Ranking


Popularna zawartość

Wyświetla najczęściej polubioną zawartość od 17.07.2017 uwzględniając wszystkie działy

  1. 11 punktów
    Pogarda. To chyba największa wada i jednocześnie nieuświadamiana cecha świadków. Umiejętnie wszczepia im się poczucie lepszości, wyjątkowości, że to właśnie oni są wybranym świętym ludem bożym, a reszta ludzkości to głupie matoły zaślepione przez Szatana, przesiąknięte wszelkim złem. W moim odczuciu takie dzielenie ludzi jest równoznaczne z rasizmem. Nie wiem, czy są inne wyznania, w których na taką skalę propaguje się "nienawiść do świata", która skutkuje aż taką codzienną pogardą do innych ludzi. Tak, nie do innych ideologii i przekonań, ale do ludzi. No ok, Żydzi, muzułmanie też są w tym dobrzy... Przypomina mi to nazistowski podział na Aryjczyków i podludzi. Bo finalnie świadkowie mają taką wizję świata - oni przetrwają, a reszta do piachu, czy też raczej do jeziora ognia na wieczną zagładę...
  2. 10 punktów
    Dzień dobry cześć i czołem, chyba mnie z miesiąc nie było więc wypada się raz jeszcze przywitać i zobaczyć jak ludzie żyjecie. Poza tjem, przyszedłem nastukać lajków (nie ukrywam). Ładnie wygląda forum, pachnie cywilizowanie. Jak życie? Coś się pozmieniało? Tyle materiału do nadrobienia. Mam nadzieję że nie jesteście zagniewani że mnie nie było na ostatnim zebraniu. with love,
  3. 9 punktów
    Czytam forum od jakiegoś miesiąca, a dzisiaj w końcu odważyłem się założyć konto i się przywitać. Jednak póki co napiszę o sobie tylko tyle, że jestem nieochrzczonym głosicielem (błąd sprzed kilku lat), wychowanym w rodzinie Świadków Jehowy. Często zadaję sobie pytanie dlaczego urodziłem się w tej rodzinie... Jak przybędzie mi trochę więcej odwagi to postaram się szerzej przestawić swoją sytuacje, a na razie - witajcie.
  4. 8 punktów
    U mnie były te same dylematy. Był bardzo rodzinny. Cała rodzina była bardzo zżyta i celebrowała wspólne chwile, święta. Próbowałam sobie wyobrazić siebie i Jehowę w tym układzie. Jak by to miało wyglądać? Jak długo? Na tamten czas również kwestia krwi i odpowiedzialności za dzieci była dla mnie ważna, no bo co to będzie, jeśli ja lub dziecko będziemy potrzebować krwi? Przecież nawet jeśli nie on, to jego rodzina będą naciskać. Może nawet posuną się do kroków prawnych. Święta? Jak? Ja zostaję w domu, a on jedzie do rodziców sam? Teraz to brzmi nierealnie, ale tak właśnie było. Nasze drogi całkiem się rozeszły. Nie mamy od lat kontaktu. Na zawsze jednak pozostanie dla mnie kimś specjalnym. Byłoby mi cholernie przykro, gdyby ktoś obcy, kto mnie nie zna, ani nie był uczestnikiem tej sytuacji, wypowiadał się tu na forum, czy gdziekolwiek indziej, że byłam tępą dzidzią, która chciała go wykorzystać, że miałam same roszczenia, ale nie dawałam nic od siebie, że jestem psychopatką, która gra sobie nim w swoje gierki i używa w sobie znanych celach. Mam prośbę do tych, co tak chętnie wyrokują na temat Delfinowej. Przystopujcie trochę.
  5. 8 punktów
    Fajny wątek Może się powtórzę, może ktoś już pisał o tym.. Ale ok do rzeczy.. Po pierwsze fascynujące jest czytanie męskich opinie o tym co kobieta ma na myśli.. Osobiście sama mam z tym problem, ale potrafię wczuć się w sytuację owej lubej, ponieważ sama bylam w podobnej sytuacji. Nie chodzi tylko o lojalność względem WTS. Chodzi o wspólne święta, wesela chrzciny komunie urodziny itd.. Byłam zaręczyny ze wstretnym światusem i go zostawiłam. Dlaczego!? Bo nie moglam dać mu tego o czym marzył, super rodziny, wspólnych świąt, poczucia że jest synem dla moich rodziców, a przyjacielem dla moich bliskich. Zdałam sobie sprawę, że będziemy dzielić 2 światy. Albo te światy będą dzielić nas. Najgorszy był widok łez w oczach mojej Mamy gdy powiedziałam jej o zaręczynowe. Była zdruzgotana.. W takich sytuacjach nie chodzi o wygodę partnerki, kobiety ale o dobro wszystkich wokół. Teraz wiem że to głupie, ale taka była przyczyną mojej decyzji. Eh.. Do tej pory utrzymuje serdeczne kontakty z tym chłopakiem. Wiemy że to co było między nami to coś wyjątkowego. Było... Jest wspomnieniem. Jednym z moich ulubionych. Nie wstydzę się przed moim mężem kwiatów jakie od niego dostaje. Delfin.. Nawet jeśli co 2lata wyślesz jej Kosz róż.. Zrób to nie po to by się poniżac czy wykupić w łaski.. Zrób to, jeśli oczywiście masz na to ochotę, bo wiesz że sprawie jej niesamowita radość. A takie rzeczy pamięta się do końca życia. Może miejsce w którym przebywam tak na mnie działa, ale widzę że najważniejsze w życiu to właśnie te perełki przeżyć, które kolekcjonujemy. Te listy kwiaty spojrzenia..
  6. 7 punktów
    Jakiś czas temu na "bratnim forum" popełniłem artykuł mający w założeniach być prostą metodą obalenia roku 607 jako daty zburzenia Jerozolimy. Ostatecznie wątek rozrósł się do 5 stron. Ostatnio dostałem wiadomość od administracji bym "wrócił do jehowy na forum". Pomyślałem, że choć grono czytelników obu for w dużej mierze jest wspólne, to jednak są tu osoby, które "tam" nie zaglądają. Jeśli nie macie nic przeciwko temu, to wrzucę tu stopniowo całość moich dociekań. Będzie tego około 10 części plus dodatki. Mam nadzieję że was nie zamęczę... Wrzucam fragmentami by łatwiej było czytać. Jak prosto i na kilka sposobów obalić 607 jako datę zburzenia Jerozolimy? Artykuł powstał na podstawie: • książek Carla Olofa Jonssona (http://kristenfrihet.se/english/epage.htm) (1) • Strażnicy w97 15.2 str 29-31 (2) • Strażnicy w11 1.10 str 26-31 (3) • Strażnicy w11 1.11str 22-27 (4) • „Wnikliwe poznawanie Pism” (5) • „Pomoc do studiowania Biblii, dostępna tu https://www.jw.org/pl/publikacje/ksi%C4%85%C5%BCki/?contentLanguageFilter=pl&pubFilter=sgd (6) oraz własnych przemyśleń. Gdy będę się odwoływał do źródła to podam powyższy numerek Chronologia biblijna Znacie książkę „Wnikliwe poznawanie pism”? Jakie hasło w tym dwutomowym wydawnictwie zajmuje najwięcej stron? Kto zgadnie? Pewnie odpowiedzieliście „Jehowa”? Otóż najwięcej stron zajmuje hasło „chronologia”. „Jehowa” zajmuje około połowy długości „chronologii”. Tzw. chronologia biblijna nie istnieje. Dlaczego? Bo w Biblii nie ma podanej ani jednej daty z dzisiejszych kalendarzy. (5) tom 1 na stronie 349 twierdzi: „W Biblii nie podano bezpośrednio żadnego punktu, od którego później datowano by wszystkie wydarzenia”. Nie ma wymienionego w niej ani jednego roku bezwzględnego. Daty są podawane w sposób względny, czyli w odniesieniu do jakiegoś wydarzenia, np. „W drugim roku panowania króla”. Co to oznacza? Otóż aby uzyskać datę jakiegoś biblijnego wydarzenia nie wystarczy posłużyć się samą Biblią. Biblista czy SJ musi zgodzić się z historykiem, że jakieś wydarzenie miało miejsce w danej dacie świeckiej (czyli wg współczesnego kalendarza) a następnie obliczyć datę tego wydarzenia dodając lub odejmując lata. Podsumowanie: ci, którzy mówią, że to chronologia biblijna wskazuje na zburzenie Jerozolimy w 607 roku p.n.e. nie są w stanie tego zrobić bez uwzględnienia choćby w minimalnym stopniu historii świeckiej. Wg mnie to wystarczy by uznać, że SJ nie są w stanie obronić roku 607 samą Biblią. Problemy z matematyką? Publikacja (6) na stronach 14 do 17 podaje piękny wykres panowania królów w Judzie i w Izraelu. Wykres zaczyna się od roku 997 pne, czyli od śmierci Salomona. Przy każdym władcy podano lata panowania oraz datę początku i końca rządów. Co oczywiste, data końca panowania danego władcy, to data początku panowania jego następcy. Na stronie 17 wykres kończy się pięknie na roku 607. Proponuję krótką zabawę z kalkulatorem. Dodajcie (właściwie to odejmijcie, bo liczymy lata przed naszą erą, czyli liczby się zmniejszają) do 997 kolejne lata panowania królów. Ręka w górę, kto na końcu obliczeń uzyskał na wyświetlaczu liczbę 607. Tak jak się spodziewałem, podniosło się zero rąk. Powinno wam wyjść 604. Co to oznacza? Nie sądzę, by autor tabelki miał problemy z matematyką na poziomie szkoły podstawowej. On po prostu świadomie wprowadza „nieuważnego czytelnika” w błąd. Zauważcie, że wg samego WTSu Jerozolima musiała być zburzona później niż w 607. Podsumowanie: SJ nie są w stanie na podstawie stworzonej przez siebie samych chronologii wyjść na rok 607. Zadanie na szóstkę: jak tą niezgodność wyjaśniają sami SJ? (5) tom 1 strona 368 mówi „Niektórzy badacze chronologii biblijnej próbują zsynchronizować daty dotyczące królów za pomocą szeregu okresów współrządów i bezkrólewia w Judzie”. Brzmi rozsądnie. Jednak druga część zdania dodaje: „ale wydaje się konieczne uwzględnienie tylko jednej koregencji”. Koregencja = współrządy. Okres, kiedy dwóch władców (np. ojciec i syn) panują równocześnie. Oczywiście, SJ uznają za „konieczne” uwzględnienie koregencji, bo inaczej Sedekiasz kończy panowanie nie w 607, tylko 3 lata później. Kiedy wg SJ miała miejsce ta koregencja? I czy jest uwzględniona w wyżej omawianej tabelce? To zadanie dla wnikliwych. Leniuszkom podpowiem – nie jest.
