Ranking


Popularna zawartość

Treść z najwyższą oceną od 06.05.2012 uwzględniając wszystkie działy

  1. 1 punkt
  2. 1 punkt
  3. 1 punkt
    Oto moja historia. Zaczela sie robic przydluga wiec odpuscilam sobie 'pikantne szczegoly'. Staram sie zostawic, przykra przeszlosc za soba, zamknelam ten rozdzial. Potrzebuje jednak kontaktu z ludzmi, ktorzy przeszli przez 'organizacje' bo chce prowadzic normalne i szczesciwe zycie. Uznalam wiec, ze uczciwym bedzie, jezeli przedstawie chociaz zarys. Nigdy z nikim o tym nie rozmawialam (naprawde _NIKIM_) wiec jest to swojego rodzaju 'moj pierwszy raz' ******************************************* Moja historia nie jest chyba aż tak dramatyczna jak niektóre tu przytoczone na forum. Mam 28 lat, od 9 lat uczę się życia od nowa, a z rodziny zostali mi tylko dziadkowie i młodsza siostra. Obecnie jestem szczęśliwa. Po mału spełniam swoje marzenia, mam kochanego narzeczonego i mieszkam w uroczej części Europy. Choć czasem jeszcze zamyślam się nad tym, co by było gdyby… Ale od początku. Moje ostatnie szczęśliwe wspomnienie z dzieciństwa mam z wieku jakiś 5/6 lat. Wakacje z dziadkami nad jeziorem. Tylko ja i moja rodzina. Był to rok 1992, kiedy wprowadzono obowiązkową religie dla szkół i zerówek. Moja matka zaprowadziła mnie właśnie do zerówki i po krótkiej rozmowie z moja nowa nauczycielka - jęknęła. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, ze dźwięk tego jęku będzie mi towarzyszył przez najbliższe 14 lat. Na religie wtedy nie poszłam. Byłam dzieckiem bardzo nieśmiałym, zamkniętym nie rozumiałam większości tego, co się wokół mnie działo i jakby tego było mało zawsze miałam problem z odróżnianiem twarzy. Matka była moim całym światem. Ją znałam, ją potrafiłam odróżnić. Ufałam jej bezgranicznie. Matka od jakiegoś czasu już, w skryciu przed wszystkimi, uczęszczała na studium biblijne. Rodzina nie zaakceptowała faktu, ze ja ze starsza siostra nie chodzimy na religie. Matka znalazła rozwiązanie – wszyscy, włączając ojca, będziemy uczestniczyć w studium biblijnym. Nie trzeba mówić, jaka wojnę to rozpętało. Obie babcie po prostu nie mogły przetrawić faktu, ze ja z siostra nigdy nie pójdziemy do komunii a nożem w rodzinne serce było, gdy moi rodzice oznajmili wszystkim, ze od tej pory po kres czasu nie będziemy uczestniczyć w rodzinnych świętach. Moi rodzice nigdy nie byli nawet bliscy ideału. Osobiście uważam, ze nigdy nie powinni byli się pobrać a już tym bardziej mieć dzieci. Ojciec zawsze miał skłonność do kieliszka i bardzo lubił łatwe życie. Praca nie była w jego rozpisie dnia. Matka – tez lubiła łatwo. Nigdy się nie wysiliła, żeby cos osiągnąć. Bycie SJ miało nas umocnić, jako rodzinę, miało być tym magicznym środkiem, który by nas zbliżył do siebie i boga – stało się całkiem odwrotnie. Dom został zrewidowany, wszelkie świadectwa znienawidzonej wiary (KrK) usunięte a nam powiedziano, ze zamiast odmawiać ‘Zdrowas Mario’ mamy czytać ‘zbiór opowieści biblijnych’. Matka dopilnowała abyśmy z siostra zostały dobrze wyedukowane biblijnie i na krótki czas miedzy moimi rodzicami się poprawiło. Nawet dawaliśmy rade, jako rodzina. W szkole udało mi się zdobyć przyjaciółkę a reszta traktowała mnie jak odmieńca. Z początku nie bardzo mi to przeszkadzało – i tak ich nie rozróżniałam ani wiedziałam, o co im chodzi, ale z wiekiem zaczęło się to zmieniać. Pierwszy „kubeł zimnej wody” został wylany mi na głowę na lekcji religii. Zawsze szlam do szkoły później albo