Badacz

Forumowicz Extra
  • Zawartość

    429
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    1

Ostatnia wygrana Badacz w Rankingu w dniu 1 Czerwiec 2014

Badacz posiada najczęściej lubianą zawartość!

Reputacja

602 Good

3 obserwujących

O Badacz

  • Tytuł
    Dawniej: theResearcher

Profile Information

  • Płeć
    Mężczyzna
  • Wyznanie
    Judeański Front Ludowy

Ostatnie wizyty

837 wyświetleń profilu
  1. Za tydzień, 10 marca, zaczyna się kolejna seria przesłuchań przed australijską komisją, o której każdy już chyba słyszał (Royal Commission into Institutional Responses to Child Sexual Abuse): http://www.childabuseroyalcommission.gov.au/case-study/10908a67-70c5-4103-94cc-dac096fdb585/case-study-54,-march-2017,-sydney W sierpniu 2015 roku odbyła się w Sydney taka oto przyjemna pogawędka pomiędzy Przewodniczącym Komisji, panem Peter'em McClellan'em, a prawnikiem reprezentującym Towarzystwo Strażnica, panem Tokley: https://www.childabuseroyalcommission.gov.au/case-study/636f01a5-50db-4b59-a35e-a24ae07fb0ad/case-study-29,-july-2015,-sydney Pogawędkę można znaleźć w transkrypcie z 153. dnia przesłuchań na powyższej stronie. Innymi słowy, dotychczas Komisję interesowało to, z którymi jej postulatami zgodził się WTS, a które odrzucił, jakie kroki zamierza podjąć w celu zmiany procedur i dokumentacji, czy zasięgnął porady profesjonalistów. Jeśli teraz mija przyspieszony okres 2,5 roku, to pytanie będzie inne - nie: "co zamierzacie", tylko: "co zrobiliście?" Odpowiedź WTS-u na raport Komisji - pod powyższym linkiem (Submissions on behalf of Watchtower Bible and Tract Society of Australia & Others) - wyraźnie pokazuje, że zasadniczo twór ów zgadza się głównie z tym, iż należałoby wykreślić wszystkie punkty, które wskazują na winę Organizacji, następnie dodać kilka peanów na jej cześć i parę wersetów biblijnych, a tak powstałą kanapkę wydać jako najnowszy numer Strażnicy do studium. Ciekaw więc jestem, jak będą wyglądały te przesłuchania i jacy to znakomici goście i specjaliści WTS-u od ich wewnętrznych procedur dadzą się na nie zaciągnąć.
  2. Z całym szacunkiem, ale zastanawia mnie (i przeraża/bawi), jak to możliwe, że były doradca w sprawie sekt i specjalista od psychomanipulacji publicznie ostrzega adwersarzy przed 'nieustającą karą w piekle', przy okazji ogłaszania wydarzenia podobnego typu, jak to, które jest tematem obecnej dyskusji (link poniżej). Wygląda na to, że dyplom i uprawnienia może otrzymać nawet osoba o dość specyficznym - jak na wspomnianą profesję - profilu psychologicznym i oficjalnie wyrażanych poglądach. Może jednak osoby odpowiedzialne za przyznawanie stosownych uprawnień w tak delikatnej dziedzinie, jak doradztwo ofiarom sekt, powinny zrewidować zasady, według których ten proces się odbywa? Bo w przedstawionych okolicznościach pojawiający się nie po raz pierwszy na tym forum argument "z własnego autorytetu" wzbudza bardzo mieszane uczucia.
  3. Wydawało mi się, że nasza dyskusja dotyczyła dużo szerszego zagadnienia, niż tylko funkcjonowanie tego forum (lub innych tego typu miejsc w Internecie), które w pewnym stopniu pełni funkcję opiniotwórczą w dość niszowym temacie ŚJ. Przynajmniej raz pisałem o praktycznych konsekwencjach przyjętego sposobu myślenia. Kwestia tego, co każde z nas (i innych osób na forum) robi w "prawdziwym" życiu (jako konsekwencja przyjętego stanowiska), pozostaje otwarta. Być może ze względu na rozciągnięcie tej dyskusji w czasie zaczynamy kręcić się w kółko. W każdym razie, ja ze swojej strony w tym miejscu bym zakończył i dziękuję za wymianę zdań.