  7. 7 punktów
    Nadszedł czas, bym znów zabrał swój głos w nieco burzliwej, czasem odbiegającej od tematu dyskusji. Nie będę cytował wypowiedzi, do których chciałbym się odnieść lub tych, które wywarły na mnie wrażenie. Oflagowałem zainteresowaniem posty, które były pomocne lub te, które dają do myślenia. Odpowiadając na jedno z pytań: nie mamy dzieci, ani wspólnych, ani z poprzednich związków. Czysta relacja, w teoretycznym tego słowa znaczeniu. Łatwo krytykować czyjeś postępowanie, zachowanie lub sytuacje, którą opisuje poprzez pryzmat swoich zazwyczaj niepowodzeń. Nikogo za ten fakt nie winię bo i owszem, znacie tylko mój punkt widzenia. Ale proszę w jednej kwestii o zaufanie, a mianowicie: Nie jestem 18 letnim nastolatkiem, który nie potrafi stawiać granic, nie wie co to życie, nie potrafi odczytać faktu iż kobieta go wykorzystuje, wyciąga lub co gorsza leci na kasę, traktuje jako przygodę lub w popularnie w dzisiejszych czasach jako "friendzone" (swoją drogą ciekawy termin). Nasz "związek" umarł, ponieważ obydwoje się zachłysnęliśmy, zarówno sobą jak i całą tą sytuacją. Mieliśmy świadomość, że to mogło być tylko zauroczenie. Natłok emocji, zaangażowania, poznawania się...było jak w raju-a to zdradliwy syndrom. Sekta stanęła najpoważniej na drodze, ponieważ nie bylismy w stanie pozwolić temu uczuciu się rozwinąć, weszło zbyt dużo racjonalizmu i trzeźwości co tłumiło emocje-niepotrzebnie na tym etapie. Jak już kiedyś opisywałem, wyglądało to jak przeciąganie liny...ilekroć była ze mną i po mojej stronie, to cała wataha lub peleton(zbór) jak kto woli tą linę przeciągał z powrotem. Była na zbyt wczesnym stadium/etapie, przed nią skok do basenu, pojawiły się skutki manipulacji i jej podatności na nią-zagubiona. W sumie, nie dziwię się, jak nagle wszyscy w okół zaczynają szczuć przeciwko wmawiając, że zbór podupada, że zamiast skupiać się na Jahu, to oni "martwią" się o nią, a później stałem się już nawet odpowiednikiem diabła, który zszedł na ziemię pod idealną postacią i próbuje ją zawrócić na ziemię. Zresztą komu ja to piszę, sami wiecie, ale niestety może zapomnieliście, jak to działa. Po "rozstaniu", raczej z mojej strony, siła emocji była zbyt duża, nie potrafilem tak żyć, próbowałem sie odseparować, żyć swoim życiem. Tak samo jak i ona-były próby swatania, poznawania innych braci. Ja równiez nie próżnowałem. Ale ślepy traf chciał, ze poprzez portale społecznościowe ona dawała mi różnego rodzaju znaki, że jestem w jej życiu. Czy poprzez wrzucenie piosenki mojej starej kapeli, którą stworzyłem, czy poprzez oflagowanie się w miejscu, które było nasze itd itd...później zaczęło się to napędzać, taki kontakt niebezpośredni. No i nadszedł czas listu, moje emocje nie wytrzymały, musiałem to przelać-czy słusznie, czy nie słusznie-nie wiem, ja tego nie ocenię i Wy rownież niestety nie będziecie w stanie. Sądze, ze gdyby nie chciała mnie w swoim życiu, po przeczytaniu zostawiłaby go dla siebie i zyła dalej. Brałem pod uwagę taką reakcję i liczyłem się z nią. Traf chciał, ze zareagowała inaczej, moim zdaniem normalnie. Kontaktu owszem, po spotkaniu nie było, kilka dni temu chwilę porozmawialiśmy. Sądze, ze za niedługo dojdzie znów do spotkania, zapewne rozmowy. Odnowiliśmy kontakt, ale nie porywamy się z motyką na słońce. Obydwoje nie spodziewaliśmy się takich emocji po tak dlugim okresie czasu. Czasu, który pozwolił rozwiac wątpliwości, ze było to tylko zauroczenie i chwilowe zachłyśnięcie się. Ta świadomość jest bardzo ważna, a i okres rozłąki pozwolił sobie to uzmysłowić. Dlatego pojawiłem się tutaj ponownie, ponieważ powoli tworzy się moim zdaniem (racjonalnym) nowy etap, który definitywnie, za jakiś czas, pozwoli obrać jakąś stronę: rozłąkę na zawsze lub wspólne starania o lepsze jutro i o siebie. Jak będzie, czas pokaże. Wracając do jednego z postów: czego można oczekiwać po spotkaniu dwóch zakochanych ludzi po półtorej roku rozłąki? Konkretnej rozmowy? Wymuszania zdania co będzie jutro, co z tym robimy? Oświadczyn? Nie, oczywiście że nie. To było spotkanie, w którym każde pokazało ile dla siebie znaczy. Trudne spotkanie, ale nie można od razu rzucać konkretów. Teraz pozostaje kwestia sprawdzenia, czy będzie miało rozwinięcie, a czas nie jest ważny. Jeżeli uczucie przetrwało tyle czasu i dodatkowo się spotęgowało (nie mam wątpliwości, zarówno po mojej jak i jej stronie, a naprawdę niewielu rzeczy jestem w zyciu pewien), to teraz pozostaje kwestia ostudzenia emocji po ostatnim, spotkanie się kilka razy i powrócenie do egzystencjalnego pytania "być albo nie być".
  8. 7 punktów
    I wchodzisz Ty. Cały na biało...
  9. 7 punktów
    Szanowni Forumowicze. Serdecznie zapraszamy wszystkich chętnych na kolejny zlot,który odbędzie się w dniach : 22-24 września 2017 Uprasza się o pomysł na hasło zlotu. W sprawach organizacyjnych przypominam numer infolinii: 537 873 950(codziennie po godz. 21 lub sms)
  10. 6 punktów
    Pamiętacie forumową Someone? W ostatnią sobotę przebiegła swój pierwszy Ultramaraton (72 km) ! A jeszcze na początku 2014 nie wierzyła że jest w stanie pokonać 5 km
  11. 6 punktów
    Zarina, zgadzam się z Toba. Czytam ten wątek i jakos tak mi przykro - napisal człowiek z prośbą o radę, czy opinię a teraz praktycznie nikt sie do jego sprawy nie odnosi - tylko wylewają się opinie i przekonania dotyczące plci. Mężczyźni tacy, kobiety takie. Zabawa w przypisywanie plciom motywacji. No bo kto wie więcej o kobietach jak nie mężczyzna (i na odwrót?) jak do tego będzie kawalerem to juz w ogóle kurde zna się na rzeczy! Jak księża - powszechnie wiadomo, ze on najlepiej wiedza jak doradzić małżeństwom! Zawsze mnie zastanawiało po co nam to powtarzanie, wytykanie złych cech plci przeciwnej. Kiedyś tak robiłam, to robiło mi sie na chwile lepiej - źli okropni mężczyźni. A ja biedna, smutna ofiara. Przestalam to robic i okazalo się, ze jest wiele ludowych mężczyzn na świecie. Na świecie zdarzają sie różne sytuacje, osoby różnie sie zachowują. Można zostac oszukanym, można zostac odtraconym, można kogoś pokochać szczera miłością a ten ktoś nas odrzuci. I to jest w porządku. To jest życie. Można go popróbować, wystawić sie na niebezpieczeństwo bycia odrzuconym, cierpienia ale tez przeżyć cos cudownego i wzbogacającego. Można tez siedzieć bezpiecznie za krzakiem i oglądać ludzkie zmagania w poszukiwaniu szczęścia i zza tego krzaka wskazywać palcem za każdym razem gdy sie komuś cos nie uda. Ma sie wtedy satysfakcje, ze ktos inny potwierdził nasze przekonania, jacy my mądrzy za tym krzakiem jestesmy! Ja to tak widzę, ja Safari. Nie pisałam tego w odpowiedzi na czyjkolwiek wpis - to jest moje ogólne wrażenie z toczącej się tutaj ostatnio dyskusji. Postanowiłam wyrazić swoje zdanie. :-*
  12. 6 punktów
    To mój pierwszy wpis na tym forum. Czasami coś podczytywałam, ale ostatnio wydarzyło się coś, co sprawiło, że postanowiłam się tutaj zarejestrować i podzielić moimi odczuciami co do świadków. Otóż może zacznę od początku. Kontakt ze świadkami i ich wiarą mam już od dzieciństwa, ponieważ mój wujek jest świadkiem. Zawsze bardzo go szanowałam i lubiłam. Jest pogodnym człowiekiem, serdecznym, miłym... a przynajmniej za takiego zawsze go miałam. Moja cała rodzina jest wyznania katolickiego. Wujek również był, a co więcej... był w klasztorze franciszkanów, chciał zostać księdzem, niestety odszedł ze względu na różne rzeczy, które działy się za murami klasztoru i których niestety doświadczył jako młody zakonnik. Nie będę wchodziła w szczegóły, ale w zasadzie nie dziwię się, że to czego tam doświadczył zraziło go do katolików. Na jego nieszczęście w kilka lat po odejściu z zakonu trafił do pracy, w której poznał kilku świadków i tak to się zaczęło. Jako człowiek kochający Boga bardzo szybko zachłysnął się atmosferą "miłości" i braterstwa, która panuje wśród świadków. Jak on twierdzi, to jest to czego zawsze szukał. Wujek jakoś nigdy nie próbował nas "nawracać" na swoją wiarę. Zawsze wspominał coś o Bogu i ich wierze, ale ja nigdy nie próbowałam się z nim spierać, bo nie chciałam go niczym urazić. Oczywistym jest, że nie zgadzam się z jego poglądami, ale nigdy go nie krytykowałam, nigdy nie usłyszał ode mnie złego słowa. Zawsze miałam świadków za ludzi prawych, uczciwych, w zasadzie lepszych od reszty świata, bo na takich też się kreowali. Dla mnie byli naprawdę niezwykłymi ludźmi. Sytuacja zaczęła się zmieniać, kiedy po studiach rozpoczęłam pracę w rodzinnej firmie razem z wujkiem i jego kolegą - starszym zboru. Szybko odkryłam, że ta cała otoczka miłości do świata to jedna wielka ściema. Wiecznie uśmiechnięci i mili świadkowie okazali się być całkiem innymi ludźmi. Zauważyłam, że otwarcie drwią z reszty pracowników - katolików. Obrażali nas, wyśmiewali nasze tradycje. Ja najczęściej wtedy wychodziłam i nie wdawałam się w żadne dyskusje. Co więcej - okazało się, że wcale nie są tak uczciwi i pracowici jak to pokazują całemu światu. Okazało się, że mój święty wujek potrafi przy klientach zbesztać i zwyzywać mojego tatę, a swojego rodzonego brata i szefa od pajaców, głupków i debili. Przy czym mój "bezbożny tata katolik" nigdy się nie bronił w taki sposób, w jaki go atakowano. Oboje nie są takimi idealnymi pracownikami jak to zwykło się o nich mówić - bo okazało się, że są bardzo leniwi, niewdzięczni i jak tylko mają okazję to ściemniają w pracy ile dusza zapragnie, a jak coś jest nie po ich myśli, to okazują to w dość dosadny sposób - krzykiem i epitetami. Okazało się, że to nie ci święci świadkowie są dobrzy dla ludzi, tylko my, wredni katolicy nie posuwamy się do tego co oni. Niejednokrotnie byłam świadkiem, jak jeden świadek nagabywał na drugiego za swoimi plecami. Oczywiście wiadomo ludzie są ludźmi i popełniają grzechy, nerwy mogą puścić każdemu. Tak oczywiście, ale rzeczywistość nie ma nic wspólnego z bajkami opowiadanymi mi przez wujka o kochających się braciach, o tym, że bracia w zborze szanują się nawzajem, że nigdy złego słowa jeden na drugiego nie powie, że nie ma u nich czegoś takiego jak "u nas