Ranking


Popularna zawartość

Wyświetla najczęściej polubioną zawartość od 15.10.2017 uwzględniając wszystkie działy

  1. 1 punkt
    Komitet Dwunastu? - Co to za twór? Okres historii Świadków Jehowy w Polsce po 1950-tym roku ubiegłego wieku jest ciągle do końca nie rozpoznany pomimo że już wiele szczegółów znamy, to ciągle istnieją znaki zapytania. Nigdy nie udało nam się zakończyć rozpoczętego rozpoznania ponieważ zawsze istnieją przeszkody niepozwalające postawić kropki nad „i”. Znany w tamtym okresie tzw. „Komitet Dwunastu”, jest jednym takim przykładem, który wtedy był odmieniany we wszystkich przypadkach, tudzież przyklejany każdemu – na kogo przypadnie … na tego bęc. Ponieważ pojawiła się jak gdyby nowa nieznana dotąd wiedza (?), postanowiłem powrócić do tego dziwacznego tworu. Jak zwykle bez ostatecznego rozstrzygnięcia, ze znakiem zapytania. Działalność o takiej nazwie powstała na początku lat sześćdziesiątych ub. wieku. Twór ten był wymierzony w podziemną działalność przeciw Organizacji Świadków Jehowy. Taki przynajmniej zapis znajdujemy w „Najdłuższej Konspiracji w PRL” według Jerzego Rzędowskiego. Osobiście z tworem tej nazwy zetknąłem się w połowie lat sześćdziesiątych, gdy na mój adres pocztowy dotarły w krótkich odstępach czasu trzy zwykłe korespondencje listowne sygnowane tą nazwą jako nadawcy. Nie było to dla mnie jakimś nadzwyczajnym zaskoczeniem, ponieważ o tym enigmatycznym „Komitecie Dwunastu”, w zborach było już głośno. Nazwa tego komitetu była jednak kojarzona ze zdrajcą, niejakim „Jakubem”, ale Olka jeszcze nie kojarzono w tym zestawieniu. W prawdzie Jakub Rejdych w raz ze sowim bratem Wiesławem i innymi stanął na czele komitetu, ale był to tzw. „Komitet Piętnastu” i powstał jeszcze przed późniejszą „dwunastką”, ubiegający się o zalegalizowanie zupełnie innej grupy wyznaniowej, też o charakterze „badackim”,ale bez Brooklyn-skiego namaszczenia. W jakich okolicznościach ta grupa piętnastu osób wystąpiła do władz PRL-u o tę legalizację, w miarę obszernie pisałem już w poprzednich moich wejściach na tym forum. Do „Olka” Rutkowskiego jeszcze wrócę. Jak sobie przypominam, były ostrzeżenia, aby przypadkiem żadnej literatury od tych („dwunastu”) nie przyjmować, a szczególnie strażnicy. Były też instrukcje jak tego rodzaju korespondencje odsyłać i pod żadnym pozorem jej nie czytać. Niestety, na tę okoliczność niedawno poznałem inną opowieść pochodzącą od brata z terenu Polski Wschodniej. Nie jestem upoważniony do posłużenia się jego imieniem i nazwiskiem, który opowiada swoje przeżycia pochodzące mniej więcej około roku 1965. W tym czasie był sługą obwodu, pracował pod kierownictwem sługi okręgu Mieczysławem Cyrańskim. Na postawione pytanie: - co to był za twór „Komitet dwunastu”? Ów brat po głębokim namyśle, lub przywołaniu osobistych wspomnień, nie potrafił się do tego odnieść. Przedstawił natomiast panującą wokół niego sytuację -ciekawą zresztą. Był to mniej więcej okres po przełomie, gdy udała się w polskiej Organizacji Św. J., rewolta związana z przejęciem kierownictwa przez scheiderowców po odsunięciu olkowców. W tym okresie utrzymywała się jeszcze krótko na niektórych obszarach Polski dwuwładza. Nasz brat w tym czasie był w okręgu olkowców i jak zrozumiałem, tym okręgiem kierował jeszcze sługa okręgu Mieczysław Cyrański. W tym gronie toczyły się dość istotne dyskusje dotyczące osoby Olka, ponieważ scheiderowcy wytoczyli już