  4. Jestem pewien, że wypieram pewne fakty i niemal pewien, że robi to 99.99% populacji. Ośmielam się nawet postawić tezę, że bywa to niezbędne do zachowania równowagi psychicznej. Ciężko mi natomiast wyobrazić sobie sytuację, w której bałbym się otworzyć jakąś książkę o charakterze "okołoświatopoglądowym" tak mocno, jak to było w przypadku książek "odstępczych" (nie dlatego, że nie chce mi się, nie mam czasu, nie jest to dla mnie ważne, otwarcie przyznaję się przed samym sobą, że wolę nie wiedzieć, ale dlatego, że najpierw pięćdziesiąt razy się zastanowię, zanim spojrzę, bo to przecież czyste zło). Książkę, którą np. poleca mi ktoś i mówi: patrz, tutaj jest zawarta mocna i uzasadniona krytyka Twojego światopoglądu. Zapoznaj się. ŚJ przy drzwiach wręczają swoje gazetki i wizytówki, ale czy przyjmą coś w zamian - w szczególności od osoby podejrzanej o siedzenie w temacie i "odstępstwo"? Wiem, że to generalizacja i uproszczenie, ale chyba wystarczające na potrzeby tej dyskusji. Moje wypieranie faktów ma charakter bardziej indywidualny i raczej mniej szkodliwy, u ŚJ wypieranie faktów ma dużo lepsze warunki rozwoju. Byłbym skłonny się nawet zgodzić, gdyby w ostatnim zdaniu zamienić "jedynie" na "między innymi", a w pierwszym "wszystkie forumowe historie" na "część (lub fragmenty) forumowych historii". Pewnie jest w tym sporo racji i sam niejednokrotnie odnosiłem takie wrażenie. Z drugiej strony, wielu exów (w tym ja) jest zmęczonych tematyką i wcale nie ma jakiejś szczególnej ochoty poznawania kolejnych ludzi w temacie - jeśli taka znajomość miałaby polegać na wielogodzinnych debatach nad faktycznymi i wyimaginowanymi wadami i uchybieniami instytucji z serii "no shit, Sherlock". Byłoby to dość otępiające intelektualnie. Coś jednak sprawia, że zarówno Ty, jak i ja, zaglądamy tutaj. Może to m.in. fakt, że jw.org wyrządza realne szkody w życiu ludzi i - mimo tego, jak bardzo chciałoby się o tym zapomnieć i zająć normalnym życiem - tematyka powraca jak bumerang przy okazji różnych sytuacji życiowych, w których człowiek chciałby cieszyć się normalnością, a nie pieprzyć po raz setny o Jehowie, tłumacząc się gęsto ludziom, na których mu zależy, dlaczego ma czelność w niego nie wierzyć, lub powątpiewać w to, że jest to jego wybrana organizacja. I że mimo takiego zestawu poglądów nie zasługuje na wiadomo jakie potraktowanie. Mój przykład jest bardzo łagodny, niektórzy ludzie faktycznie potracili bliskich i mają wiele istotniejszych powodów do wyrażania swojego sprzeciwu, niż podbudowanie własnej samooceny i wejście do towarzystwa wzajemnej adoracji. Dziękuję za ten osobisty fragment. Zgadzam się, że nie da się stworzyć obiektywnej relacji z własnej przeszłości, ale klasyfikowanie całości jako fikcji stworzonej w celu poprawienia swojego samopoczucia wydaje mi się przesadzone. "Jehowici to zło" to znaczne spłycenie tematu - jestem pewien, że jesteś tego świadoma i jednocześnie świadoma tego, że nie w ten sposób przedstawiłem sprawę. Temat tego, czy najwięksi mędrcy naszej planety, cechujący się najgłębszym spojrzeniem, powinni jedynie kontemplować bardzo skomplikowaną rzeczywistość bez jakiejkolwiek w nią ingerencji (bo mamy za dużo zmiennych i można narazić się na zarzut prostactwa, bezrefleksyjności, lub popełnienie błędu uwłaczającego godności mędrca), pozostawię na inną dyskusję
  5. OK, zgodnie z moim ówczesnym stanem wiedzy chodziłem do ludzi, rozdając gazetki i głosząc jedynozbawcze, nie podlegające większej polemice orędzie. Głupoty wynikające z obecnego stanu wiedzy staram się ograniczać do swojej osoby, bez zbędnego dogmatyzmu i wymuszania na innych przyjęcia mojego sposobu myślenia. Ewentualnie mniej boję się mówić, co myślę. Nikogo za uszy z jw.orga nie wyciągam, a uzasadnianie swoich racji w rozmowach z braciakami nie jest chyba jeszcze z automatu przejawem postawy typu "moja racja jest racja najmojsza"? Szczerze wątpię natomiast, żeby moje obecne stanowisko w zasadniczych kwestiach związanych z ŚJ - których nie chce mi się już powtarzać, bo zaznaczyłem je dość wyraźnie przynajmniej raz w tym temacie (ostracyzm, polityka ws. transfuzji, etcetera, etcetera) - diametralnie zmieniło się w przyszłości, lub żebym kiedykolwiek uznał je za przejaw głupoty. Domniemanie własnej głupoty jest dobre, ale z drugiej strony można przez całe życie mieć związane ręce i nie reagować na zło, bo przecież "być może się mylę". Tym bardziej, że ci, u których stężenie głupoty jest trochę większe, zazwyczaj nie mają tego typu dylematów. Może właśnie chodzi o to, że stwierdziłabyś w swoich motywacjach obecność (lub brak) czynników innych, niż tylko stan wiedzy na pewnym odcinku swojego życia? Przedstawiasz sytuację w taki sposób, jakoby styczność i odejście od Świadków rozegrało się w Twoim przypadku jedynie na płaszczyźnie intelektualnej. U mnie było raczej na odwrót - gdzieś z tyłu głowy infantylność strażnicowej argumentacji wzbudzała u mnie uśmiech politowania, ale sama myśl o odejściu i jego konsekwencjach wzbudzała przerażenie. Więc próbowałem sobie wmówić, że to po mojej stronie leży problem i z czasem zostanie rozwiązany, gdy nabędę dojrzałości. W międzyczasie nabrałem dojrzałości, ale może w trochę innym tego sformułowania znaczeniu. Stan mojej wiedzy podniósł się znacznie - ale dopiero w momencie, gdy pokonałem strach przed jej eksplorowaniem w obszarze "zakazanym". Może dlatego ciężko się nam dogadać. Z drugiej strony - łączy nas chyba to, że obydwoje raczej nie uznawaliśmy siebie za godnych dostąpienia nagrody życia w raju (o ile dobrze przypominam sobie Twoje słowa sprzed jakiegoś czasu). Świadomość nieuchronności własnej zagłady, połączona z obwieszczaniem orędzia o najbliższej przyszłości innym, żeby chociaż oni mogli się uratować - powodowane względami intelektualnymi, bez zmanipulowania, więzów emocjonalnych i uwarunkowań pozamerytorycznych - musi to być ciężka sprawa, zapewne wymagająca dużego altruizmu.