katolików", że jeden drugiemu wilkiem. Bardzo szybko zrozumiałam, że ten obraz, który świadkowie kreują na zewnątrz to totalny fałsz i obłuda. Te ich uśmiechy, ta serdeczność to tylko maska, nakładana po to żeby zmanipulować innych i pokazać światu, jacy to oni są idealni. Teraz się do nas uśmiechają, ale za rogiem wyzywają nas od bezbożników, grzeszników, obłudników. Raz byłam świadkiem kłótni, w której mój tata ze łzami w oczach zapytał wujka "I ty tak się odzywasz do mnie, do własnego brata?" A wujek mu odparł "Ty nie jesteś moim bratem, ja mam braci gdzie indziej". Tylko jak trzeba było mu pomóc, to gdzie zawsze byli jego bracia? Mój tata ustawiał się w pierwszym szeregu jak zachorował, a jak miał wypadek i nie mógł chodzić, to mój tata zawoził go do szpitala i wszystko ogarniał co tylko było konieczne. Powoli zaczynałam widzieć, że nie takie wszystko piękne jak nam malują przed oczami. Wujek coraz częściej w rozmowach ze mną pozwalał sobie na obrażanie kościoła katolickiego. Wbijał szpilkę za szpilką. Bo księża tacy i owacy, bo "wy katolicy" jesteście tacy i tacy. Pewnego dnia miara się przebrała i powiedziałam sobie dość tego. Nie mogę dawać sobą pomiatać, tym bardziej, że ja nigdy złego słowa na nich nie powiedziałam, a wręcz przeciwnie, zawsze ich broniłam przed ludźmi, którzy ich szkalowali. Wypaliłam mu, że jeżeli jeszcze raz mnie obrazi i mój kościół katolicki, to po prostu przestanę z nim rozmawiać, skoro ma mnie za tak zepsutego człowieka i nie życzę sobie, żeby obrażał moją wiarę, bo ja nigdy nie obraziłam jego przekonań. I wtedy się zaczęło. "Bo ty nie czytasz pisma świętego" - serio?, no niestety na jego nieszczęście czytam- "Bo wiara katolicka jest najobrzydliwszą wiarą ze wszystkich! To babilon, zostaniecie wszyscy potępieni jak się nie nawrócicie! Zobaczycie będziecie jeszcze mówić, że taki prosty człowiek jak ja miał jednak racje. Oooooj jak wam będzie głupio!" - odparłam, że niestety, ale nie masz racji i nigdy w życiu nie wstąpię do waszej wiary (ja w dalszym ciągu grzecznie, bez epitetów) -" Bo wasi księża to niegodziwcy, pedofile. Jak możecie iść i się spowiadać do takich obłudników! I co myślisz, że on może ci grzechy odpuścić?? Ty nie wiesz co mówi pismo święte!" - ja odparłam, że rzeczywiście kościół święty nie jest i niestety zdarzają się księża, którzy nigdy nie powinni księżmi zostać, ale jest też wielu wspaniałych dobrych księży -"Coooooo? Nie ma dobrych księży. Bluźnisz! Tylko Bóg jest dobry, nie czytasz pisma świętego, aj ci mogę każdy werset i linijkę zacytować a ty co wiesz o piśmie świętym??? Wszystko jest w piśmie świętym, ale wy katolicy nie czytacie pisma! Poczekaj przyjdziesz jeszcze do nas na kolanach błagać nas żebyśmy cię przyjęli jak przyjdą dni ostateczne. Tylko w naszej wierze jest zbawienie, nasza wiara jest idealna, bo pochodzi od Boga i zawsze będę jej bronił" - a ja mówię, że przecież u was też nie jest tak idealnie, bo wszędzie są ludzie i popełniają takie same grzechy- "Nieprawda! Bo to przez was katolików nie możemy się wykazać i jest nas tak mało, bo wy waszymi grzechami deprawujecie nas i macie liczebną przewagę nad nami, a jaki świat byłby piękny gdyby wszyscy żyli tak jak moi braciszkowie".... W tym momencie szczena mi opadła i nie wiedziałam co powiedzieć. Zobaczyłam ile jadu i nienawiści ma w sobie ten człowiek w stosunku do katolików i jak bardzo gardzi mną, moim tatą, całą naszą rodziną. Te wszystkie, uśmiechy i uprzejmości to taka pozorna gra, żeby pokazać ludziom "ze świata" jacy to my świadkowie jesteśmy wspaniałomyślni, a w sercu siedzi żółć. Oczy mi się otworzyły i wtedy zobaczyłam, że to totalna sekta. Miałam świadków za wspaniałych ludzi. No cóż. Rozczarowałam się. Myślę, że bardzo często tak to właśnie wygląda. Pozory, pozory, pozory, a w sercu może nienawiści.
  13. 6 punktów
    Marvel90, prawidłowa nazwa śJ nie przechodzi Ci przez gardło czy opuszki palców ślizgających się po klawiaturze?
  14. 6 punktów
    Tabliczki handlowe - gwóźdź do trumny Czym są babilońskie tabliczki handlowe? Niech odpowie sama Strażnica. Przeczytajcie uważnie (2) str 30: Znaleziono tysiące tabliczek z pismem klinowym pochodzących z okresu nowobabilońskiego i dokumentujących zwykłe transakcje handlowe. Jako datę podają rok panowania aktualnego króla Babilonu. Znaleziono tabliczki dla każdego roku panowania znanych władców nowobabilońskich, pozostające w zgodności z przyjętą chronologią tego okresu. Dodajmy do tego (3) str 23 Większość tych tabliczek z okresu nowobabilońskiego to oficjalne dokumenty handlowe. Umieszczano na nich datę: dzień i miesiąc, a także rok panowania króla. Na przykład na jednej z tabliczek utrwalono transakcję z datą: „Nisan, dzień 27, rok 11 Nebukadreccara [znanego też jako Nebukadneccar II], króla Babilonu” Gdy król umarł lub został usunięty z tronu, pozostałe miesiące z roku jego panowania zaliczano już do „roku wstąpienia na tron” nowego władcy. Innymi słowy, zmieniało się określenie roku, ale był to wciąż ten sam babiloński rok kalendarzowy. A zatem logicznie rzecz biorąc, tabliczki z roku wstąpienia na tron nowego władcy powinny pochodzić z miesięcy późniejszych niż ostatni miesiąc panowania poprzedniego króla Może jeszcze przypis (3) str 24 Istnieją tabliczki handlowe pochodzące ze wszystkich lat, które tradycyjnie uznaje się za lata panowania królów nowobabilońskich. Kiedy zsumuje się te lata i liczy je od Nabonida, ostatniego króla, dochodzi się do roku 587 p.n.e. jako daty zagłady Jerozolimy. Halo, halo! Czy ktoś to widzi??!! Strażnica twierdzi, że tabliczki handlowe potwierdzają 587, że są ich tysiące i że istnieją tabliczki z każdego roku panowania królów ery nowobabilońskiej. Oczywiście chwilę później Strażnica próbuje obalić tabliczki jako dowód, mówiąc o tym, że nie znaleziono jeszcze być może wszystkich, że nie można im zaufać, że sfałszowane itp. Jednak rozbierzmy podane powyżej informacje na elementy i logicznie poskładajmy w całość. Czy tabliczki to dane historyczne? Nie, i to bardzo dobrze! To informacje handlowe podpisane datą. Historyk dla własnych niecnych celów może próbować zafałszować daty. Kupiec nie ma takiej potrzeby. On dokumentuje rzeczywistość dla celów handlowych. Jeśli ktoś twierdzi, że kupcy sfałszowali tysiące tabliczek, to niech poda motyw. Ile tabliczek odnaleziono? Wg Strażnic – tysiące. Wg innych źródeł, np. (1) dziesiątki tysięcy. Carl Olof Jonsson twierdzi, że liczba 50.000 tabliczek nie jest przesadzona. Dla naszych rozważań przyjmijmy 10.000. Nikt nam nie zarzuci, że przesadzamy Ile trwał okres nowobabiloński? Wg historyków to lata 626 – 539 p.n.e. SJ zapewne przyjmują dłuższy o 20 lat okres, bo przesuwają zburzenie z 587 na 607. Przyjmijmy że było to 100 lat. Rozsądnie? Tak myślę. Czy tabliczek jest dużo? Policzmy ile jest ich średnio rocznie. 10000 tabliczek dzielimy przez 100 lat. Wychodzi 100 tabliczek na rok, czyli około 8 na każdy miesiąc, czyli jedna znaleziona tabliczka co 3-4 dni. Przypominam, że znacznie obniżyliśmy liczbę tabliczek! Wg historii świeckiej mamy w tym okresie 6 władców: Nabopolassar, Nebukadneccar, Ewil-Merodach, Neriglissar, Labaszi-Marduk i Nabonid. Nas interesuje 4, bez Nabopolassara, bo zburzenia Jerozolimy dokonał jego następca i dopiero występuje sporne 20 lat, a Labaszi-Marduk mógł nie istnieć lub panował 9 miesięcy. Spróbujcie to sobie wyobrazić: Z pierwszego roku panowania Nebukadneccara mamy około (średnio) 100 tabliczek. Z drugiego podobnie, około 100 tabliczek. I z trzeciego. I z czterdziestego drugiego. I z czterdziestego trzeciego. A ile mamy tabliczek z 44 roku jego rządów? Zero. A z 45 roku? Też zero. A może jakąś tabliczkę z kolejnych lat jego panowania. Nie, nie ma ani jednej. To ile lat panował Nebukadneccar? Wszystko wskazuje na to, że 43. Darujmy sobie miesiące i dni. Umiera Nebukadneccar, władcą zostaje Ewil-Merodach. I znów mamy 100 tabliczek z każdego roku jego panowania i okrągłe zero z lat po śmierci. Następnie ten umiera i pojawia się kolejny władca. I znów na każdy rok panowania przypada średnio 100 tabliczek oraz zero po śmierci. Sytuacja powtarza się jeszcze raz. 100 tabliczek średniorocznie. Zero po śmierci. Na tej podstawie (oczywiście jest to jeden z dowodów) można wyliczyć lata panowania królów i datę zburzenia Jerozolimy. Proste? Banalne. A co twierdzą SJ? Twierdzą, że wśród odnalezionych tysięcy tabliczek części brakuje. Ile? Cóż, przesunięcie daty zburzenia Jerozolimy z 587 na 607 powoduje dodanie 20 lat do czasu panowania tych 4 władców. Zatem brakuje około… 20x100… jakieś 2000 tabliczek. Czy możliwe jest, że nie odnaleziono jeszcze jakiejś części tabliczek z tamtych czasów? Oczywiście. Zapewne transakcje handlowe zawierano codziennie, odnaleźliśmy więc jedynie niewielką część wyprodukowanych w tamtym czasie dokumentów handlowych. Ale czy możliwe jest, że jakimś potwornym zbiegiem okoliczności nie znaleźliśmy akurat ani jednej tabliczki z brakujących – wg SJ – 20 lat panowania któregoś z władców? A może nie znaleźliśmy 100% tabliczek z okresu panowania piątego władcy, dokładnie 20 lat? A może ktoś żyjący po czasach ery nowobabilońskiej specjalnie zniszczył lub ukrył wszystkie tabliczki z tych 20 lat by zmienić na zawsze historię? Czy któreś z wyjaśnień brzmi rozsądnie? Podam drugą możliwość: tabliczek z brakujących 20 lat po prostu nie ma, bo ich nigdy nie było. Nikt niczego nie ukrył, nie zniszczył, nie wymazał z historii jednego władcy. Okres nowobabiloński trwał dokładnie tyle, na ile wskazują znalezione tabliczki. Co więcej, tabliczki będą dalej odnajdywane. To prawie pewne. Ale nie zostaną znalezione żadne tabliczki z 44 i późniejszego roku panowania Nebukadneccara ani żadne tabliczki dokumentujące dłuższy okres panowania kolejnych 3 władców. Te, które zostaną znalezione, będą po prostu „gęściej” opisywać znane już lata panowania władców. Podsumowanie: Wystarczy dobrze przemyśleć na co wskazują znalezione tabliczki handlowe, by dojść do wniosku, że 607 jako data zburzenia Jerozolimy nie ma najmniejszych podstaw.
