg zaplanował dla Ziemi? – zwrócił się do słuchaczy rozkładając ręce. – Jehowa stworzył Ziemię, aby wiecznie i szczęśliwie żyli na niej ludzie! Chciał, by Ziemię zasiedlała radosna i pobożna ludzkość. Ziemia nigdy nie zostanie zniszczona. Ona będzie istnieć wiecznie! Artem nie wytrzymał i prychnął, i natychmiast padły na niego gniewne spojrzenia, a brat Timofiej pogroził mu palcem. – Pierwsi ludzie, Adam i Ewa, zgrzeszyli, z rozmysłem naruszając prawo Boga – ciągnął mówca. – Dlatego Jehowa wygnał ich z raju, i raj został utracony. Lecz Jehowa nie zapomniał, po co stworzył Ziemię. Obiecał zmienić ją w raj, w którym ludzie będą żyć wiecznie. Jak Bóg wypełni swój plan? – starzec spytał sam siebie. Sądząc po przeciągającej się pauzie, teraz miał nastąpić kluczowy moment kazania, i Artem cały zamienił się w słuch. – Zanim Ziemia stanie się rajem, należy usunąć złych ludzi – rzekł złowieszczo Jan. – Naszym przodkom obiecano, że oczyszczenie nastąpi podczas Armagedonu – Bożej wojny o unicestwienie zła. Potem Szatan zostanie spętany na tysiąc lat. Nie będzie nikogo, kto by szkodził Ziemi. Wśród żywych zostanie tylko lud Boga! Przez tysiąc lat nad światem będzie panował Król Chrystus Jezus! – starzec przeniósł pałające spojrzenie na pierwsze rzędy słuchaczy. – Czy rozumiecie, co to znaczy? Boża wojna o unicestwienie zła już się skończyła! To, co stało się z tą grzeszną Ziemią – to właśnie Armagedon! Zło zostało wypalone! Zgodnie z proroctwem przeżyje tylko lud Boga. To my, mieszkańcy metra, jesteśmy ludem Bożym! To my przeżyliśmy Armagedon! Nastanie Królestwo Boże! Wkrótce nie będzie ani starości, ani chorób, ani śmierci! Chorzy uwolnią się od cierpień, starzy znów staną się młodzi! Podczas tysiącletniego panowania Jezusa wierni Bogu ludzie zmienią Ziemię w raj, Bóg wskrzesi do życia miliony umarłych! Artem wspomniał rozmowę Suchego z Hunterem o tym, że poziom promieniowania na powierzchni nie zmaleje przynajmniej przez pięćdziesiąt lat, o tym, że ludzkość jest zgubiona, że pojawiły się inne gatunki… Starzec nie wyjaśnił, jak to dokładnie się stanie, że powierzchnia Ziemi przeobrazi się w kwitnący raj. Artem miał ochotę spytać go jakie to potworne rośliny będą kwitnąć w tym napromieniowanym raju, i jacy ludzie ośmielą się wyjść na górę, żeby go zasiedlić, i czy jego rodzice byli dziećmi Szatana, i za to zginęli w wojnie o unicestwienie zła, ale nie powiedział nic. Wypełniła go taka gorycz i takie niedowierzanie, że oczy zaczęły go piec i poczuł ze wstydem, że po policzku spływa mu łza. Zebrał siły i powiedział tylko jedno: – A niech pan powie, co Jehowa, nasz prawdziwy Bóg, mówi o bezgłowych mutantach? Pytanie zawisło w powietrzu. Starszy Jan nie zaszczycił Artema nawet spojrzeniem, ale stojący w pobliżu obejrzeli się na niego z przestrachem i obco, a wokół niego od razu zrobiło się pusto, jakby znów zaczął śmierdzieć. Brat Timofiej chciał go wziąć za rękę, ale Artem się mu wyrwał i, odpychając tłoczących się braci, zaczął się przeciskać do wyjścia. Kilka razy próbowali podstawić mu nogę, raz ktoś nawet uderzył go pięścią w plecy, w ślad za