  6. Jeśli dobrze rozumiem, odeszłaś, bo "z tego wyrosłaś". Nie wiem, czy dobrze zrozumiałem - ale jeśli byłaś aktywnym ŚJ, to przynajmniej przez jakiś czas roznosiłaś po domach ambitne gazetki promujące (m.in.) głupotę i będące jednym z narzędzi manipulacji. Czyli, jeśli rok-dwa przed Twoim "wyrośnięciem" przyszedłby do Ciebie mądry człowiek i wyłożył nielogiczność świadkowych bzdur, to sprawdziłabyś wiarygodność tych rewelacji, po czym obróciłabyś się na pięcie i wyszła? Czy istniał(by) jakikolwiek aspekt emocjonalny/pozamerytoryczny (np. finansowy, itp.), który mógłby sprawić, że odejście było(by) trudną decyzją? PS. Nie podpisuję się pod retoryką prezentowaną w dużej części postów na tym forum.
  7. Problem w tym, że nie zawsze chodzi jedynie o obronę Świadka przed samym sobą, lecz o to, że ŚJ to religia mocno ingerująca w życie ludzi i w pewnym stopniu wymuszająca (jeśli chcą sprostać wymogom "Jehowy") na nich podobnie mocną ingerencję w życie chociażby swoich dzieci. Przykład z transfuzją i inne ekstremalne przypadki opisane w tym przybytku dość dobrze to unaoczniają i niewiele pozostaje tu miejsca na filozoficzne rozważania dotyczące subiektywnego spojrzenia na sens i jakość życia. Wg mnie pewien poziom "arogancji" ze strony osób mających nieco szersze horyzonty jest wskazany (zakaz działalności to przykład skrajny i nie jestem zwolennikiem takiego rozwiązania). W jw.orgu nazywa się to brakiem pokory, ale może on stanowić skuteczną przeciwwagę wobec arogancji świadkowych przywódców, którzy jak najbardziej czują się kompetentni do dokonywania ewaluacji jakości życia mnóstwa ludzi, stawiania - najczęściej zdalnej - diagnozy i posługiwania się stosunkowo skutecznymi narzędziami nacisku, aby zaaplikować "leczenie". Pewnie masz sporo racji w tym, że na każdego wątpiącego przyjdzie czas. Z drugiej strony, chyba rzadko który odstępca nie żałuje, że nie przejrzał na oczy wcześniej, lub nie otrzymał bardziej zdecydowanych bodźców z zewnątrz (moje odejście zainicjowane zostało w dużej mierze dzięki kilku bodźcom od ŚJ z najbliższego otoczenia). Żałuję, że nie miałem okazji porozmawiać kilka lat temu z samym sobą z dzisiaj, lub osobą o podobnym podejściu. Osoby, z którymi rozmawiałem, miały i mają taką możliwość (część z nich niejeden raz) i kto wie, czy dzięki temu szybciej nie przejrzą na oczy. Tzw. "betony" nie przejrzą tak czy inaczej, natomiast osoby mające predyspozycje do samodzielnego myślenia może jeszcze kiedyś mi za to podziękują. Niestety, stosunkowo niewielu ŚJ jest na bieżąco z nauką, może prędzej ze zdrowym rozsądkiem, ale problem tkwi często bardziej w sferze emocjonalnej, niż intelektualnej - o czym pisał Szanowny Pan Hassan i co potwierdzają przykłady inteligentnych ludzi, często i naukowców, wierzących w dość dziwne rzeczy. Jestem przekonany, że nie jest tak, że świadkowanie jest "problemem" istniejącym jedynie w głowie każdego Świadka z osobna, a próbując przyspieszyć/wywołać proces przebudzenia, można zrobić jedynie krzywdę - lub nie osiągnąć efektów lepszych, niż w przypadku, gdy nie zrobiło się nic. Osiągnie się przynajmniej to, że trochę więcej danych ulokuje się we wspomnianej przez Ciebie podświadomości. Przynależność (lub nie) do Świadków (i wszystko, co się z tym wiąże) to chyba jednak coś więcej, niż kwestia "gustu" - co zdajesz się postulować. Wiara/niewiara w Boga - już prędzej.