  15. 6 punktów
    Przyznaję, trochę przesadziłem. Moja rodzina nie jest taka straszna (poza najstarszą siostrą, bo to czyste zło), a wszystko psuje religia. Na szczęście nigdy nie byłem do końca sam, ponieważ w zborze mam przyjaciela, swojego rówieśnika, który ma tą samą opinie na temat ŚJ co ja. Niestety jego ojciec jest typowym świadkiem. Kiedyś był normalniejszy, ale po wizycie któregoś nadzorcy (przyjechał do naszego zboru na 2 lata) stał sie zupełnie innym człowiekiem. Wszyscy w zborze podziwiają go za to, że stał się gorliwym sługą pomocniczym,a tylko ja i jego syn widzimy jak bardzo zastopował się umysłowo. Teraz może coś o mojej rodzinie. Mam dwie starsze siostry, z jedną się dogaduję nawet dobrze, ale ta najstarsza, jak już wspomniałem, to czyste zło. Czasami mam wrażenie, że jest chora psychicznie. Na zebraniach zgrywa dobrą siostrę, a kiedy wracamy z zebrania potrafi zgnoić brata za to, że robi za długie przerwy w modlitwie. Już pomijając to. Totalnie nie ma szacunku do rodziców, krzyczy na nich, obraża ich, a oni od kilku lat nic z tym nie robią. Od jakiegoś czasu mam chęć postawić się rodzicom, że dopóki nie wyląduje ona u starszych to moja noga na Sali nie postanie. Zawsze jakiś pretekst żeby na zebrania nie chodzić Jeśli chodzi o moje wierzenia to nie wierzę w istnienie boga. A już na pewno nie w biblię. Wszystko zawarte w biblii wydaje mi się nielogiczne, wręcz głupie. W zasadzie cała wiara w boga jest dla mnie strasznie naiwna. Według mnie każda religia, która nawołuje do nienawiści innych ludzi, w pewnym stopniu piętnowania ich stylu życia, powinna przestać istnieć (nie chcę tu nikogo obrazić, to tylko moja opinia). Nie lubię zebrań, a służby nienawidzę. Podczas głoszenia czuję się źle, okropnie, mam ochotę po prostu stamtąd uciec albo przesiedzieć cały czas w aucie. Oczywiście nie wolno mi (mimo, że mam już prawie 18 lat). Wstępów już prawie nie mówie, jedynie te zaproszenia albo jakieś traktaty żeby zmylić ludzi z grupy (XD), że jeest wszystko w porządku. I chyba wychodzi mi dobrze, bo co jakiś czas słysze, że "jestem dojrzały duchowo" w przeciwieństwie do tego mojego kumpla, który ma zszarganą opinię w zborze (to temat na później). Jestem złym człowiekiem, oglądam demoralizujące filmy, gram w gry z przemocą, słucham satanistycznej muzyki (głównie jakiś pagan metal, słowiańska dusza ), hard rocka (ale na niedawnym kongresie "CIĘŻKI" rock został już przedstawiony jako zła muzyka wywołująca złe zachowanie u człowieka) i rosyjskiej muzyki (lubie Rosję), chcę zapuścić długie włosy i brode w sumie też, ale nie tak bardzo. Aha, mam tez skłonności do wielokrotnego używania nawiasów w wypowiedziach (ale już to chyba zauważyliście). Na razie tyle potrafie o sobie napisać, ale prawdopodobnie będzie więcej. Cieszę się, że mam sie jeszcze komu wygadać. I że ten ktoś nie rozumie.
  16. 5 punktów
    Nie do końca rozumiem jaki jest klucz w tak postawionej hierarchii uczuć. Uczucie jest piękne gdy jest rozczulające oraz altruistyczne? W moim odczuciu ważniejsze jest to, by "uczucie" rozwijało, czyniło nas bardziej wartościowymi istotami. I w takiej hierarchii miłość dziadków postawiłabym na samym końcu. Ponieważ to jest zazwyczaj miłość bezkrytyczna, wszystko wybaczająca i "nie-obrażająca" się. Nie zachęcająca do starania, akceptująca nawet paskudne przywary. Spotkałam się kiedyś z artykułem w którym dowodzono, że istnieje zależność pomiędzy nadwagą u dzieci a odległością w jakiej mieszkają one od swojej babci. Z osobistych obserwacji jestem skłonna z przymrużeniem oka uwierzyć w tą zależność. Według mnie optymalna odległość zamieszkania od dziadków to tak ok. 50 km. Na tyle mało, by można było spożyć u nich niedzielny obiad i trochę się pobawić oraz na tyle dużo, by nie ingerowali za bardzo w codzienne wychowywanie dzieci i nie zaburzali hierarchii w rodzinie. Relacje pomiędzy rodzeństwem? Trudno mi to zaszeregować. Znam chyba tyle samo wpierających się rodzeństw co i oddalonych od siebie albo wręcz niecierpiących się. Natomiast rodzic rodzicem będzie zawsze i wszędzie. (Mam na myśli rodziców którzy faktycznie pełnili swoją rolę, nie zaś tych zapisanych w "papierach"). Pomimo fizycznej odległości, pomimo braku kontaktu zostają z nami i w nas na całe życie. Wpływają najmocniej chyba na to, kim się stajemy, dają wyjątkową miłość i zachęcają by stawać się kimś więcej. Co do przyjaźni. Piękne uczucie oraz wzbogacające ale.... Według mnie przyjaźń wyrasta na pewnym gruncie i gdy zmieniają się okoliczności może znacząco się zredukować. Kto zostaje naszym przyjacielem? Podobno najtrwalszymi przyjaźniami są te zawarte w dzieciństwie, gdy mamy najwięcej czasu na ich zawieranie oraz wzmacnianie. Potem tym wspólnym gruntem może być jakaś pasja, wspólnota przeżyć, miejsce pracy. Przyjaźń, moim zdaniem wymaga wiele spędzonego razem czasu oraz właśnie tej wspólnie dzielonej przestrzeni. Gdy zmienia się miejsce zamieszkania, stan cywilny, lub przestrzeń zainteresowań ewoluuje w innym kierunku przyjacielskie więzi często się rozluźniają. Choć zapewne są osoby które mają inne doświadczenia. W moim przypadku najpiękniejsze przyjaźnie zawiązały się ....w organizacji świadków Jehowy. Z tymi ludźmi dzieliłam mnóstwo czasu, wspólną wizję przyszłości, te same wartości i często pozareligijne zainteresowania. Wspominam ich ciepło i z nostalgią. Poza organizacją poznałam sporo ciekawych osób. Odbyłam niejedną długą, czasem całonocną szczerą rozmowę przy wódce lub soku jabłkowym. Pozwoliłam zajrzeć innym nieco bardziej w głąb siebie. Mimo to żadnej z tych relacji nie nadałabym rangi przyjaźni. Brakowało...albo wspólnie spędzonego czasu albo dostatecznie stabilnej oraz ważnej dla obu stron przestrzeni. Albo jeszcze innych rzeczy
  17. 5 punktów
    Hmm, no i wybudowali tę tratwę, a robota poszła im szybko, bo mieli wytrenowane ręce. Największy problem stanowiło przegonienie poddrzewnych masturbantów, którzy byli niczym ekolodzy przykuci do drzew. Ale jak już zbudowali i odpłynęli i dopłynęli, to zapewne pierwsze, co zrobili, to się najedli, a później poszli na dziwki.
  18. 5 punktów
    Nie jestem pedantem, ale estetą raczej tak, lubię wyprasowaną koszulę, perfumy, czyste mieszkanie, moim zdaniem to świadczy o stanie umysłu. Brud na zewnątrz to brud "wewnątrz". Więc nie podchodzę pod Twoją teorię o facetach niepotrzebujacych czystości
  19. 5 punktów
    Jedu.. Mężczyźni to zdobywcy. Kobiety nie potrzebują wyzwań i kogos kto nie będzie przejmował się humorami. Tacy twardziele są fajni na tydzień. Potem kobieta jest sfrustrowana. Bo czuje się olewana. Gdzie Delfin napisał, że ją finansuje albo chce to robić. O zgrozo z facetami, którzy wspominają każdą złotówkę. Kurde to może policzymy ile wydała na benzynę, jeśli przyjechała autem godzinę drogi by tylko go zobaczyć? Oj mężczyźni nawet nie zdajecie sobie sprawy ile to kobieta inwestuje w jedno spotkanie. Np. Nowa bielizna, manicure, pedicure, może nowa bluzka której on jeszcze nie widział.. Składniki na kolacje plus wino... Etc etc...