nim niosły się wzburzone szepty. Wydostał się z Sali Królestwa i ruszył przez jadalnię. Teraz przy stołach było dużo ludzi, przed którymi stały puste aluminiowe miski. Pośrodku działo się coś ciekawego, i wszystkie oczy były skierowane właśnie tam. – Bracia, zanim przystąpimy do posiłku – mówił niepozorny chudy człowiek z krzywym nosem – posłuchajmy małego Dawida i jego historii, która dopełni dzisiejszą przypowieść o przemocy. Usunął się na bok i jego miejsce zajął pulchny chłopczyk z wąskim nosem i przyczesanymi płowymi włosami. – On był rozgniewany i chciał mnie zbić – zaczął Dawid tonem, którym dzieci zwykle deklamują wyuczone na pamięć wierszyki. – Pewnie po prostu dlatego, że byłem mały. Cofnąłem się i krzyknąłem: „Stój! Zaczekaj! Nie bij mnie! Przecież nic ci nie zrobiłem. W czym ci zawiniłem? Powiedz lepiej, co się stało?” – twarz Dawida przybrała wyuczony uduchowiony wyraz. – I co ci powiedział ten straszny zbój? – wtrącił wzburzony chudzielec. – Okazało się, że ktoś ukradł mu śniadanie, i po prostu wyładował swój gniew na pierwszej napotkanej osobie – wyjaśnił Dawid, ale coś w jego głosie kazało wątpić, czy sam dobrze rozumie sens tego, co właśnie powiedział. – I co zrobiłeś? – budując napięcie naciskał chudy. – Powiedziałem mu po prostu: „Bijąc mnie, nie odzyskasz swojego śniadania”, i zaproponowałem, żebyśmy razem poszli do brata kucharza i opowiedzieli mu o tym, co się stało. Poprosiliśmy o jeszcze jedno śniadanie dla niego. Uścisnął mi potem rękę i już zawsze się ze mną przyjaźnił. – Czy jest tu obecny ten, który skrzywdził małego Dawida? – spytał chudy głosem prokuratora. W górę natychmiast powędrowała czyjaś ręka i potężny dwudziestoletni chłopak, z głupim i złośliwym wyrazem twarzy, zaczął przeciskać się w kierunku zaimprowizowanej sceny, żeby opowiedzieć, jakie to cudowne działanie miały słowa małego Dawida. Nie szło mu to łatwo, malec miał wyraźnie większą zdolność zapamiętywania słów, których znaczenia nie rozumiał. Kiedy przedstawienie dobiegło końca, a małego Dawida i skruszonego brutala pożegnano brawami, chudy facet znów stanął na ich miejscu i zwrócił się serdecznie do słuchaczy: – Tak, łagodne słowa posiadają ogromną siłę! Jak jest napisane w Księdze Przysłów, język łagodny kości łamie. Miękkość i łagodność nie są słabością, umiłowani bracia, za miękkością kryje się ogromna siła woli! I przykłady z Pisma Świętego tego dowodzą… – znajdując w zatłuszczonej książce potrzebną stronicę, zaczął uduchowionym głosem odczytywać jakąś przypowieść.
  30. 1 punkt
    Witaj bracie pandeisto! Dawno Cię tu nie było. A szkoda bo ateiści zawładnęli forum, wystraszają nowych i forum umiera.
  31. 1 punkt
    Serdecznie dziękuję wszystkim uczestnikom zlotu za przybycie.Jak zawsze było miło.wesoło.Osiągnęliśmy najwyższą "jesienną"-21 osób.Do zobaczenia na zlocie wiosennym
  32. 1 punkt
    tak na marginesie: na sąsiednim forum u Gedeona mam żartobliwą rangę "pionier specjalny"
  33. 1 punkt
    Mam tę książkę na celowniku od dłuższego czasu, ale teraz to już na pewno przeczytam. Tematu SJ w fantastyce jeszcze nie spotakłem.