  8. Przepraszam za opóźnienie, ale zgubna działalność w realu skutecznie zaabsorbowała mój czas. Całkiem spory odsetek młodych ŚJ "nie zna innego życia" w aspekcie towarzyskim - tzn. trzymają dystans do nie-ŚJ, w związku z czym raczej nie można mówić o szansy na trwałe przyjaźnie, nie wspominając o związku i małżeństwie. Co innego "znać życie" z byle jakich relacji z osobami ze szkoły i pracy + z TV i książek (choć wielu co bardziej gorliwych bardzo starannie selekcjonuje materiał godny zgłębiania przez prawdziwego chrześcijanina), a co innego móc w praktyce - bez irracjonalnego lęku i nacisku bliskich - przekonać się, jak żyją, co myślą i co czują prawdziwi ludzie z krwi i kości z najbliższego otoczenia. Dodatkowo, choćby głupia kwestia urodzin, imienin, krzywe patrzenie np. na studniówkę, nie świętowanie prawie niczego - to są często zdarzenia, które mają na celu zbliżenie ludzi, ale oczywiście wtedy ŚJ powinien pokazać, że nie jest częścią tego świata, że jest inny, w pewnym sensie lepszy - bo oto nie bierze udziału w czymś, czego Jehowa nienawidzi, lub na co patrzy z dużym zaniepokojeniem. Więc nie wie, jak przyjemnie jest złożyć przyjacielowi serdeczne życzenia urodzinowe bez uczucia, że właśnie rozwścieczyło się Władcę Wszechświata. Szczerze wierzący Świadkowie mnóstwo czasu spędzają na zamartwianiu się o tak głupie rzeczy, że u przeciętnego człowieka może to wzbudzić jedynie uśmiech współczucia/politowania. Mimo tego, że uczyłem się, pracowałem i czasem widywałem się również w czasie wolnym z nie-ŚJ, zawsze istniała pewna niewidzialna bariera. Musiałem pamiętać, że Jehowa patrzy, że mam uważać, aby Oni nie wpłynęli w zgubny sposób na moje myśli - ja natomiast miałem odegrać chwalebną rolę ambasadora Królestwa Bożego na Ziemi, a nie dać poznać się jako zwyczajny człowiek, ze swoimi wadami i zaletami, radościami, smutkami, obawami i wątpliwościami. Wiele osób po odejściu (w tym ja) potrzebuje sporo czasu, żeby z aktora bez widocznej skazy zamienić się w człowieka. Oczywiście jest całkiem sporo wyjątków od tej reguły (np. pewien odsetek małżeństw mieszanych). Jednak jeśli w momencie, gdy młody człowiek dopiero poznaje świat i siebie, systematycznie i intensywnie wtłaczana jest do jego głowy papka upośledzająca w wielu aspektach emocjonalnie i intelektualnie, ciężko jest mówić o w pełni świadomym wyborze (w potocznym znaczeniu tego sformułowania). WTS jest jak najbardziej popieprzony, bo oprócz ludzi, którzy go potrzebują (albo wydaje im się, że go potrzebują), jest też mnóstwo ludzi, którzy go nie potrzebują, a w nim tkwią lub tkwili przez długi czas (np. ja - zawsze miałem gdzieś z tyłu głowy pragnienie opuszczenia jworga). Ogólne warunki wyjścia opracowane za oceanem + inne czynniki charakterystyczne dla systemu skutecznie opóźniają proces odejścia lub powodują zupełną z niego rezygnację. To też tylko mój prywatny sposób patrzenia na świadkowe sprawy, ale uważam, że jak najbardziej tak - ci ludzie są systematycznie oszukiwani w bardzo istotnych życiowych sprawach (wykorzystane jest wzbudzone uprzednio zaufanie), mają wtłaczany go głowy strach przed informacjami krytycznymi i w związku z tym ich wybory często są tylko postawieniem pieczątki przy oficjalnie przyjętej w danym momencie polityce. Co nie oznacza, że nie muszą ponosić za nie odpowiedzialności. Czy nazwie się to manipulacją i ograbieniem z możliwości wyboru, czy jakoś inaczej - nie ma dla mnie istotnego znaczenia. Możliwość wyboru jest zawsze - świadczy o tym choćby istnienie tego forum i nasze historie. Pytanie tylko, jak łatwy jest to wybór. Oczywiście można wymagać od każdego, żeby był walczącym o idee i prawdę bohaterem, bez względu na konsekwencje, ale chyba nie tędy droga. I pytanie, jakie są praktyczne konsekwencje przyjętego sposobu myślenia: Nie ruszać, widocznie skoro istnieją tak popieprzeni ludzie, że potrzebują WTS, to powinien on istnieć i bez przeszkód prowadzić działalność. Dzieci - no trudno, wygenerowane zostaną kolejne jednostki popieprzone, ale mogły trafić