  20. 5 punktów
    Seba... Tak szczerze. Wiesz jak to widzę? Dla mnie jakość/semsowność związków jest tak samo mierzalna jak każde inne zagadnienie. Jak jakość prawa na ten przykład. Nieznajomość prawa nie zwalnia z przestrzegania go, a prawo może być obiektywnie dobre albo złe. Poprawiające życie obywatela albo zmieniające je w koszmar. I nikt nie zarzuca malkontenctwa krytykom przepisów. O tych sprawach rozmawia się na zimno. Podobnie o ekonomii albo biologii. Mało tego, osobom nie potrafiącym pogodzić się z pewnymi prawidłami zarzuca się niedojrzałość, bo tak przecież świat jest skonstruowany... Ale gdy przychodzi o rozmów w kwestiach pożądania, namiętności i reprodukcji. O kwestiach które na które wpływ wywierają zarówno czynniki biologiczne, jak i ekonomiczne, socjologiczne czy prawne; ludzie naraz głupieją. Popadają w romantyczny idealizm, zaś poważną krytykę traktują jako przejaw niedojrzałości albo ekspresję traum krytyka. Religia znaczy dla wielu więcej niż pieniądze czy seks. To centrum istnienia, źródło najgłębszych doznań i największych nadziei. Atak na religię przeżywają mocniej niż atak na własną atrakcyjność czy rodzinę; zaś jej prawdziwość definiują w granicach naukowo nieweryfikowalnego, indywidualnego doświadczenia mistycznego. A jednak nie przeszkadza to innym ludziom, również na tym forum, jeździć po wierze jak po burej suce, rozbierać ją na czynniki pierwsze przy użyciu wszelkich możliwych nauk, ośmieszać lub aktywnie zwalczać. Nie widzisz tu hipokryzji? Bo ja tak. I nawet mam wytłumaczenie - tak jak człowiek zaangażowany emocjonalnie w wiarę nie dostrzega lub nie chce dostrzec pełni spektrum własnego położenia(zwłaszcza ciemniej strony), idealizując je ponad miarę, tak samo postępuje człowiek pragnący relacji intymnej bądź w nią zaangażowany. Tu i tu są dogmaty, przesądy i idealizacje. Tu i tam powołuje się na wyjątki by usprawiedliwić każdy niewygodny fakt, tu i tam traktuje się krytyków jako wykolejeńców; grzeszników którym zabrakło błogosławieństw.
  21. 5 punktów
    Szacunek do samego siebie jest dziś na wagę złota, Jedu. Ludzie potrafia się upodlać i upokarzać na tysiąc sposobów i akurat wyznanie komuś "nadal cię kocham" do nich nie należy. Palacze mają w nosie obrazki na opakowaniach i wszelkie próby nakłonienia ich do rzucenia. Nie uważam, że rozdrapywanie ran po 2 latach w formie listu jest genialnym pomysłem , ale potrafię zrozumieć taką potrzebę. Myślę, że większość ludzi spędza mnóstwo czasu na pisanie do byłych listów, które nigdy nie zostaną wysłane. Popieram jako formę zebrania myśli, "terapii", ale osobiście uważam, że takie rzeczy powinny pozostać zamknięte w szufladzie. Po 2 latach wolałbym czegoś takiego nie dostać lub udawać, że nie dostałem. Decyzja o spotkaniu twarzą w twarz jest dojrzala i nie widze w tym żadnej manipulacji ani wyrachowania. Nie jest pierwszą ani ostatnią, która wyparła sie bliskich pod wpływem religii a etykietka manipulatorki tu zwyczajnie nie pasuje.
  22. 5 punktów
    Jakich konkretnie? Zaraz zweryfikujemy w oparciu o statystyki i wyniki badań. Tylko proszę bez jakiegoś indywidualistycznego, nieistotnego statystycznie i nieweryfikowalnego mambo-dżambo ("piękne wnętrze"); bo zaraz się okaże, że stereotypowi atleci, aktorzy i przemysłowcy walą desperacko konia pod lasem, podczas gdy bezdomni z ujmującą osobowością i fascynującym życiorysem masowo przeprowadzają się do pałaców, gdzie czekają na nich haremy Każdy, kto nie bierze w równaniu pod uwagę pieniędzy i atrakcyjności fizycznej zaklina rzeczywistość, ponieważ to główne czynniki wpływu. I tak, zdaję sobie sprawę ze znaczenia siły charakteru, jednak ten kto ma silny charakter, ten równocześnie ma albo pozycję albo pieniądze albo na tyle wiedzy i samozaparcia by wyrzeźbić sobie sylwetkę, więc podpada pod wcześniejsze cechy. Pokłosiem charakteru jest zdolność do uczynienia samego siebie pożądanym.
  23. 5 punktów
    Kurcze, wyczuwam zgorzknienie level hard. Skąd aż tak złe zdanie o kobietach, ich intencjach i sposobie postępowania? Jakieś badania? Własne, rozliczne doświadczenia? A może to zwykłe generalizowanie, lub co gorsze - projekcja? A teraz napiszę coś dla przeciwwagi tego, że jesteśmy najgorszymi sukami, wampirami i potrzebujemy tamponów (wtf?). Byłam świadkówną. Porządną, ale nie na tyle, żeby się nie zakochać w światusie. Już to tu opisywałam, więc wiadomo, o co chodzi. Przegrał z Jehową. Wybrałam organizację. On tego pewno nigdy nie zrozumiał. Czas mijał. Dowiadywałam się o jego sukcesach zawodowych, o ślubie, kolejnych dzieciach. Za każdym razem czułam jakby nóż rozdzierał mi serce. Wiele lat trwałam w zawieszeniu, nie byłam w stanie z nikim się poważnie związać. Teraz mogę o tym mówić, pisać, ale nadal mi przykro, że dokonałam takiego wyboru w powodu organizacji, z której finalnie odeszłam. I On i każda inna osoba, którą kochałam, ma w moim sercu swoje miejsce. Nie można kogoś zapomnieć, wymazać z pamięci, szczególnie, jeśli było się z nim blisko i darzyło specjalnym uczuciem. To taki uczuciowy plik rar, czy zip, w którym zachowujemy pamięć o bliskich. Dziewczyna Delfina nie odzywała się tak długo i nawiązała kontakt w odpowiedzi na list. Sama pewno by tego spotkania nie zainicjowała. Czas, który minął od jej zaangażowania w org, to czas, który odpowiada mniej więcej euforii zakochania. Opada największy zachwyt i zaczynamy widzieć nasz "obiekt" w bardziej realnym świetle. Teraz otrzymała list i poczuła, że może się spotkać. Przestała pewno czuć na tyle silną, pierwotną miłość do wts, poczuła się za to swobodniejsza i pewniejsza w swojej wierze. Tylko tyle i aż tyle. I tu jest miejsce dla spekulacji, dlaczego się spotkała, dlaczego później już się nie odezwała i scenariuszy jest wiele. Tylko, czy jest sens to rozkminiać? W moim odczuciu uczucia obu stron były szczere. Jednak indywidualne cechy osobowości i przeżycia sprawiły, że w pewnym momencie dwoje kochających się ludzi straciło kompatybilność. I nie ma sensu wracać to tego "związku", zabiegać o uczucie, uznanie. To, że Dziewczyna któregoś dnia może wrócić, też nie oznacza, że jest manipulatorką szukającą "tamponu". Może po pewnym czasie się "przebudzić" i chcieć odejść z wts i normalnie powiedzieć "byłam zaślepiona, zmanipulowana, nigdy nie przestałam Cię kochać, przepraszam, daj mi szansę". Właściwie tylko taki scenariusz dawałby szanse na w miarę normalny układ. Inne konfiguracje nie rysują mi się jakoś specjalnie szczęśliwe. Nie ma jednak na tym świecie sposobu, żeby przewidzieć, czy i kiedy się przebudzi. Oznacza to ni mniej, ni więcej, to że musisz żyć swoim życiem. Żyć. Schować to uczucie gdzieś w sercu, w miejscu na miłe wspomnienia i zacząć oddychać powietrzem świata, w którym jej nie ma.
  24. 5 punktów
  25. 5 punktów
    Peter, ale dawkujesz emocje! Zlituj się nad moim słabym sercem i rzuć jakiś większy kąsek
  26. 4 punkty
    Gremczak, ja wychodzę z założenia, że po dłuższym czasie, wielu trudnych rozmowach i drażliwych kwestiach na pewne drobiazgi można przymknąć oko i zamiast za każdym razem omawiać je z partnerem lepiej już wyrzucić to przed kimś innym przy piwie. Czasami zwyczajnie dobrze jest dowiedziec się, co może myśleć ktoś, kto widzi całą sprawę z boku. Bo może przesadzasz, coś źle odbierasz albo nadajesz mu inne znaczenie. Więc zamiast wzywać partnera na "dywanik" i rozpoczynać dyskusję, która nigdy nie kończy się rozmową o jednej pierdółce a zamiast tego przeistacza się w dłuższy spór o przeszłości lepiej wygadać się komuś a do domu wrócić już w spokoju. Nie wszystko można zmienić w sobie i ulepszyć, są takie sprawy na które już nie mamy wpływu. Ale ktoś z boku musi nam to uświadomić, trzeba mieć porównanie. Poważne rozmowy pozostawmy na poważne problemy. I owszem, są takie rzeczy, których kobieta nigdy, przenigdy mężowi nie powie Bo żaden nie powinien i nie chciałby usłyszeć. Ze szczerością jest trochę jak z cegłą. Postawiane w odpowiednim czasie i w odpowiednim miejscu,m utrwalone odpowiednim spoiwem tworzą fundament. Ale rzucając nimi na oślep i bez rozwagi co najwyżej wybijesz komuś ząb.
  27. 4 punkty
    Gdyby przeczytali i docenili zamiast wydrwić, to podejrzewam, że byliby na tyle błyskotliwi, że daliby radę zbudować tratwę i odpłynąć, podczas gdy cała reszta byłaby zajęta współzawodnictwem w rozbijaniu sobie głów i przekazywaniu chorób wenerycznych.
  28. 4 punkty
    gdyby jednak dwóch najmniej atrakcyjnych rozbitków poczytało wcześniej kolegę Jededjaha, mogłoby pocieszać się przekonując samych siebie, że "związek z Renią" to najlepsza opcja gdyż dzięki temu można wyrwać się z gonitwy szczurów itd itp.