  34. 1 punkt
    Nie . Po prostu administracja zadowolona z siebie olała konkurencje zwaną bratnim forum. Tutaj wiele rzeczy nie działało jak nalezy ludzie się zniechęcali moderacja się o dalała i tak to przemija forum z wiatrem bo jest nie takie jak trzeba. Mictilan traktuje to miejsce jako interes zarabia nie angażuje się w jego tworzenie a to nie jest samograj - to jest swoistego rodzaju towar i trzeba zaspokajać potrzeby klientów i to klientów rożnych typów a już najbardziej tych stałych. Teraz niby czasem się ktoś rejestruje ale nowych historii nowych tematów jest mało.Ludzie mają potrzebę dzielenia doświadczeń wymiany spostrzeżeń tylko trzeba im zorganizować ciekawe miejsce. a kazde miejsce potrzebuje gospodarza.Tu nie ma gospoodarza , tu jest Mictlan Mictlan oddaj to forum komus kto sie nim zaopiekuje, kto weń włoży serce Pozorne przekazanie forum Cleo na dłuższą metę nie działa jak nic co jest udawane. Ty już na nim nie zarobisz bo nie umiesz nie chce ci się i lada moment będziesz miał tylko kłopot)
  35. 1 punkt
  36. 1 punkt
    Trochę czasu minęło od napisania tego postu, ale właśnie go przeczytałem i musiałem Ci napisać, że Jesteś bardzo odważną kobietą. Mam nadzieję, że jesteś szczęśliwa, bo to Ci się należy!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Pozdrawiam WEST
  37. 1 punkt
    Po pierwsze skoro nie lubisz słuchać gdy ktoś ci mówi jak co trzeba robić- to przede wszystkim stosuj te zasadę do siebie i nie czyń tego wobec innych a mnie nie zalecaj tego gdzie i jak mam wykorzystywać swoje popędy. Forum to miejsce swobodnej rozmowy a mój post odnosi się do postrzegania SJ przez innych Nie zgadzam się z Twoją opinią co do tego że SJ i EX są nudni bo jedni i drudzy mydlą tunelowo jeśli już to czasami bywają podobni w pewnych zachowaniach nawykach. Nuda to brak zmienności brak różnorodności i nie wiązałabym tego z religią. Owszem stroje SJ są charakterystyczne bo tak są formowani przez organizację - swietnie to oddaje to przytoczonych fragment o kitlach . Jednak już w tym co mówią są różni By nie byłó nudno - a to podstawowy grzech na forum- trzeba być autentycznym i różnorodnym więc zamiast tylko agresywnie atakować lub bronić ripostami spróbuj więcej od siebie i bez agresji - tak jak w temacie o ślubie.To było fajne. Inaczej staniesz się kwintesencją tego co potępiasz u innych A co do filmu Fight Club i mordobicia to bił się sam gdyż był chory na jakąś schizofrenie czy rozdwojenie osobowość wieloraką - i o tym jest ten film o postrzeganiu świata przez chorego człowieka. i o tym ze potrzebujemy innych ludzi rozmów bycia razem.
  38. 1 punkt
    Natomiast w kwestii tego kto jest nudny a kto nie to uwalam ze nie ma to nic wspólnego ani z wyznawaną religią ani z inną wspólnotą doświadczeń typu naród albo zawód o tym bajcy jesteśmy decyduje nie tylko wspólnota doświadczeń ale przede wszystkim osobowość charakter. I SJ i exy potrafią być nudni lub tez niezmiernie ciekawi Na początku przeżyłam swoiste zaciekawienie Beatą Szydło. Odpowiadało mi to co mówiła w połączeniu z tym jakiego uzywała tonu.Ale potem zauwazyłam ze tego samego tonu uzywa chrzaniąc pierdolety- ze jest to po prostu jeden z nielicznych srodkow wyrazu i natychmiast straciła u mnie na wiarygodności i stała sie nudna Z Tobą kantatol było podobnie zauważyłam Cie i zaciekawiłaś mnie jedną ze swoich ripost. Wkrotce okazało się ze w repertuarze masz niemal tylko riposty cięte lub tępe ale nic od siebie no chyba ze post w Aktualnosciach typu "zjadłam zupe i posypałam ja serem."Monza mówić o zupie o czymkolwiek ale trzeba to czynic ciekawie Vin zapodał kiedyś w statusie komunikat o sile wiatru w ten sposób ze napisał iz wieje tak ze mu skóre na siurku ściąga czy jakoś tak. No przezabawne dające odczuć wiatr na skórze mimo ze ja wbrew podejrzeniom niektórych użytkowników siurka nie posiadam. Ty wiarę w to ze potrafisz być inna przywróciłaś mi dopiero teraz zakładając temat To prawda ze wielu SJ i wielu eksów myśli w sposób nie uwzględniający pewnych faktów gdy myślenie dotyczy jednych kwestii uwzględniając jednocześnie te fakty gdy myślenie dotyczy innych kwestii. Nie jest to jednak zasada z nielicznymi wyjątkami. tylko jakaś durna nieużyteczna stereotypizacja.