gorzej - część odejdzie. Nie odpowiadać na pytania, dlaczego się odeszło/przestało chodzić na zebrania, albo rzucać metaforami, których i tak nie zrozumieją. Stosować wjazd na ambicję, której wielu się wyrzekło (wszak odstępstwo jest elitarne i tylko dla wystarczająco ogarniętych). Uświadamiać, ale tylko wątpiących, którzy zapytają. Uświadamiać, kogo się da, prowadzić kampanie informacyjne w mediach i sieci, podchodzić do młodych ludzi przy stojakach, których jeszcze można "uratować". Zakazać działalności, skonfiskować stojaki i napiętnować niedobitków, którzy ośmielają coś mówić o wzniosłych miernikach Jehowy. Inna opcja. Rodzice nie pozwolili przetoczyć dziecku krwi. Dziecko zmarło: Ich wyłączna wina, wolna wola i świadomość wyboru. Przypadkowa korelacja większego stężenia takich przypadków z przynależnością do ŚJ. Może nie mordercy, ale... ? Ulegli manipulacji i zostali oszukani. Bezwolne marionetki Systemu, nie można ich obciążać odpowiedzialnością. Coś pomiędzy, albo poza tym? Nic się nie stało! Może faktycznie ŚJ mają rację i wtedy wszystko będzie dobrze. Gdyby dzieciak przeżył i wierzył w Jehowę, to może nawet miałby do rodziców pretensje, że musiał się jeszcze załapać na ten zły, szatański system rzeczy, a nie dostał darmowego biletu do raju. ... W sumie tego typu rzeczy interesują mnie bardziej, niż ustalenie zasadności stosowania fraz typu "manipulacja" i "wolna wola" do przypadku ŚJ. Wydaje mi się, że trochę się powtórzyłem w tym poście. Przypuszczam, że moglibyśmy tak godzinami, gdyby nie ograniczenia fizyczno-czasowe narzucone przez Jehowę Przedmiot sporu jest na tyle rozmyty, że pewnie tak
  9. Nie mam pojęcia (jak zmierzyć stopień skuteczności manipulacji), to pewnie temat na badanie socjologiczne, w którym - ze względu na oczywiste czynniki - ciężko byłoby zebrać grupę reprezentatywną. Jak to zrobić "domową metodą"? Może policzyć ilość przypadków, kiedy ŚJ odmawia transfuzji z pobudek religijnych? Może policzyć ilość ŚJ, którzy zrywają kontakty z członkami rodziny i przyjaciółmi odchodzącymi od ŚJ, "bo takie są zasady"? itd. Może wręczyć każdemu jakąś "odstępczą" pozycję do przeczytania i obserwować reakcję? Albo przyprowadzić na spotkanie ŚJ dziewczynę/chłopaka "ze świata" i czekać na życzliwą troskę i komentarze współbraci? Powiedzieć "na zdrowie", gdy ktoś kichnie? Albo oświadczyć, że nie widzisz w urodzinach nic złego i właściwie niedługo się na jedne wybierasz? Przedstawić historię porad medycznych made in Brooklyn na spotkaniu ze znajomymi ŚJ i zadać kilka bezkompromisowych pytań? Oczywistym jest, że wiele patologii generowanych instytucjonalnie przez WTS można zarzucić pojedynczym jednostkom, wyczyniającym różne dziwne rzeczy pod szyldem prywatnym, a nie jakiejś konkretnej organizacji. Ostracyzm wobec apostatów można spotkać również w społecznościach np. katolickich. Problem ze ŚJ jest taki, że stosowanie ostracyzmu jest oznaką duchowej dojrzałości i jest wręcz nakazane przez instytucję. Wg mojej wiedzy, u katolików jest na odwrót. U ŚJ patologia usankcjonowana jest odgórnie. W KK występuje jako szkodliwa nadgorliwość u przysłowiowych "moherów". Skuteczna manipulacja - moim zdaniem - nie musi oznaczać tego, że ludzie jej poddani będą chodzić jak w zegarku (choć na niektóre bodźce znaczna część ŚJ reaguje w zaskakująco podobny sposób - poza momentami, gdy czują, że są bezpieczni i nikt ich nie obserwuje). Wspomniane przez Ciebie przypadki (seks przedmałżeński, fajki, fałszowanie owocu, itp.) mogą być domeną osób, które "pieprzą system", ale siedzą w nim z pobudek pozamerytorycznych (rodzina, znajomi, finanse, itp.). Mimo być może mniejszej skuteczności bezpośredniego wpływu na umysł, fizyczne warunki stworzone przez organizację sprawiają, że takie osoby pomimo braku "wypranego mózgu" siedzą w organizacji i choćby ciągła konieczność (oczywiście mogą odejść, droga wolna) ukrywania się ze swoim prawdziwym stylem życia czyni ich jej zakładnikami. Są i tacy, którzy robią podobne rzeczy, a są w jworgu z pobudek merytorycznych: "tutaj jest prawda, najwyżej zginę w Armagedonie, ale nie mam czego szukać w tym świecie. Może za jakiś czas stanę się dojrzały. Jehowa widzi, że jestem fajny, mimo tylu potknięć - wszak jestem niedoskonały. Dawidowi i Batszebie wybaczył, to może i mi wybaczy. Ale tymi odstępcami się brzydzę - jak można tak bezczelnie występować przeciwko Bogu! Zero pokory. Czeka ich zasłużony los, a Markowi na pewno ręki nie podam". Mieliśmy opisy takich przypadków i tutaj na forum. To, że w wielu przypadkach manipulacja ŚJ okazuje się mniej skuteczna, niż życzyliby sobie twórcy konstytucji jedynych prawdziwych reprezentantów Boga na Ziemi (co przejawia się w tym, że wiele osób jest w stanie przejrzeć na wskroś ten bullshit, a liczba studentów w jworgu jest dość znaczna), nie oznacza, że organizacja nie ma potężnego wpływu na psychikę milionów ludzi, niejednokrotnie skłaniając ich do zachowań, których żadnemu samodzielnie (przeciętnie, powiedzmy) myślącemu człowiekowi nie przyszłyby do głowy (studia w organizacji nie są zakazane - są niewskazane. Co innego zaśpiewanie "sto lat" na urodzinach kolegi, powiedzenie "na zdrowie!", wznoszenie toastów i inne ciężkie grzechy, po których niejednemu ŚJ ciężko będzie spojrzeć w lustro przez jakiś czas). Sugerujesz, że WTS działa jak magnes na jednostki w różny sposób obciążone i to jest powodem większego stężenia "patologii", niż w innych miejscach. Po części jest to prawda. Druga strona medalu jest taka, że wiele młodych ludzi nie zna innego życia, bo tkwi tam od dziecka i odkąd pamięta, niemal codziennie ma wbijaną do głowy propagandową papkę made in America. Dlatego - oprócz przyciągania patologii - WTS sam tę patologię generuje, i jej dodatkowe ofary (oczywiście można się spierać, że dzieci określonych rodziców i tak miałyby przerąbane, bo przy braku ŚJ wdepnęliby oni w coś być może równie beznadziejnego). Nie jest to zasługą tylko kilku sztukmistrzów zza oceanu, ale przemyślanej strategii, która przez lata była udoskonalana metodą prób i błędów, a obecny kryzys może zawdzięczać głównie powszechnemu dostępowi do informacji na niespotykaną wcześniej skalę. Fakt, że przedstawiciele lokalnych odgałęzień tej ogromnej struktury są wykonawcami polityki opracowanej gdzie indziej (a także dokładają swoje trzy grosze, w zależności od lokalnej mentalności i uwarunkowań, będąc jednocześnie ofiarami systemu, który współtworzą) nie zmienia faktu, że Strażnice, najważniejsze listy do starszych, książki Paście, itp., wychodzą z jednego źródła i - jeśli chodzi o trzymanie w szachu członków organizacji - są wybitnie konsekwentne. Czy osobami decyzyjnymi jest kilku anonimowych, niewierzących w Jehowę panów (a CK tylko przykrywką), czy też główni gracze są żarliwymi chwalcami Jah, nie zmienia faktu, że system krzywdzi i ma ogromną siłę oddziaływania. A Steven Hassan: może i nie jest twórcą literatury psychologicznej najwyższych lotów, ale pomógł dużej ilości ludzi wyjść z ugrupowań wykorzystujących "patologiczną intensywność" ich potrzeb. Kiedy rozmawiam z ŚJ, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jego model - choć uproszczony - dość dobrze tłumaczy i przewiduje ich zachowania. Sam autor zresztą pisze o ciągłej walce osobowości kultysty, narzuconej przez religię, z prawdziwą osobowością. ŚJ zrobią naprawdę dużo, żeby kolejni adepci przywdziali "nową osobowość" - z różnym skutkiem, na szczęście. Swoją drogą: jeśli mogłabyś polecić najlepsze Twoim zdaniem pozycje dotyczące omawianego tematu (lub w znacznym stopniu z nim związane), to chętnie się zapoznam Nie wiem, jak duży odsetek nauczycieli baletu usiłuje wpływać na życie swoich uczniów na tak wielu płaszczyznach, jak WTS. Ciężko mi sobie nawet wyobrazić ekwiwalentny przypadek, bez posuwania się do tandetnych parodii tandetnego przekazu serwowanego przez pewne dziwaczne ugrupowanie religijne. Co do Twojego nowszego posta: Ten argument aż prosi się o reductio ad Hitlerum i może być wykorzystany do obrony dowolnej ideologii przy użyciu domniemania jej prawdziwości.