  29. 4 punkty
    Właśnie. MAJĄTKU. Już @zarina komentowała, że niech to już będzie jakaś prawdziwa kasa, skoro nią się tak tu podniecamy. Naprawdę to majątek i brak chęci potencjalnego podziału ma stanowić argument przeciwko związkom? A od czego są intercyzy? Ktoś o szczerych intencjach nie powinien mieć z tym problemu. A najlepsze lata to te, które przeżywamy szczęśliwie. Oczywiście zwykło się za nie uważać młodość. Ale czy tak jest naprawdę? Nie sądzę. Widzę wiele dojrzałych osób, które ułożyły sobie życie i są szczęśliwe. Dawanie sobie działa w obie strony. Zarówno kobieta jak i mężczyzna z powodzeniem mogą żyć samodzielnie i prowadzić jednoosobowe gospodarstwo. I szczerze mówiąc kobiety znów mają łatwiej: - okres ma raz w miesiącu, a faceci cały czas, - nie musi płacić za przygodny seks (choć w dalszym ciągu inwestuje w siebie więcej niż facet w gumki). Tylko w związku z kimś nie chodzi wyłącznie o te czynności. Że ilość seksu w stałych związkach spada, to chyba nie jest kwestia ostatnich lat? I czy na pewno jest to grupa rosnąca? Czy może rośnie dlatego, że społeczeństwo się starzeje? Imho zawsze były pary, które korzystały z uroków intymności pomimo wieku. I zawsze będą. Ludzie dłużej pozostają "młodzi". W tej chwili 50 (a czasami i 60) latek może z powodzeniem konkurować z 40 latkiem sprzed 3-4 dekad. Coraz trudniej ocenić wiek. Boląca głowa to jakiś żart. Na ból głowy najlepszy jest właśnie seks. Chyba, że mówimy o prawdziwej migrenie, ale bądźmy szczerzy, prawdziwe migreny miewa mniej ludzi, niż myślimy. Ps. maszyna gotuje? Ożeż! No to teraz wymyśliłeś.
  30. 4 punkty
    Przepraszam, że dopiero teraz odpisuję, ale zajęta byłam ręcznym myciem pozłacanych talerzy, kryształowych kieliszków do szampana, miseczek na kawior i praniem kaszmirowych pulowerów i jedwabnych bokserek mego Pana. To wszystko, co robię, to nic wobec jego niezasłużonej życzliwości. On jest dla mnie wszystkim! Każdego dnia jestem wdzięczna losowi, że wybrał mnie z tłumów kandydatek. Staram się robić wszystko i na czas, żeby nie musiał się denerwować. Wiem, że za tydzień znowu dostanę pieniądze na zakupy i będę mogła lecieć do Paryża. No chyba, że nie będzie mi się chciało, to wtedy skoczę do Biedronki. Jeśli nie jest zbyt zmęczony po pracy, albo nie wychodzi z kolegami na drinka, to czasami mnie przeleci. Nie jest to to, co dawniej, że nie mogłam się opędzić od niego. Teraz już na mnie tak nie patrzy. Mówi, że nadal jestem piękna, ale... No właśnie. Może powinnam zrobić coś z tymi rozstępami po ciążach? Kiedyś w żartach z kolegami mówił, że faceci ich nie mają, bo to brzydko wygląda. Hmmm, staram się, ale on tego nie widzi. Nawet nie skomentuje, że mam nową fryzurę. Specjalnie dla niego zrobiłam ją. Kiedyś mówił mi bez przerwy, że super wyglądam. Teraz przestał. Może mu to spowszedniało? Ale nadal jest dla mnie wszystkim. Za jego spojrzenie, uśmiech, gest odgarniania kosmyków z czoła dałabym się pokroić.
  31. 4 punkty
    Czasem się coś o mnie wkrada, dlatego muszę być czujny! Ale cieszę się, że dyskusja zrodziła dyskusję. Niektóre tematy dają do myślenia i pozwalają spojrzeć na samego siebie poprzez pryzmat innych. Zapewne powrócimy do "biednego" Delfina, gdy zjawię się z konkretnym problemem za jakiś czas. ...a ja tylko chciałem się ponownie przywitać...
  32. 4 punkty
    To juz widze jak przychodzisz do niej i cos tam mowisz, ze chcesz adoptowac dziecko, ktorego zostałes ojcem podczas trwania Waszego zwiazku
  33. 4 punkty
    skoro już sobie tak rozmawiamy drodzy na tym Delfinowym wątku to i ja dorzucę kamyk kobieta najbardziej chce być chciana!!! wyjątkowa uwielbiana żeby on jej powiedział TY ALBO ŻADNA facet musi być pewny siebie nawet jak jest tylko ciut ładniejszy od diabła
  34. 4 punkty
    Jakkolwiek wszyscy tu piszemy to tylko nasze projekcje w ocenie osoby której nie znamy.
  35. 4 punkty
    Nadal nie widzę tu nic na tyle złego, żebyś mógł sobie pozwolić na plucie jadem. Nie wiem jak sam zareagowałbym na emocjonalny list po dlugim czasie braku kontaktu, ale wątpię, by wiele osób zdobyło sie na rozmowę twarzą w twarz. O co masz pretensje, ze sie odezwała, że z nim rozmawiała, czyo to, że byc może postanowiła całkowicie zerwać kontakt? Co jest takiego och ach nieszczerego? Może wpadła w panikę, może próbuje sobie wszystko poukładać w głowie i spojrzeć na wszystko z dystansem i zastanowic sie czego własciwie chce, zanim cokolwiek mu obieca albo powie/ zrobi cos, czego będzie żałowała? I chociaż jak już mówiłem nie popieram i sam bym sie nigdy nie zdecydował na wysłanie listu jak to zrobił delfin to nadal nie ma w tej sytuacji nic co by go upodliło. Jeżeli facet twierdzi, że walka o kogoś na kim nam zależy jest niemęska i dla mięczaków to najpewniej sam nigdy nie mial nic o co warto by bylo sie starac.
  36. 4 punkty
    Może i tak będzie Jede.. Ile kobiet tyle zachowań. Nie myśl też, że nie bywa odwrotnie. Kobiety zakochane po uszy w mężczyznach godzą się na niewygodne romanse byle tylko kilka chwil spędzić z ukochanym. Może nie ubywa im z portfela ale za to ubywa im reputacji, bo są nazywane odpowiednio i są potepiane. Facet czuje się frajerem a kobiety wiadomo.. Nie ma jednoznacznych sytuacji..
  37. 4 punkty
    Też tak myślę, Jedi opisał podstawowe prawa natury i instynkty., które w zasadzie są prawdziwe i leżą u podstaw naszych wyborów. W to zaangażowany jest jeszcze rozum, który niejednokrotnie stoi w sprzeczności z instynktem, potem jednak wychodzi na to, że działa z instynktem Jak poznałem swoją żonę, to powiedziałem jej, że przyszłość maluje się raczej szaro. Zamknięta firma, długi, nieudany etap w życiu, lata męki przed nami, taka opcja, chociaż nie załamywałem przy tym rąk. Jednak się zdecydowała pomimo mojej szczerości. Może dlatego, że hormony "wiedzą", że będziemy mieć ładne, zdrowe dzieci A tak naprawdę wspólną, ciężką pracą prawie wyszliśmy na prostą w czasie, krótszym niż się spodziewaliśmy i jest lepiej niż mogliśmy sobie wymarzyć, może to też instynkt jej "podpowiedział", stąd jej wybór, że lubię wyzwania, życia się nie boję, nie przywiązuję uwagi do tego co posiadam, więc nie cierpię z powodu zmian i lubię rozsądną niestabilność. Jestem wyznawcą "niepewnizmu" - może to było to. Zapytam jak wróci z pracy
  38. 4 punkty
    AJ WAJ! ty wciaz taki zgorzkniały.
  39. 4 punkty
    nie chcę się wcinać w debatę starych kawalerów, ale mam wrażenie że i antykierat i jededjah widzą sprawę przez pryzmat własnych osobistych niepowodzeń uczuciowych.
  40. 4 punkty
    Witam Was kochani po prawie dwóch latach nieobecności. Około półtorej roku temu zakończyłem walkę opisywaną w temacie "wiara ponad miłość" (ciekaw jestem, czy ktokolwiek pamięta moje wysiłki i starania owiane potem czoła). W marcu 2016 roku zakończyliśmy znajomość, oddalała się coraz to bardziej, a ja nie widziałem już żadnych efektów mojej walki o jej trzeźwe myślenie względem SJ. Po kilku miesiącach zobaczyłem wpis, że jednak jej "marzenie" się spełniło, wskoczyła do basenu. To tylko upewniło mnie w mojej decyzji. Bolało, myślałem o niej dzień w dzień. Nawet spróbowałem się z kimś związać, ale bez większego sukcesu. W końcu coś we mnie pękło, tydzień temu napisałem do niej list. Zwykły, przypominający o sobie, bez pytań, wymagań, wielkich wzniesień. Po prostu, odczuwałem taką potrzebę. Obyło się bez odpowiedzi, więc w końcu mogłem w głowie już na dobre zamknąć pewien etap, aż do piątku... W godzinach wieczornych dostałem sms, że widzi mój samochód przed domem i czy mam ochotę na spacer (mieszkamy od siebie godzinę drogi, nigdy tak daleko się nie zapuszczała, tym bardziej sama, samochodem). Byłem w szoku, półtorej roku...a nagle, za chwil parę mamy się zobaczyć... Nadeszła ta chwila, gdy tylko się zobaczyliśmy, łzy płynęły nam strumieniami. Opowiadaliśmy o wszystkim, patrzyliśmy w gwiazdy. Ona sama ze szczegółami opowiadała mi o moim życiu udowadniając tym samym, że dzień w dzień śledziła moje życie na facebooku. Mówiła, że każdego dnia tęskniła, że kocha, że nie potrafi zapomnieć, że jestem wszystkim itd itd. A co się stało po spotkaniu, które trwało prawie do rana? Brak odpowiedzi na wiadomości, brak "zainteresowania"...znów cisza i zapewne ściana solidnie zbudowana. Pojawiła się we mnie dezorientacja, ale i poczucie małego sukcesu...że jednak zdobyłem jej serducho, czas zmagań nie poszedł w zapomnienie, ale jednak...co mi z tego Nie będę wchodził w szczegóły, ponieważ to forum "techniczne", a nie miłosne, ale tym wstępem chciałbym Wam zapowiedzieć moją prawdopodobnie ponowną obecność tutaj, u Was. Czuję, że temat w moim życiu powrócił i SJ nie odeszło na dobre...a co najgorsze, obawiam się, że znów obudzi się za kilka chwil we mnie chęć walki z wiatrakami, smokami i fanklubem Kubusia Puchatka czyli zborem i jej światem... Witajcie ponownie!
  41. 4 punkty
    Jak zaplątać się we własnych twierdzeniach? WTS potrafi zrobić niezłą woltę. Poczytajcie. (2) str 29 tak mówi o tabliczce astronomicznej VAT 4956: Jest to tabliczka zapisana pismem klinowym. Zawiera dane astronomiczne umożliwiające określenie dat aż do roku 568 p.n.e. Wyjaśnia, że obserwacje pochodzą z 37 roku rządów Nabuchodonozora. Pasowałoby to do chronologii, według której 18 rokiem jego panowania był rok 587/586 p.n.e. Tabliczkę tę uznano jednak za kopię sporządzoną w III wieku p.n.e., jest więc możliwe, że po prostu zawiera ona takie informacje historyczne, jakie uznawano w okresie Seleucydów. (3) str 25: Tabliczka VAT 4956 wspomina o zaćmieniu Księżyca w 15 dniu Simanu, trzeciego miesiąca w kalendarzu babilońskim. Faktem jest, że w roku 568 p.n.e. w tym miesiącu rzeczywiście nastąpiło zaćmienie Księżyca (według kalendarza juliańskiego było to 4 lipca). Jednakże takie zaćmienie miało miejsce również 20 lat wcześniej — 15 lipca 588 roku p.n.e. Gdyby to rok 588 p.n.e. był 37 rokiem panowania Nebukadneccara II, wówczas 18 rok jego panowania — kiedy zburzono Jerozolimę — wypadłby w roku 607 p.n.e., czyli dokładnie tak, jak wskazuje chronologia biblijna! W 1997 roku tabliczka VAT 4956 wg WTS była dowodem na rok 587 p.n.e. Nic więc dziwnego, że „uznano ją za kopię”, dyskredytując jej wartość. W 2011 roku okazało się, że wg badaczy ta tabliczka może wskazywać na 607 rok. Jednocześnie tabliczka przestała być uznawana za kopię. Z samą tabliczką rozprawię się (o ile starczy mi siły) w którejś z kolejnych części. Podsumowanie: jeśli dowody są przeciwko nam, tym gorzej dla dowodów.