  39. 1 punkt
    zgadzam się z tą opinią, zwłaszcza że w przeszłości byłem bardzo gorliwym świadkiem Jehowy - więc nic dziwnego że teraz jestem gorliwym antyświadkiem , natomiast chcę doprecyzować że NIE JESTEM przeciwnikiem "tej wiary" a jedynie "tej organizacji" (sama wiara mi nie przeszkadza).
  40. 1 punkt
    No oczywiście - w końcu ktoś musi te tajne informacje przekazać kobietom
  41. 1 punkt
  42. 1 punkt
    Jej, tym razem bez owijania w bawełnę i zbędnych ceregieli przeszliśmy od razu do seksu "Panie, oto jestem. Poślij mnie!"
  43. 1 punkt
    Pełnią taką samą rolę jak wszystkie pozostałe kobiety w gynocentrycznej cywilizacji Zachodniej. Czyli jeśli nie jawnie dominującą, to przynajmniej nawigacyjną z tylnego siedzenia. W organizacji teoretycznie jest patriarchat i władzę dzierżą mężczyźni i głowy rodzin, a w praktyce tymi głowami poruszają kobiety, zaś obdarzeni autorytetem na salach bracia starsi w domach siedzą pod pantoflem. Oczywiście ten trend ma charakter narastający wraz z upływem pokoleń. Kobiety ( te roztropne) oczywiście przytakują oficjalnej propagandzie ( nawet całkiem szczerze), kochają Jehowę i jego rozstrzygnięcia, pamiętają o obowiązkach własnych i głów rodzin, które Bóg postawił nad nimi, ale w praktyce i tak sterują lub usiłują sterować wszystkim w ten czy inny sposób; a mają ku temu narzędzia chociażby za sprawą emocjonalnych manipulacji, w czym przodują. Biologiczna natura kobiet jest zawsze taka sama i ma takie same priorytety, nakłada się tylko na rozmaite narracje kulturowe. Możesz zmienić kształt pionków, ale partyjka szachów i tak będzie rozgrywała się wedle tych samych reguł co zawsze; czyż nie? Rozejrzyj się, nie ma kościoła, który by nie głosił prymatu mężczyzny czy to na płaszczyźnie rodzinnej czy na płaszczyźnie kapłaństwa, nawet jeśli czyni to coraz ciszej i coraz bardziej ugodowo. W praktyce zaś to kobiety są największymi dewotkami. Przelicz sobie stosunek kobiet do mężczyzn wśród słuchaczy radia Maryja, zobacz jaki jest stosunek ilościowy kobiety do mężczyzn w kościele, ile kobiet uczestniczy w rozmaitych inicjatywach a ilu mężczyzn. Wtedy zobaczysz do kogo jest kierowana oferta i kto z niej korzysta. Kościoły chrześcijańskie są zdominowane przez kobiety zarówno demograficznie jak i ideologicznie. Jeśli chcesz poznać role społeczne nie patrz na religie, patrz na społeczeństwo jako całość. Wierni poszczególnych wiar to stamtąd się rekrutują i tam przenoszą swój styl życia; nie zobaczysz w świątyniach zachowań diametralnie różnych od tego co widzisz na ulicach, a jeśli nawet, to dotyczą one niuansów. Współcześnie nie ma już chyba na świecie żadnej religii, która w centrum stawiałaby pierwiastek męski, wywyższała go, zamiast z miejsca wbijać w poczucie winy względem żeńskiego, wypychać na margines i urabiać w rozmaite pacyfizmy i inne dupowatości. Bo współczesne chrześcijaństwo to religia na maxa dupowata, mentalna kastracja rozłożona na lata.
  44. 1 punkt
    Gdyby doszło, że ktoś was chce przepędzić lub zabić, możecie na mnie liczyć, że do tego nie dojdzie.