przeciw niemu szereg poważnych zarzutów dotyczących zdrady Organizacji, tudzież zarzutów obyczajowych. W/g naszego brata, sługa okręgu Cyrański będący, zresztą jak wielu innych sług okręgów, „podwładnym” Olka jako pierwszego w kraju, nic z tych krążących zarzutów nie potwierdzał, a nawet zdecydowanie opowiedział się w jego obronie. Wśród sług obwodów nastąpiła konsternacja ponieważ chcieli poznać rzeczywistą przyczynę powstałej sytuacji. Scheiderowcy przypuścili bardzo ostry atak przeciwko Olkowi i jego grupie. Nastąpił wyraźny rozłam wśród zborowej populacji, ale też wśród szeroko rozumianego nadzoru. Znający osobiście Olka, raczej nie uwierzyli w krążące zarzuty i zostali mu wierni. Scheiderowcy przypuścili niewybredne ataki na tą grupę obrzucając tych epitetami - zdrajców. Pomimo, że powstały grupy (komitety) mające łagodzić te konflikty i ukierunkowywać na pojednanie, grupa olkowców była wyraźnie ignorowana w tym zakresie i niedopuszczana do osób, którzy na miejscu mieli regulować i likwidować nieporozumienia i konflikty. Tyle dowiedziałem się z nagranych wypowiedzi brata B., nadesłanych mi przez brata Juliana Grzesika. Próbowałem nawiązać korespondencje mailową z br. B. Przy pomocy Juliana G., ale nic z tego nie wyszło. W prawdzie niewiele jest tu szczegółów, które były by przydatne, ale już z tej krótkiej relacji można pokusić się na pewne wnioski. Analizując to opowiadanie zastanawia mnie, dlaczego pytany brat nie potrafił odpowiedzieć nic konkretnego odnośnie „Komitetu Dwunastu”. Z innych źródeł wiemy, że Scheiderowcy obwiniali Olka o bardzo dużo bezeceństw i również przypisywano mu związanie się z „komitetem dwunastu”. W takiej głośnej sytuacji brat B. powinien cokolwiek o tym wiedzieć lub słyszeć. Tymczasem o tych zarzutach wobec Olka nic nie wspomina, natomiast opowiada jak jemu zarzucano zdradę i głośno nawet na ulicy za nim krzyczały siostry ze zboru mniej więcej tak: - oto tu idzie zdrajca! Jak wyjaśnić taką niespójność? Brat B. mimochodem, jakby zupełnie bez związku opowiada, że z tego okresu niewiele wie, ponieważ w tym czasie został zatrzymany prze MO, za niestawienie się do odbycia służby wojskowej. Tu wyjaśnia się wszystko. W tym wczesnym okresie zantagonizowane grupy widziały bezpośrednich przeciwników w swoim bezpośrednim środowisku. Olka tu nie było, a gdyby nawet, to i tak nie wielu w zborach go znało, a ponadto jak znam to z autopsji, te „porachunki” z „najwyższej półki”, w bardzo okrojonej wersji były bardzo reglamentowane i docierały raczej drogą pantoflową: - ja ci coś powiem, ale nie opowiadaj tego nikomu! Wszystkie paszkwile zarzucane Olkowi, w tym jego osobisty współudział w enigmatycznym „Komitecie Dwunastu”, pochodzą już z późniejszego okresu i rozpropagowane poprzez publikację autorstwa M. Bojanowskiego w „Wierni Jehowie” pisanej już jak można domniemywać na zapotrzebowanie wewnętrzne. Zresztą oficjalnie nic z tych zarzutów Olkowi nie zarzucono, oprócz sprawy rozporkowej, którą można było zarzucić już nie jednemu z tego samego grona „wiernych Jehowie”. Jeżeli wierzyć Jerzemu Rzędowskiemu, a nie ma powodu żeby było inaczej, ten „komitet dwunastu” jest zupełnie sztucznym tworem, pod którym to kryptonimem były fingowane przekazy mające na celu szerzyć destrukcje wśród całej świadkowskiej populacji. Mając do dyspozycji w tej chwili dostęp do tych „utworów literackich” stamtąd pochodzących, można by się pokusić na