  42. 4 punkty
    Zgadzam się, że to JAD. Ja rozumiem Twoją ścieżkę. Szanuje JĄ bardzo, znam i osobiście cenię i jestem na własnym doświadczeniu w stanie stwierdzić, że "działa" . Uważam, że jest niezwykle pożyteczna. Uważam też, że ta ścieżka nie jest niestety remedium - bo w pewnych przypadkach nie ma "odpowiedniej wyporności". . Np. bo musisz tylko wiedzieć/czuć /uważać/przeczuwać/domyślać się etc. że Ten Rodzaj Myśli - taki lub inny- to Właśnie Jad. o którym musisz "wiedzieć, że jest", żeby mu się przeciwstawić w sposób, który proponujesz, który proponuje "ścieżka". Zgadzam się, że "jak już wiesz, że tak jest" to ta metoda jest skuteczna, bardzo. Zazwyczaj jednak w tych najważniejszych "kwestiach" jest tak, że nie wiesz.... Żeby z niej korzystać to musisz mieć tą, że tak to nazwę "pierwszą świadomość" - możliwość zobaczenia, że twoja percepcja nie jest "zdrowa" tylko "jadowita". Dlaczego masz na to wpaść, że "coś jest nie tak"skoro masz przekonanie, że jest ok? Że nie jest w porządku, że nic Cię nie cieszy i chcesz umrzeć jak będziesz miał 50 lat? Nic Cię nie niepokoi przecież. Żadne "pytania", "wątpliwości" nie dręczą Twojego Ja. Jedyny "sygnał" - to, że "nie czujesz radości" ale to chyba może być spoko, to wstęp do nirwany przecież - O takiej pułapce Gruby właśnie starałam się powiedzieć w np. wcześniejszym poście ...... kurde znałam "ludzi w tym momencie" i nie była to kwestia Ich Wolnego Światopoglądu tylko..."mechanizmów z dzieciństwa", że tak to nazwę. W skrócie pisząc: Człowiek, który Nie Chce Czuć Naprawdę ...Wypierdala do Tybetu i Goli Głowę ...a nie zakłada rodzinę i Twierdzi, że nic nie czuje. To nie tak. Człowiek, który jest nieszczęśliwy "bo nie czuje" jest narażony na wszystko... Ideologię a nie idee, na sekty itp. Taki ktoś "Nie czuje" z bardzo ważnego i trudnego życiowego powodu a nie na skutek kontemplacji/szkoły etc. a najczęściej to myli zwyczajnie...to też jest kolejnym mechanizmem obronnym. Moim zdaniem bardzo ważne, żeby strać się rozróżnić powód/chęć/przyczynę motywacji ludzi, którym taka "ścieżka jest miła" . Różnica jest taka moim zdaniem : dla pewnej grupy ludzi ta filozofia to świadomy wybór dla zdecydowanej reszty to "jadowita ideologia" wpasowująca się w deficyty emocjonalne a tym samym psychologiczne, powstałe na skutek przerypanych doświadczeń (traum) . Dla Ciebie taka percepcja Yogiego przecież również jest Jadowita. Żeby dotrzeć do tej "pierwszej świadomości" w "sytuacji" Yogiegoi to był dla mnie bardzo ciężki i trudny proces. Dużo czasu minęło, żebym wiedziała, że to co "wiem - z absolutnym przekonaniem" jest od czapy ( a już od paru lat miałam wyższe z filozofii ). Teraz wiem, że nie zrobiłabym tego sama. Byłam "za mądra". Jak masz "TO" zobaczyć kiedy myślisz, że "TO" co widzisz/myślisz To prawda i potrafisz naprawdę uzasadnić i triumfujesz nieustannie kiedy w dyskusjach, które toczysz nikomu się nie udaje Ciebie pokonać ? W kontekście faktów weryfikowalnych nieemocjonalnie takich jak: Daty Armagedonu Według ŚJ etc. - jest to bardzo ciężkie ...ale dużo łatwiejsze niż kwestia, o której rozmawiamy czyli kwestia jednostkowych "mechanizmów obronnych" To tym bardziej trudne im bardziej jesteś inteligentny i wrażliwi a im bardziej dostaliśmy "w dupę w dzieciństwie" . ( W moim odczuciu to właśnie przypadek Yogiiiego) Im bardziej jesteś "inteligentny" tym skuteczniejsze mechanizmy psychologiczne służące obronie, budowałeś sobie jak byłeś mały. Wtedy te"mechanizmy" pozwalały Ci przetrwać. Pozwalały ci przeżyć.Wtedy były cenne, teraz są "jadowite". Tak w mojej jak i TwojejGruby opinii - jesteśmy to w stanie szybko stwierdzić dlatego, że dla "nas" to o czym pisze dzisiaj Yogiii, to "kosmos". Co nie zmienia faktu, że dla Yogiego to prawdziwe i wcale nie jadowite..tylko normalne. (Znam i wiem, zupełnie spokojnie może tak być a wręcz: Jest Tak. ). To "Prawdziwe Odczucie " nie na poziomie "niespokojnych myśli" TYLKO PRAWDZIWE NA POZIOMIE JA. Moim zdaniem pracować z własnym "Jadowitym Ja" może już poukładany na podstawowych i wyższych jakiś kolejnych levelach ktoś typu mnich albo geniusz. W mojej opinii "przeciętny" nad- inteligentny i "nadwrażliwy"człowiek wychowany w warunkach "przemocowych", który jako dziecko wykształcił sobie odpowiednie mechanizmy, żeby przeżyć - nie jest w stanie tego zrobić bez "rewelacyjnego terapeuty"- kogoś z zewnątrz.. Jego umysł-inteligencja i wrażliwość, która go chroniła i "nawyki społeczno-obronne" powstałe w związku z tym są zbyt szczelną tamą dla Ja bo to "super-inteligentne"emocjonalne barykady dla "Ja", Ja które jest niestety w związku z tym wszystkimi jest tym wszystkim. I jest "jadowite" No chyba oczywiście, że to geniusz. Możliwe , że był nim Budda. I wcale nie drwię w tym momencie. p.s. Sorry Yogiii ale chcą nie chcą chyba Twoje wpisy stały się fundamentem do dużo ogólniejszej dyskusji. Dla mnie ważnej.
  43. 4 punkty
    Ja lubię jak się „coś” dzieję. Lubię „coś” robić. Piszę ogólnikowo bo rozpiętość tego co może mnie cieszyć jest stosunkowo duża. Lubię robić nowe rzeczy, takie których w ogóle nie umiem: np. walczyć ze snowboardem, posadzić nasiona i jarać się każdego dnia tym jak rosną z nich rośliny i jakie to jest spektakularne, pójść na ściankę wspinaczkową albo zjeść coś co jest w smaku zupełnie do niczego niepodobne, lubię też jeść coś co jest moje ulubione, i słuchać muzyki którą bardzo dobrze nam. Lubię czytać o „czymś” czego nie znam: to może być małpa Bonobo , biografia Billy Holiday albo stromatolity - whatever. Bardzo lubię rozmawiać z ludźmi ( mogą być i „obcy” )i słuchać o tym co ich kręci albo jest dla nich ważne albo co myślą etc. Relacje z ludźmi wokół też są dla mnie ważne. Lubię je i lubię być ich częścią. O np. wczoraj się nasłuchałam, że „morsowanie” jest podobnież zajebiste więc jak temp. odpowiednio spadnie to zamierzam wejść w pierońsko zimny dzień do pierońsko zimnej wody - chce to poczuć. Lubię też sobie leżeć i oddychać. Chyba nie mam tak, że oczekuję od życia czegoś konkretnie określonego, czegoś innego niż to czym i o czym jest moje życie. Lubię wyjeżdżać i lubię być w domu. Lubię być z ludźmi i lubię być sama. Lubię sobie móc zrobić niedziele w środę. Nie myślę o starości bo „Byciem Moim” - w takim (w tym kontekście) heideggerowskim ujęciu „das Sein”,Dasein- ciężko mi „to dogonić”. Kiedyś myślałam, że „stara” będę właśnie teraz. Rzeczą, której bardzo, bardzo nie lubię to są takie chwile w moim życiu, o których mogę z perspektywy czasu powiedzieć jakoś tak, że pozwoliłam mojemu własnemu umysłowi by zamknął mnie w okropnym więzieniu. A zdarzyło się parę razy. To był niefajny stan i czas, którego nie lubię.
  44. 4 punkty
    Tak. Widzę ten strach u swojej mamy. To właśnie on chyba ostatnio zresetował jej software i kazał zahibernować zwoje odpowiedzialne za logiczne łączenie faktów. Głośno zadeklarował, że nie uwierzy w to, co mówię ja, mój przyjaciel, internet. Bo to są tylko niesprawdzalne informacje, które rozsiewają odstępcy. I nie da się ich zweryfikować, bo przecież nie wiadomo, czy to, co pisze internet o sprawach sądowych i wyrokach przeciwko wts, o molestowaniu, o Australii to tylko newsy z netu. Takie newsy jak śmierć Tiny Turner. Ona już w nie nie uwierzy. Ale uwierzyła, że na zdjęciu z mostu pod parlamentem w Londynie to był rozjechany stojak i małżeństwo pionierów, bo Arab-zamachowiec wjechał właśnie w świadków. W to uwierzyła. Dopiero jak jej wysłałam info, że to było stoisko z pocztówkami i żaden pionier nie poniósł śmierci i nie stał się ofiarą wyznawcy alterego Jehowy, to tylko westchnęła. W przypadku ludzi podobnych do niej działa właśnie strach, który zamyka przed wszystkim obcym, strach przed ewentualnością, że poświęcili życie dla fałszywej idei, że całe życie szli do oazy, która jest fatamorganą. Ale idą do niej dalej choć podejrzewają, że prawie na pewno jej nie ma. Przecież tak długo już idą, że szkoda zawrócić, szkoda drogi... Tak idzie moja mama. Ja, w zależności od samopoczucia, czuję się różnie w kwestii tej fatamorgany. Czasami czuję się oszukana, czasami zdradzona. Czasami wraca lęk, że jednak może ona jest oazą i należy wrócić do karawany. Na szczęście od relatywnie dłuższego czasu ten lęk już nie powraca. Zastąpił go żal, że moi bliscy są tak oczarowani dupą wielbłąda, za którym idą, że każdą wydmę traktują jako ziemię obiecaną i do niej idą jak ślepe owce. Żal, że nie mam narzędzi ani sposobu, żeby im pokazać, że ich mapa pustyni to tylko mapka z gry planszowej, w której wszyscy są pionkami. Ale nie ma nic na siłę. Mnie też nikt by nigdy w życiu nie przebudził. To musiało przyjść samo. Ale jak już przyszło, to przypomniały mi się rzeczy, które kiedyś przez przypadek przeczytałam na watchtowerpl (bo przez pomyłkę wpisałam pl zamiast org) i na forach exów (gdy szukałam scanów służby królestwa). A potem już było z górki.