wracałam wcześniej, ale tego roku zmieniono zasady gry i nie uśmiechało mi się siedzieć godzinę samej na korytarzu – koleżanka zaproponowała żebym poszła z nimi. Rozwinęła się dyskusja, która zatrzasnęła moim – dziewięcioletnim wówczas – światem. Moi koledzy i koleżanki z klasy opowiadali mi rzeczy o sobie ich rodzinach i życiu religijnym, które w ogóle nie pokrywały się z tym co do tej pory mi mówiono w domu czy na zebraniach. Wydawało mi się nieprawdopodobne, jak wiele czasu maja dla siebie i zdumiewające, ze mimo iż są ‘światowi’ maja takie relacje z bliskimi (wszak to sodoma i gomora w domach innowierców). Katechetka pochwaliła moja znajomość biblii i uznałam, ze to ze ‘światowiec’ potrafi docenić sam ten fakt, potwierdza moje przekonania, a reszta po prostu nie wie o czym mówi, w końcu to tylko dziewięciolatki i są takie dziecinne… Rok później postawiłam pierwsze kroki, jako głosiciel (!!!). Organizacja wszakże była teraz moja rodzina (moje kontakty z biologiczna rodzina bardzo się poluźniły) i ja chciałam mieć z ta moja rodzina dobre stosunki. Zaczął się wyścig. Kto więcej godzin odbębni, kto się bardziej udzieli na zebraniu, kto dostanie scenkę do opracowania, kto regularnie studiuje tekst dzienny… Przebudziłam się jakieś trzy lata później, kiedy to w afekcie tego szczurzego wyścigu po zbawienie, postanowiłam, ze przebije wszystkich na głowę i faktycznie przeczytam Biblie – tak od deski do deski. Po przeczytaniu pierwszych ksiąg Mojżeszowych odrzuciłam ja jak poparzona. Nic a nic nie zrozumiałam a to co zrozumiałam było dla mnie oburzające, okropne. Obraz Boga, którego mi zawsze wpajano, jako kochającego i miłościwego ojca, był kompletnie inny. Tam był zgorzkniały, mściwy i wścibski gość, który niszczył wszystko i wszystkich, którzy odważyli się mu postawić. Byłam w szoku. Poszłam do mamy, żeby mi wytłumaczyła. Mama wie. Zamiast odpowiedzi zostałam skarcona. Było pełno łez i krzyku, ze jak ja w ogóle mogę tak myśleć, ze Jehowa wszystko widzi i ze zostanę potępiona. Nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Nie rozumiałam, dlaczego ona nie może mi po prostu wytłumaczyć. Czułam się okropnie. Pełna winy. Do tej pory miałam wszystko poukładane a teraz zaczęły mnie nachodzić wątpliwości. Miałam mnóstwo pytań i nikogo, z kim mogłabym o tym porozmawiać. Moja starsza siostra, nie była opcja. Cokolwiek jej nie powiesz to poleci zaraz do matki. Przyjaciółka nie będzie mieć zielonego pojęcia, o czym ja w ogóle mówię. Zbór! To jest myśl. Znaleźć kogoś w zborze, z kim mogłabym porozmawiać! Miałam tyle szczęścia, ze w zborze było kilka dzieciaków mniej więcej w moim wieku. Pech chciał, ze ich ojcami byli starsi w zborze… Wzięto mnie na rozmowę i powiedziano, ze jestem za młoda żeby zrozumieć Biblie i powinnam to odłożyć aż stanę się ‘silniejsza w wierze’ i będę w stanie zrozumieć ten głębszy sens w niej zawarty. Jedna rzecz, której mi się z pewnością nie mówi, to jest to ze czegoś nie potrafię. Tego samego dnia, po powrocie do domu zaczęłam czytać Biblie. Im więcej przeczytałam tym więcej miałam wątpliwości. Im więcej miałam wątpliwości tym większe poczucie winy. Im większe poczucie winy tym większe wyzuty sumienia. Im większe wyzuty sumienia tym bardziej czułam się odizolowana od całego świata. Im bardziej się izolowałam tym bardziej moje życie zaczęło się sypać. Rówieśnicy zaczęli mnie zostawiać w tyle. Ja smagana na przemian wyrzutami sumienia, poczuciem pogłębiającego się odizolowania