charakterystykę autora, lub autorów tych wydawnictw. Każdy autor piszący w „strażnicy” sygnowanej owym komitetem, jest anonimowy, zresztą naśladując oryginał. Na pewno nikt z tych, nigdy nie był Świadkiem Jehowy, ani też bliżej nie znał sposobu bycia, życia i obyczajów obowiązujących w Organizacji. Wszelka wiedza jest tylko teoretyczna opanowana przez kursanta na przyśpieszonych wykładach teoretycznych, są widoczne braki w opanowaniu idiomów. Po niżej (próbka) krótki fragment z tzw. „strażnicy”: >Jest faktem godnym ubolewania, że w tak ciężkich dla nas chwilach grupa prowokatorów kolportuje dokumenty, szkalujące brata Wilhelma. Nie powstrzymuje ich nawet ta okoliczność, że ten brat jest aresztowany i nie ma możliwości odpowiadać na fałszywe zarzuty. Lud Boży jednak właściwie oceni tych mącicieli i potwarców. Wśród sług Okręgów znaleźli się również tacy, którzy się cieszą z aresztowania brata Wilhelma. Nie podobała im się poprzednio surowa dyscyplina i ład Boży, wprowadzony do organizacji przez brata Wilhelma. Będą teraz w ogólnym zamieszaniu mogli ukryć spokojnie swoje kombinacje finansowe, a przede wszystkim odpisać ze stanu martwe dusze i zmniejszyć do połowy, to jest do rzeczywistych rozmiarów, statystyki wykazujące ilość głosicieli. Organizacja teokratyczna w Polsce nie ugięła się jednak pod żadnymi ciosami Goga z Magog. Ponieważ czuwa nad nią niezwyciężony, nieugięty król Jezus Chrystus i sam Jehowa Bóg. Apelujemy do wszystkich głosicieli w Polsce, aby na cele obrony brata Wilhelma każdy z nich wpłacił na ręce swojego sługi Obwodu co najmniej 100 złotych w terminie możliwie najwcześniejszym. KOMITET DWUNASTU.< Pisownia i styl pisma, nie wnikając już w samą treść, wskazuje, że autor powyższego tekstu musiał by jeszcze dużo i długo poćwiczyć, zanim udałoby mu się tę samą treść przemycić w strażnicowym stylu. Styl pisma wskazuje, że nikt z byłych Świadków Jehowy nie brał nawet udziału w komponowaniu, tudzież korekty jego treści. Jeżeli współcześnie czytam te rewelacyjne doniesienia, tzw. komitetu dwunastu, to mogę potwierdzić, że teraz wiem o czym w tamtym czasie pisali i jaki cel chcieli osiągnąć autorzy tych sensacji. Niestety, gdybym te same teksty czytał w latach sześćdziesiątych ub. wieku, żaden z tych przekazów nie zrobiłby na mnie żadnego wrażenia, a ponadto prawdopodobnie nie doczytałbym żadnej treści do końca. Jeżeli tego rodzaju pisma nawet docierały do kogokolwiek, zawsze trafiały w próżnie. Z tamtejszej zborowej populacji, w większości nikt nic nie wiedział o wydarzeniach, rozgrywających się w Organizacji na szczeblach kierowniczych kraju, a te, które doszły co najwyżej do sług zborów, były już odpowiednio tak „zmodyfikowane”, że każdy z nas „wiedział”, kto tu praw, a kto winowat. Autorom tych przekazów zależało, aby na dołach Organizacji wzbudzić trend do wyjścia z podziemia. Chodziło o zmiękczenie dołów aby przy ich pomocy zmusić decydentów do wyprowadzenia Organizacji z podziemia. Podsuwano nawet znane nazwiska, które mogłyby wykonać odpowiedni ruch w tym kierunku. Faworytem był Romuald Stawski (Romek), ale nie do odrzucenia był również Aleksander Rutkowski (Olek). W tym kontekście, można by się zastanowić, dlaczego nie postawiono na grupę radykała Stanisława Rejdycha (Jakuba). Grupa Rejdycha (Jakuba) w opisach komitetu 12, ale nie tylko, bo również Czesława Stojaka, tudzież Władysława Szklarzewicza, przedstawiano jako głównych zdrajców „ukochanego” brata Wilhelma, który z ich przyczyny został aresztowany i odsiaduje karę we Wronkach. To przecież od tych grup pochodzi słynne zapytanie skierowane do brata N. Knorra: „Dlaczego w Polsce sama myśl o legalizacji musi być pomysłem samego Szatana Diabła?” Oczywiście, odpowiedzi nigdy się nie doczekano. Wytłumaczenie jest moim zdanie bardzo proste. Wskazywanie na tych, jako uzdrowicieli Organizacji, gdzie w każdym zborze było przekazane drogą teokratyczną i każdy głosiciel wiedział, że ci od „Jakuba” byli „rzeczywistymi zdrajcami”, byłoby strzelanie sobie w piętę. Komitet 12, żeby uwiarygodnić swoją misję, musiał „lojalnie” być za, a nawet przeciw. Tego zwrotu klasyka L. Wałęsy, nie użyłem tu tylko dla podkreślenia swego rodzaju morału, ale chcę uzmysłowić, że w takiej formie szły w zaklejonych kopertach przekazy od tego zacnego komitetu. W tych przekazach te same osoby mogły być uświęcone łaską Boga Jehowy, i jednocześnie opętane przez Goga i Magoga tudzież przez samego Szatana diabła. Dla redaktorów tych tekstów taki galimatias słowny nie kłócił się ze zdrowym rozsądkiem. Jest jednak w tym całym galimatiasie >„za, a nawet przeciw”<, pewne nienaruszone tabu i to we wszystkich dostępnych dla mnie kopii dokumentów z IPN-u, w tym oczywiście „twórczości” „Komitetu 12”. I tu jak zwykle chodzi mi o bardzo znaną z tamtego okresu postać właśnie Aleksandra Rutkowskiego – Olka. Po prostu taka bliżej nie określona postać, bez wyrazu, ale zawsze istnieje w tle. Chociaż nie zupełnie...! W zupełnie rzeczowym stylu, list sygnowany podpisem „Komitet Dwunastu” z roku 1966, przedstawia sprawę Olka w orzeczeniu wysłanników z Wiesbaden. Ale żeby nie było tak zupełnie klarownie, jak zwykle, ów „komitet” jest „za, a nawet przeciw”. W liście jest krytyka o nie odpowiednim potraktowaniu podsądnego i jego grupy, natomiast z treści wynika, że „komitet” ma bardzo dobre nawiązane stosunki z nową pro scheiderowską grupą po odejściu Olka. Więcej o w/w liście napisałem tu: - https://watchtower-forum.pl/forums/topic/1957-moja-przygoda-z-organizacją/?page=58 Skąd u tych autorów, taka wielka wiedza o wnętrzu organizacyjnych perturbacjach? No cóż. W tym czasie w końcówce lat 5o-tych i początku lat 60-tych ubiegłego wieku, rozkład organizacyjny na samym szczycie zarządzania w Polsce był tak rozdygotany, że można śmiało stwierdzić iż rozłaził się w szwach. Zbyt wielu „generałów”, którzy w boju zdobywali doświadczenia i awanse, zaraz po 1956 roku zostali odstawieni przez sługę oddziału br. Wilhelma. Wielu odczuwało osobistą frustrację. Nabyte doświadczenia podczas pracy w pełnej konspiracji, od tej chwili są tylko zwykłym nieużytecznym balastem. Podejrzliwość pryncypała i niepewność swojego losu, dość sprytnie została wykorzystana przez Sb. Powstanie ściśle tajnych współpracowników tych służb wewnątrz kadry zarządzającej Organizacją, spowodowało, że bez większych zabiegów Sb., mogła przejmować każdą wiadomość na każdym etapie jej powstawania. Sb. Przejmowała wszystkie ( no prawie wszystkie ) skrytki korespondencji i (prawie) wszystkie szyfry używane z biurem strefy i centralą w Brooklynie. Można podejrzewać, iż w wyjątkowych okolicznościach, nawet ingerowała w zawartą treść w celu realizacji głównych zadań dotyczącej >Dezinformacji i Dezintegracji< przydzielonych grup wyznaniowych IV Departamentu MSW – Wydziału III-go. To tam istniała komórka pod kryptonimem >Komitet