  10. Spoko, to było do przewidzenia Gwoli ścisłości - pod postem poniżej, od którego zaczęłaś bieżącą dyskusję, ogólnie się zgadzam (w kwestii oceny grupy przez pryzmat jednostki). W kwestii przemiany ze złego starszego ŚJ w cudownego odstępcę, który doznał oświecenia - również. Nie odcinam się od debilizmów, które wygadywałem w czasach mojego świadkowania, ani ewentualnych szkód, które wyrządziłem. Serio uważasz, że zakres manipulacji stosowany przez ŚJ (gdzie w standardowym przypadku mają kontrolę nie tylko nad sferą - nazwijmy to - zawodową, ale mogą wchodzić z butami w pozostałe aspekty życia, typu: z kim możesz rozmawiać, przyjaźnić się, spać, co możesz jeść i jak się leczyć/ratować życie, jeśli nie chcesz utracić znajomych i rodziny tkwiących w tym ugrupowaniu) jest porównywalny z zakresem środków manipulacji dostępnych dla nauczyciela prestiżowej szkoły baletowej? Jeśli rodzice wychowują swojego potomka na "cudowne dziecko", szkoła wzmacnia jednostronny przekaz, a ewentualna rezygnacja jest przedstawiana jako życiowa porażka i zawiedzenie oczekiwań wszystkich osób, na których Ci zależy (ze wszystkimi tego konsekwencjami: perspektywa wyrzeczenia się i braku jakiegokolwiek wsparcia), to skłaniam się ku postawieniu znaku równości. Tak się składa, że uczestniczę w pewnej aktywności na swój sposób wymagającej "potu i łez" i niezliczonych zarwanych nocy, aby osiągnąć "sukces", ale jakimś cudem myśl o rezygnacji i sposobie, w jaki by przebiegła, nie wzbudza u mnie ułamka negatywnych emocji, jakie towarzyszyły odejściu od ŚJ. Ba, byłem świadkiem takiej rezygnacji i przebiegła ona w nadzwyczaj miłej i cywilizowanej atmosferze. Temat "wolnej woli", czy - jak to określasz - "wolności wyboru i podejmowania decyzji pomimo manipulacji". Sytuacja A. Kup to, bo "jesteś tego warta" i wtedy ón zaprosi Cię na randkę. Sytuacja B. Zrób to, bo inaczej nie odniesiesz sukcesu i rozczarujesz nauczycieli, rodziców, koleżanki i kolegów. Sytuacja C. Zrób to, bo inaczej wmówimy Twojej rodzinie, że Bóg oczekuje od nich całkowitego zerwania więzi, a statystyka pokazuje, że najprawdopodobniej dadzą sobie to wmówić (oczywiście mają wolną wolę). Sytuacja D. Zrób to, bo inaczej zabijemy Ci żonę i zgwałcimy córkę. Sytuacja E. Mów wszystko, co wiesz, albo pozbawimy Cię wszystkich palców, po kolei, powolutku. Mamy czas - Ty też się nigdzie nie wybierasz, prawda? Wolna wola we wszystkich przypadkach? Odpowiedzialność za swoje decyzje we wszystkich przypadkach? Skala szarości? I właściwie jakie praktyczne konsekwencje ma to, na jakie definicje się zgodzimy? I kiedy pojawia się ta wolna wola? U 2-latka? 10-latka? 30-latka, który w życiu mądrej książki nie przeczytał, bo po co, skoro zaraz Armagedon - o czym słyszy, odkąd tylko pamięta? Właściwie zastanawiam się, o co Tobie chodzi - czy po prostu chcesz stanowić przeciwwagę dla głosów typu "wiatr wieje - wina sekty ŚJ", czy faktycznie stawiasz na równi metody stosowane w reklamie z metodami stosowanymi przez ŚJ, jak również ich zakres, czasowy zasięg, praktyczną implementację i konsekwencje? Czy szeroko dyskutowane na tym forum problemy związane z organizacją ŚJ są równej wagi, jak reklama Snickersa w TV i kredyt 0% w PKO BP? A może problem w ogóle nie istnieje i trzeba zacząć się martwić dopiero wtedy, gdy - hipotetycznie - będzie istniało uzasadnione podejrzenie, że mogą skończyć jak Świątynia Ludu? Jeżeli dobrze rozumiem, nie ma ofiar tego systemu religijnego, są tylko ofiary swoich własnych dobrowolnych wyborów luźno powiązanych z tą organizacją? Stosunkowo łatwo jest punktować głupoty wypisywane na forum, natomiast chętnie poznałbym Twój osobisty pogląd na poruszone przeze mnie kwestie (i nie chodzi mi tylko o definicje).