i wątpliwościami we wszystko, co do tej pory wierzyłam coraz bardziej zaczęłam się pogrążać w czarnej dziurze rozbitej rzeczywistości. Nigdzie nie wolno mi było iść, niczego oglądać co nie byłoby wcześniej zaakceptowane, niczego słuchać. Tak jak w więzieniu. Zaczęłam wiec czytać, czytałam coraz więcej i więcej. Coraz częściej odmawiałam chodzenia na zebrania (co kończyło się krzykiem, szantażem i laniem), odmawiałam głoszenia (do tej pory miałam przypisany swój ‘rejon’ i powiedziano mi ze, jeżeli go zaniedbam będę miała na sumieniu wszystkich tych ludzi, bo przeze mnie nigdy nie usłyszą prawdy), nie chciałam się w żaden sposób udzielać. Przestalam się przyznawać do wyznania. Czułam się jakbym dźwigała cały ciężar świata na swoich barkach (w końcu należałam do ‘narodu wybranego’, który trzyma klucz do zbawienia świata, a ja odmawiałam w tym udziału). Miałam 15 lat. Do tej pory przeczytałam już wszystko z ‘dozwolonej’ sekcji, co mogła mi zaoferować miejska biblioteka. Biblie przeczytałam dwa razy (nie poddałam się po pierwszym razie, uznałam, ze musiałam ‘źle przeczytać’). Coraz wyraźniejszy był dla mnie rozdźwięk pomiędzy starym a nowym testamentem. Chciałam żyć godnie z Boża wola, ale nie byłam w stanie zaakceptować nauk WTS. To co przeczytałam i to co było w WTS’owskich czasopismach nie zgrywało mi się w jedna logiczna całość. Okazałam się być bardzo niepokorna grzesznica. Same wątpliwości, co do integralności nauk SJ i samej Biblii nie wystarczyły mi. Zaczęłam się interesować, psychologia, religiami i filozofia, dla relaksu czytałam kodeksy prawne. Stałam się „przejrzała” jak na swój wiek. Miałam mętlik w głowie, nie potrafiłam zagłuszyć w sobie głosu, który mi gdzieś tam szeptał, ze SJ, ci wybrani, jedyni tak na prawdę wpadają w schemat każdej religii. Nie potrafiłam zagłuszyć go nawet wtedy, kiedy mi mówił, ze każda inna religia daje więcej swobody i reprezentuje bardziej wyrozumiałego i łagodnego boga niż SJ. Byłam zrozpaczona, widziałam, co się dzieje z ludźmi, którzy odrzucają organizacje. Atmosfera w domu stała się nie do zniesienia, ojciec z matka kłócili się każdego dnia. Zawiść, wzajemne pretensje, przemoc, poczucie odizolowania (do tej pory kontakty z rodzina mojego ojca były równe zeru), presja… to było dniem codziennym. Nigdy o niczym się nie rozmawiało ‘wprost’, wszystko było podszyte kłamstwem i trzeba było uważać na to co się mówi, bo nigdy nie było wiadomo, kto dziś komu gotów jest wpakować nóź w plecy. Doszło do tego, ze matka zrzuciła na mnie i starsza siostrę prowadzenie domu (zostawiała tylko pieniądze na rachunki) a ojciec ograniczył przebywanie w domu do minimum. Starsza siostra tez nie bardzo się do czegokolwiek kwapiła. Miałam szkole, dom, cala galaktykę rozterek i sześcioletnie dziecko (młodsza siostra). Pomocy nie było znikąd. Załamałam się. Byłam tak sparaliżowana, ze coraz częściej rozważałam ‘wyjście ostateczne’. Poznałam Michała. Był pięć lat starszy ode mnie. Student. Oczytany, elokwentny, zainteresowany filozofia, bardzo silny charakter. ‘Światowiec’. Mogliśmy gadać godzinami. Dziś z czystym sumieniem mogę powiedzieć, ze zawdzięczam mu to, kim dzisiaj jestem. Nauczył mnie więcej niż rodzina i organizacja razem wzięta. Na szesnaste urodziny (!!!) dal mi książkę: „Antychrzescijanin” napisana przez Fryderyka Nietzsche. Ta książka zmieniła cały mój świat. Wywróciła go do góry nogami i poskładała w odwrotnej kolejności. Nigdy się z nią nie rozstaje – taki mój