  45. 3 punkty
    CzarnySmoku, obawiam się, że zarówno jedno jak i drugie. Uwierzyła w zbawienie, zapowiedzi raju, nieskazitelność, sterylność namiotu, w który została wciągnięta, wyjątkowość, oświecenie, odnalezienie tej jedynej, prawdziwej wiary, głaskanie lwa, Kubusia Puchatka i stumilowy las. Jest również niewątpliwie zmanipulowana przez otoczenie, które już ją do basenu doprowadziło (rok temu). Zresztą na początkowym etapie wydaje mi się, że te dwie sprawy chodzą ze sobą w parze: fascynacja "oświeceniem" prawdy i manipulacja. Przypomnę: jej rodzice nie są w prawdzie, są w świecie. Z większości znajomych rownież zrezygnowała na poczet SJ. A jej największa, szkolna przyjaciółka, jest SJtem z dziada pradziada i to ona ją wciągnęła i to ona...ją wprowadziła. Jak pisałem kilka wątków wyżej, to było jak przeciąganie liny. Stałem się diabłem, który pod idealną postacią zszedł na ziemię, a zbór wmawiał jej, że cierpi i nie może skupić się na wierze, ponieważ martwią się o nią (w skrócie, wcześniej sam pod kamuflażem normalności uczestniczyłem dla niej w zebraniach, w studiowaniu strażnicy, z pomocą Piotra A pokazywaniu jej nieprawidłowości, ale walka na tym polu, na tamtym etapie była z góry skazana na niepowodzenie. To coś jak zabronienie nastoletniej córce wejścia na motocykl z długowłosym, starszym facetem którego kocha. I tak wskoczy, wejdzie, przejedzie się, a ocknie się gdy dojdzie do wypadku) Nie wiem, jak będzie i jest teraz, po półtorej roku separacji ode mnie, a rok po wskoczeniu do basenu, a ponad tydzień po emocjonalnym spotkaniu i wewnętrznym "powrocie uczucia". Odpowiedzi poznam w najbliższych miesiącach Wystarczyło odświeżyć Delfinowy wątek po ponad półtorej roku i już piaskownica funkcjonuje
  46. 3 punkty
    Blad. On by powiedzial, ze to jakies tam dziecko...a ze akurat te sobie upatrzyl....:)
  47. 3 punkty
    Smoku, ale twoja historia świadczy źle o 2 osobach, nie tylko o kobitce. Z jednej strony "skoczek w boczek" przez faceta ujdzie w tłoku a z drugiej zdradzenie męża i zajście w ciążę z innym to już koniec świata. To aby nie są podwójne standardy?
  48. 3 punkty
    Z pewnością właśnie tak by było. Tylko przy tej metodzie jesteś w stanie osiągnąć stan, w którym stwierdzasz: - O, następna fobia do kolekcji, czas zastosować metodę. Sam stan świadomego zaobserwowania fobii, może przyczynić się do jej zredukowania. Pamiętam kiedyś ja Bayra opisała ten proces. Parafrazując: Widzę jak mnie dopada, ściska, zaczynam się dusić i wtedy mówię, no dobra jak już jesteś to wchodź, wchodzi, przenika mnie i wychodzi plecami. Wtedy tego nie rozumiałem jak to możliwe, aby osiągać taki stan. Teraz wiem, że to była Uwazność, czyli stan obserwacji emocji, a nie stanie się samą emocją. Wiesz, to, że stwierdzasz, że pojawi się nowa fobia, też jest jedynie myślą. Zauważ to. Umysł od razu atakuje, pędzi i wymyśla nowy problem. Nie jest przyjacielem. Przy probie medytacji zachowuje się identycznie, skacze jak szalona małpka, nie potrafimy nawet pięciu minut skupić się na oddechu, myśli ciągle przychodzą, jednak wtedy znowu wracasz do oddechu i skupiasz się tylko na nozdrzach, myśli stają się przechodzącym tłem. Do tego służy trening. Do stopniowego nabranie umiejętności co raz dłuższego utrzymywania stanu świadomości, że myśli to tło i większość z nich to śmieci. Tak jest, po latach umysł często wygląda jak zagracony strych. Do opanowania malpki potrzebujesz 2 miesiace praktyki, a potem już całe życie warto praktykować, będziesz wtedy wiedziała kiedy nadchodzi małpka. A jak to wiesz, to wtedy stwierdzasz: - A aaa.. To tylko małpka. Wtedy jesteś mistrzem Zen. To wszystko na temat tej skomplikowanej "filozofii".
  49. 3 punkty
    Od kiedy liczyć początek 70 lat niewoli żydów oraz początek Czasów Pogan? Na prośbę Roszady przeszukałem publikacje WTSu celem ustalenia jaki dzień wg nich jest początkiem 70-letniej niewoli a tym samym początkiem "Czasów Pogan". Oto wnioski 2 Królów 25 podaje kiedy zdobyto Jerozolimę: Wersety 3 i 4: A werset 8 i 9 dodają Wg moich wyliczeń w oparciu o http://calculla.pl/formaty_dat dziewiąty dzień czwartego miesiąca to 14 czerwca 607 (przyjmuję chronologię WTSu). Natomiast piąty miesiąc i siódmy dzień to 11 lipca 607. Wtedy zdobyto Jerozolimę. Jednak żadna z tych dat nie jest wg WTS początkiem niewoli, a tym samym początkiem Czasów Pogan. Strażnica w06 15.1 strona 19 mówi: Twierdzi się zatem, że początek 70 lat należy liczyć od 7 miesiąca, który zaczynał się 13 września. Wg WTSu miasto zostało do tego czasu całkowicie zniszczone oraz wyludnione (nikt tam nie mieszkał przez kolejne 70 lat) Jakie problemy tu występują: Po pierwsze, WTS twierdzi, że okres spustoszenia trwał DOKŁADNIE 70 lat, i zakończył się też w 7 miesiącu. Nie uwzględnia jednak tego, że pierwsza ofiara po powrocie była złożona 1 dnia 7 miesiąca, a Gedaliasza zamordowano w trakcie 7 miesiąca, co powoduje, że nie mamy 70 lat co do miesiąca, tylko z pewnym zaokrągleniem. Po drugie, 2 Królów 25:22-26 mówi o spisku na życie namiestnika Gedaliasza i ucieczce pozostałych żydów do Egiptu. Jeżeli Nebukadneccar ustanowił namiestnika w 5 miesiącu, to trudno liczyć na to, by przygotowano i przeprowadzono spisek na jego życie w około 2 miesiące. Bardziej prawdopodobne jest to, że był to 7 miesiąc, ale któregoś kolejnego roku. Księga Jeremiasza 40 rozdział mówi, że po ustanowieniu Gedaliasza życie w Jerozolimie wracało do normalności. Spisek i wydarzenia późniejsze zdają się być rozciągnięte w czasie. Zatem ucieczka nie nastąpiła w 607, tylko 606, 605 a może 604 (wg chronologii WTSu) Po trzecie, sama Biblia potwierdza, że ucieczka do Egiptu po zabójstwie Gedaliasza nie nastąpiła natychmiast. Zobaczmy Ezechiela 33:21 i 27 Kiedy to było? Książka Pismo natchnione mówi: Jeśli wierzyć przelicznikom, był to 15 grudnia 607. Wg Jehowy w zdobytym Jeruzalem wciąż mieszkali ludzie, nie była ona zatem całkowicie spustoszona. Nie wiadomo jak długo jeszcze ktoś tam mieszkał. A może nigdy nie została wyludniona? Nie sprawdzałem co mówi historia. Wnioski: 1. Jak by nie liczyć, nie da dokładnie ustalić dnia, będącego początkiem 70 lat. 2. Wydarzenia związane ze zburzeniem Jerozolimy są rozciągnięte w czasie 3. Jakakolwiek data z 1914 roku, wybrana przez WTS za dzień końca Czasów Pogan nie będzie oparta na faktach. KONIEC
  50. 3 punkty
    Nie musi byc to paranoja, poniewaz moze to byc poglad rowniez obiektywnie poprawny, wymaga jednak swiadomosci i wiedzy o rzeczy, ktora wlasnie w obiektywny sposob potrafi nam ten pogląd przedstawic. Juz tlumacze: nasz umysł jest w niemal 100 % przypadkow naszym wrogiem w kwestiach próby poznania obiektywnych informacji na temat prawie całego wszechswiata, poniewaz na kazdym kroku jestesmy bardzo ograniczani przez własne umysłowe bariery: będa to bariery swiadome (np. wiara w cos) lub zupelnie dla nas nieznane lub ktorych nie jestesmy swiadomi (np. każdy zmysł jaki posiadamy i jakiego uzywamy wymusza ograniczenie poznania). Mozna potraktowac jako cud (co bedzie tez ograniczonym wnioskiem, ktory serwuje nam nasz wróg-umysł), ze udało nam sie wykształcić ideę poznania poza własne zmysły i na dodatek ją zrealizować (potrafimy przeciez badać prawie całe pektrum EM oraz generowac dzwieki o dlugosci fali rzedu wielkosci sieci krystalicznej), udało nam sie poznac mechanike kwantową i przyznac, ze nie jest ona "teorią ostateczną". Poza nauką w sensie technicznym, która przeciez wywodzi sie z filozofii, udało nam się wykształcić taki byc jak idea, wzór i moralnosc, ktore nie maja przeciez fizycznych odpowiednikow, przenikają nas i nasze spoleczenstwa a istnieją prawdopodobnie poza naszym własnym poznaniem, bo egoistyczne jest twierdzenie, ze poza nami nie istnieje inteligencja. Udało nam sie zebrać i skatalogować to niematerialne, jednak istniejace zjawisko ideii i wiary jak i przekonań, poznać je za pomoca naszych niedoskonałych narzedzi - i co najlepsze, iektorzy wciaz szukaja mozliwosci ulepszenia tego, co mamy i przekroczenia kolejnej bariery, by np. poznac, co to jest swiadomosc i dlaczego swiadomosc istnieje. Bedzie to rewolucyjne, poniewaz pozwoli nam zobaczyc jak niedoskonałe sa narzedzia naszego umysłu i dzieki temu pozwloli nam stworzyc nowe, lepsze szukajac kolejnej bariery...