Dwunastu< Czy w tym „komitecie” zatrudniano Tw ? Bardzo w to wątpię. W tych ściśle tajnych komórkach nie było to możliwe, natomiast chętnie wykorzystywano ich donosy i chociażby pozyskiwanie adresów do których rozsyłano jakby dzisiaj można określić odpowiednio spreparowane „newsy”. O samych listach powiedzieliśmy już dużo, ale ja chciałbym się zastanowić jak pozyskiwano adresy, do których te treści dochodziły. Pozornie niby prosta sprawa, bo adresy mogły być dostarczane przez pocztę, która była penetrowana przez odpowiednie służby, Milicję Obywatelską, tudzież Urząd Meldunkowy. Niby proste jak przysłowiowy drut, ale ja jednak ten niby prosty drut trochę pokrzywię. Już kilka razy na tym forum potwierdzałem, że takie listy od tego nadawcy też otrzymałem. Adres, jak adres zwyczajny pocztowy, imię i nazwisko, miejscowość, ulica, numer domu – wszystko się zgadzało. Zwróciłem już w tamtym czasie na pewien szczegół, ale wtedy przeszedłem do porządku jako nieistotny detal. Dziś, gdy ten temat analizuję, postanowiłem zastanowić się nad tym jeszcze raz. Ponieważ metrykalne prawidłowe moje imię to: - Leonard, i gdyby mój adres został dostarczony do tej „instytucji” przez, którykolwiek z w/w urzędów, takie imię powinno być w adresie. Tymczasem w adresie widniało imię – Leon. Na pewno nie było to imię celowo zdrobnione. Tym imieniem posługiwałem się przez cały okres mojej obecności w Organizacji, począwszy od pierwszych kroków nowicjatu, aż do samego opuszczenia, a konkretnie do chwili wyrzucenia mnie. W międzyczasie nie posługiwałem się żadnym pseudonimem, gdy przez pięć lat udzielałem się pełno czasowo w konspiracyjnej działalności, zawsze rozpoznawalny byłem pod tym imieniem. Nawet wielu w zborze macierzystym nie znało mnie pod imieniem metrykalnym, chociaż z nazwiska to już tak. Wniosek nasuwa się sam. Organizacja na każdym szczeblu była nasycona pozyskanymi tajnymi współpracownikami Sb. Stąd „komitet 12” czerpał dane o wszystkim co działo się w każdej komórce organizacyjnej i uzyskiwał wykazy adresów do potencjalnych adresatów. Pośredni wniosek byłby taki, że ów enigmatyczny „komitet dwunastu”, wbrew starszyźnie krajowej, w odpowiednim czasie, w znacznej mierze stał się późniejszym przyczynkiem wyjścia Organizacji spod ziemia. Czy na podstawie powyższego, zbliżyliśmy się do wyjaśnienia tego epizodycznego, ale w Organizacji drażliwego wątku? - Nie wiem!
  2. 1 punkt
    Pozdrawia Was Marek, dawniej znany tu jako Megagelon, dziś już nieco mniej rozmarzony, ale wciąż romantycznie naiwny i pijany
  3. 1 punkt
    Jak to przez przypadek można spotkać siostrę w wierze!!! Jesteśmy w tej samej religii Lilka!
  4. 1 punkt
    Jestem wierząca. Wierzę, że ludzie są z gruntu dobrzy. Wierzę w miłość.
  5. 1 punkt
    Potwierdzam. Nie znosiłam takich tasiemcowatych modlitw. Niektórzy uznawali za stosowne opowiedzieć Bogu w modlitwie całe zebranie. Oczywiście oprócz tych obowiązkowych zwrotów. Czasami to było jakby drugie zebranie. Takie streszczenie dla Boga. Na wypadek gdyby się zagapił ni nie śledził zebrania. No ale może być coś na rzeczy, bo Bóg ma wiele spraw do ogarnięcia. Oprócz standardowego zaglądania w serca, śledzenia pogody i nawiewania piasku na budowy sal królestwa, swym przenikliwym boskim okiem podgląda masturbantów i ściągających na klasówkach. Także ten... takie streszczenie zebrania jest git, bo od razu ma wszystko w komplecie z dziękczynieniem i błaganiem.