talizman. Michał dal mi sile i odwagę żeby spróbować być sobą. Dzięki niemu uwierzyłam, ze to może być możliwe, a czy to osiągnę zależy tylko i wyłącznie ode mnie. Nauczył mnie tez, ze w porządku jest mieć wątpliwości, ze przez zadawanie pytań i szukanie odpowiedzi uczymy się o sobie i nie ma w tym nic złego. Już wtedy wiedziałam, ze nigdy nie zostanę SJ (ochrzczonym, bo czułam się jak SJ), a teraz miałam wsparcie żeby szukać czegoś, co będzie się zgadzało z tym cicho szeptającym głosem, który do tej pory tyle nawracał w moim życiu. Trzy lata później stoczyłam ostatnia (prawie) walkę z moja matka (ojciec się wyprowadził dwa lata wcześniej). Poszło o studia. Otrzymałam list, ze zostałam przyjęta na uniwersytet. Cieszyłam się jak głupia (marzyłam o studiach odkąd poznałam Michała;) ). Nie mogłam się doczekać aż matka wróci z pracy. Pokazałam jej list. Zamiast gratulacji dostałam kolejna awanturę. Miała do mnie pretensje nie tyle o złożenie papierów na studia, co w ogóle o sama chęć studiowania. Powiedziała dosłownie, ze mogę to sobie wybić z głowy i ze, jeżeli myślę ze ona da mi złamany grosz na te moje fanaberie to się bardzo zdziwię. Odpowiedziałam tylko, ze w takiej sytuacji zobaczymy się w sadzie, bo ja mam konstytucyjne do tego prawo (nabrałam tupetu – a co!). Dwa tygodnie później spakowałam walizki, zabrałam moje oszczędności (jakieś 500pln) i wyprowadziłam się z domu. To był oficjalnie moment ,w którym odcięłam się od tej całej chorej atmosfery jaka tam panowała – od świadkowania, pseudo-świadkowania, sznurowania twarzy, kłamstw, udawania czegoś czego tam nigdy nie było. Byłam wolna. Tej zimy pojechałam na moja pierwsza od 14 lat wigilie do dziadków. Przez wiele lat zmagałam się z dezorientacja, gniewem, poczuciem winy i żalem, jaki nagromadziłam w sobie przez te wszystkie lata. Uczyłam, i nadal uczę, się życia od nowa, bez sztucznych ograniczeń i barier, bez poczucia winy. Jestem lekka, bo nie musze już dźwigać odpowiedzialności za ‘zagubione dusze świata’ na moich barkach. Nigdy nie byłam szczęśliwsza. Mam fantastyczne relacje z moja babcia, która jest dla mnie jak mama, taka, jaka zawsze powinnam mieć. Jestem bliżej Boga niż kiedykolwiek i świat jest pięknym miejscem. Nigdy tez nie czułam się bardziej spokojna, spełniona i pełna wyrozumienia dla otaczających mnie ludzi. Prawie dwadzieścia trzy lata po pierwszym studium z SJ wreszcie zaczynam lubić siebie, taka jaka jestem, swoja kobiecość i nie czuje z tego powodu poczucia winy. Po raz pierwszy zaczynam widzieć ludzi takimi, jakimi są – czasem zagubieni, czasem zbyt zabiegani, ale w gruncie rzeczy dobrzy i piękni.
  4. 1 punkt
    Szybkie przywytanie - nie jestem oficjalnie ex-SJ bo chrzczona nie bylam, ale jestem swojego rodzaju odstepca, bo bylam niechrzczona glosicielka (jezunciu... co za stopniowanie). Oficjalnie skonczylam z organizacja 10 lat temu (11 zaraz bedzie) i nie mam zadnych wyrzutow sumienia z tego tytulu. Wrecz przeciwnie, nigdy nie bylam szczesliwsza (choc przejsc przez sporo musialam) i mam takiego 'czuja', ze najlepsze jeszcze przedemna. Organizacja nie spedza mi snu z powie tylko czasem mnie nerw lapie jak gdzies 'ich' widze. Jestem natomiast tutaj bo okazuje sie, ze w dalszym ciagu borykam sie jednak z pewnymi 'skutkami ubocznymi' i zamiast placic fortune za terapie pomyslalam, ze szczera rozmowa z ludzmi, ktorzy maja podobne przejscia moze miec rownie zbawienny skutek. Zatem witam wszystkich cieplo i serdecznie.