  45. 1 punkt
    Jakby za "bycie" odpalano niemałe sumki, to amatorzy pincetplusa już dawno pozapisywaliby się i byłby to w Polsce kościół kilkunastomilionowy
  46. 1 punkt
    Nie ma to jak dowiedzieć się u źródła. Wyjaśnię więc historie mojego nicka. Zarejestrowałem się na tym forum pod nickiem "antykierat" w proteście przeciw kieratowi organizacyjnemu i doktrynalnemu Świadków Jehowy. Tak jak pewnie większość ludzi tutaj, zabieram głos na forum kiedy czuję taką potrzebę. Gdy chciałbym podzielić się jakimiś spostrzeżeniami, wyrazić swoją opinie na dany temat, w tym również swój sprzeciw. Nigdy natomiast nie traktowałem mojej aktywności na tym forum, jako sposób na zbieranie guzów. A tym bardziej uzasadnianiem, spadania tych ciosów jako wyraz uznania Niebios, jak zasugerowałeś. Owszem dobrze wiesz, że dyskusje są czasami bardzo emocjonalne. Odnośnie podziału na lepszy i gorszy sort odstępców. Myślę, że to jest Twoje osobiste wrażenie. Ja nie czuję się wcale lepszy tylko dlatego, że wierzę w Boga. Natomiast czytając tematy, których jest wiele w dziale "ewolucja/ateizm/nauka", zauważam zachwyt nad ateizmem i jego wyższością na teizmem. A z tym się nie zgadzam i dlatego zabieram głos w dyskusji. Owszem, jak najbardziej wiem czym były krucjaty. Dzisiaj już ich nikt, w pierwotnym znaczeniu nie przeprowadza ale użyłem tego określenia w znaczeniu przenośnym. Warto zwrócić też uwagę na zdecydowaną większość uczestników forum, ich tematów i wypowiedzi prezentujących ateizm i jego przewagę nad teizmem. To tak jeszcze odnośnie zachowywania proporcji wyrażania emocji i szukania sprzymierzeńców w dyskusji. Nie chciałbym wypowiadać się za Andiego78 ale myślę, że wspomniany, założony przez niego temat "urojenie ateistyczne" jako jeden z nielicznych, takich tematów miał na celu właśnie obronę wiary w Boga jako Stwórcy wszechświata. Film , który jest tytułem wątku, uważam za świetny z wyjątkiem uzasadniania wiary w piekło, jako miejsce wiecznych męk. Pomimo tego uważam, że jako ludzie wierzący w Boga mamy zdecydowanie więcej wspólnych płaszczyzn poglądów. Co czyni nas naturalnymi "sprzymierzeńcami" w dyskusji.
  47. 1 punkt
    Nadrzędne jest dbanie o dobro marki. Czysty kurewski marketing made in USA... Podobnie jest zresztą z sytuacją, gdy mąż znęca się psychicznie nad żoną, choć ponoć już teraz w wyjątkowych przypadkach ofiara może się z nim rozejść.
  48. 1 punkt
    no tak pomylilo mu sie mylal ze w malzenstwie tez mozna nim byc;) i ja ci tu witam, doczytalam Twoja Historie...teraz juz rozumiem co i jak:) gratuluje podjecia decyzji.... panienki w zobrze czyli inne siostry o lekkich obyczajach;)?hihi i gratuluje ciazy!!!!!!!!!!!!!!!!!) ja mam dwie za soba..zdazylam..bo gdybym pozniej wyszla z Org, to chyba bylabym bezdzietna i nie mialabym moich malych lobuziakow coreczek:)
  49. 1 punkt
    Nie ma niczego złego w twierdzeniu,że Hitler i jego nacjonalistyczne idee były wzniosłe i że chce się je naśladować, ale też nie można potępiać i piętnować żydów,cyganów i innych ludzi nieuznających jego koncepcji. Lepiej jest zwyczajnie uznać jedno i drugie za "element krajobrazu" i zaakceptować. Przecież postrzeganie i uznawanie niemieckiego faszyzmu leży w przeważającej większości w sferze emocji,a jak można pod tym względem podciągać wszystkich pod wspólną kreskę? Ludzie wierzą w koncepcje Hitlera (choć w różnym stopniu i sama wiara też różnie wygląda),chcą Jemu służyć,stosować w życiu zasady "Mein kampf",bo czują,że to jest słuszne i zgodne z ich potrzebami,z ich sumieniem.Wówczas wiara daje im radość,siłę i ogólnie nadaje życiu sens
  50. 1 punkt