  5. 1 punkt
    Tak jakoś mi tu pasuje: Człowieku! Kruchy zlepku ożywionej gliny, Ty, co nie jesteś panem i jednej godziny, kto cię raz dobrze poznał, ze wstrętem omija, boś ty podły jak robak, zdradliwy jak żmija. Twoja miłość jest chucią, twoja przyjaźń zdradą; Twój uśmiech jest szyderstwem, a za twoją radą kto się kiedy odważył śmiało stawiać kroki, uznał, lecz już po czasie, co za błąd głęboki zaufać w twoje słowo: boś z rzędu ostatni, pychą tylko przewyższasz zwierząt orszak bratni.
  6. 1 punkt
  7. 1 punkt
    no niestety my rowniez poznalismy co to milosc braterska jesli chodzi o rowne traktowanie wspolwyznawcow nijak sie to ma do gloszonych prawd, czyli tzw gowno prawda ma gore w tym miejscu smutne ale pamietajcie, czas leczy rany i czlowiek na przyszlosc staje sie mniej ufny choc wrodzonej naiwnosci nie da sie przeskoczyc
  8. 1 punkt
    A tymczasem Wnerwiona idź spać, bo już o 9-tej znów przyjdziemy z Dobrą Nowiną
  9. 1 punkt
    Powinieneś powtórzyć to czwarty raz Sky, wtedy by było że ogłosiłeś wiadomość czterem stronom świata! pzdr. A w onym czasie Sky zakrzyknął słowa owego proroctwa. A zwróciwszy się na północ zawołał: A potem zwrócił się na wschód i zawołał: A potem zwrócił się na zachód i zawołał: A na południe zapomniał się zwrócić i nic nie zawołał na południe, a tam płacz i zgrzytanie zębów, gdzie ogień wieczny i robak nie umiera pzdr.
  10. 1 punkt
    Andrzeju, będąc w organizacji JUŻ jesteśmy na lepszej pozycji - ja miałam zawsze takie przeświadczenie, że przecież jestem narodem wybranym to MUSZĘ być lepsza, a ci biedni straceńcy cóż oni mogą... i tak zginą a tymczasem to ja byłam biedna bo: - nie mogłam obchodzić urodzin - każdy dzien dziecka przerąbany - dzień mamy bez ochów i achów - impreza - nie idę bo.... (bzdurne wytłumaczenia) - szkoła średnia to szczyt chamstwa wobec boga itd itp dziś z perspektywy czasu widzę jaką zakompleksioną i straconą dziewczynką byłam wtedy, gdy mama mi tłumaczyła że bóg tak chce.... nie pamiętam czy ja zadawałam takie pytania jak zadaje tera zmoja córka: mamusiu, ale dlaczego? przecież bóg chce żebyśmy byli szczęśliwi a jak ty mi wyprawisz urodzinki ja będę baaaardzo szczęśliwa... być może wtedy byłam tak zahukana, że tylko o tym pomyslałam.. smutne dzieciństwo miałam ale jestem już po detoxykacji więc ..... widzi mi się szczęśliwa reszta życia
  11. 1 punkt
    ..których ilo­raz in­te­ligen­cji równy jest ajkju najgłup­sze­go ich przed­sta­wiciela i podzielo­nemu przez liczbę wszystkich razem.
  12. 1 punkt
    Zacny komplement wszak Twoje oklaski to do zmartwienia powód.
  13. 1 punkt
    Przy Vinie radziłabym skupić się raczej na pilnowaniu samej siebie ;]
  14. 1 punkt
    Problem z wami Krzysztofie i Katurbo jest taki, że nie za bardzo wiadomo, do kogo piszecie. Wasze posty brzmią jak polemika z własnymi projekcjami i myślami - i to bardzo emocjonalna polemika.
  15. 1 punkt
    Ja myślę, że Paweł z Tarsu był szpiegiem faryzeuszy, którzy skoro już nie mogli powstrzymać rozwoju chrześcijaństwa to postanowili je maksymalnie zjudaizować no i oczywiście zrobić z niego pełnowartościową religię. Oczywiście nie mam na to żadnych dowodów, tak samo jak i Paweł nie miał dowodów na rzekome objawienie się mu Jezusa. Tym samym nie różnił się on od współczesnych kaznodziei którzy uważają że swoje rewelacje otrzymują od Jezusa. A więc i ja oświadczam, że podczas pewnego lotu liniami W**z (pełna nazwa została wycięta aby nie robić reklamy) relacji Dortmund-Gdańsk objawił mi się Jezus i podyktował treści, które publikuję na blogu. Jeżeli na forum jest dobry architekt, który chciałby zaprojektować jakąś monumentalną katedrę ku czci mej skromnej osoby zapraszam na priv pzdr.