  11. Balet jest uniwersalną i jedyniesłuszną ścieżką życiową, tylko trenując balet można osiągnąć prawdziwe szczęście. Tylko to się w życiu liczy. Jeśli jesteś na tyle dojrzała, żeby zrezygnować z zamążpójścia ze względu na balet, zrób to. Jeśli ktoś ze Szkoły zaczyna mówić źle o balecie i prezentowanych tu założeniach, nie rozmawiaj z nim. Od tego są wykwalifikowani nauczyciele - dopilnuj tego, aby dowiedzieli się o problemie. Nie rozmawiaj i nie witaj się z koleżankami, które opuściły szkołę. Jeśli będziesz to robić mimo uwag nauczycieli, będziesz musiała opuścić szkołę, do momentu, aż zrozumiesz swój błąd. Konstancja zrozumiała (jej życie tymczasowo utraciło sens, jak sama mówi) i wróciła do Szkoły. Jakże wielka była radość! Przypomnij sobie również sytuację Ani. No i Marka. Dziękuj Terpsychorze, jeśli dane Ci było urodzić się w rodzinie pielęgnującej tradycje baletowe. Jeśli kiedyś zrezygnujesz z jedyniesłusznej ścieżki, Twoi rodzice nie mają prawa kontaktować się z Tobą w kwestiach innych, niż techniczne. Jeśli będziecie rozmawiać o sztuce i literaturze, oraz życiowych perspektywach, zostaną nie tylko zdegradowani z pozycji nauczycieli baletu, ale mogą również być zmuszeni do opuszczenia szkoły. Z nimi także nie będzie można rozmawiać. To wszystko dla dobra uczniów szkoły i ku Waszemu opamiętaniu. Aha, za tydzień Twoją rodzinę odwiedza dwóch szanowanych nauczycieli ze szkoły z większego miasta. Spróbują pomóc Twojej siostrze, która ostatnio zaniedbuje się w dziele (przez trzy miesiące nie poświęciła ani godziny na odwiedzanie sąsiadów i przekonywanie ich, że balet to kwintesencja prawdziwej egzystencji). W związku z tym, że odwiedzą więcej takich osób i w międzyczasie czeka ich szkolenie, czy nie moglibyście udzielić im noclegu przez najbliższe dwa miesiące? Cały zewnętrzny świat jest pod władaniem złej siły. Włącznie z Akademią Muzyczną naprzeciwko. Studiują tam pozerzy, jedynie udający miłość do Prawdziwej Sztuki, albo ludzie zagubieni, którym trzeba pomóc i przyprowadzić ich do Szkoły. Ten przystojniak z Teatru Popularnego się Tobą interesuje? Doskonale wiesz, jak powinnaś postąpić, jeśli chcesz osiągnąć Sukces. Pamiętaj też o sytuacji Eweliny - zakochała się w chłopaku, który udawał zainteresowanie baletem, pochopnie zgodziła się na ślub, a kilka tygodni później zniknęła wraz z mężem. Cóż za katastrofa! Doskonale wiesz, z jakiego grona powinnaś dobierać sobie prawdziwych przyjaciół. Rodzice mają obowiązek uczyć dzieci tańca od najwcześniejszego dzieciństwa. Ponoszą osobistą odpowiedzialność za niedopilnowanie tego obowiązku. Jest to kwestia życia i śmierci!!! Serio. Nie ma żartów. Jeśli zdecydujesz się jednak na polonistykę - pamiętaj, że tracisz dotychczasowych znajomych i rodzinę (chyba, że nie tracisz - to my ich wtedy przywołamy do porządku). To dla Twojego dobra - jak wspomniano, ma Cię to doprowadzić do opamiętania. Nauka notacji muzycznej, siadanie do fortepianu, czytanie książek o astronomii - wszystko to stanowi poważne zagrożenie i może odciągnąć od właściwego życiowego celu - trenowania baletu. Wszystkim obiecujemy Sukces, jeśli tylko wystarczająco mocno i szczerze będą się starać, wyleją wystarczającą ilość potu i łez. Nie ważne, że nie potrafisz odróżniasz metrum 3/4 od 4/4. Dlatego odejście ze szkoły nigdy nie jest dobrą decyzją. Oczywiście, jeśli mimo wszystko chcesz odejść i zmarnować swoje życie - droga wolna. Nikogo nie trzymamy na siłę. Poniżej obrazek z elementarza do nauki baletu. Oto, co czeka pozerów z przemysłu operowego: Przydałoby się jeszcze trochę przybliżeń na przerażone twarze nicponi z opery. To są jedynie założenia teoretyczne. A teraz pomówmy o praktycznej implementacji. (...) Fragment zakazanej i tępionej przez wieki (a jednak ocalała) książki: Jak znaleźć prawdziwe szczęście, sens i wygrać życie. Podstawy baletu, autor nieznany.
  12. I Safari zamknęła za sobą drzwi

    Safari, gratulacje! (trochę spóźnione ) Kwestia odejścia cały czas wzbudza u mnie mieszane uczucia, ale cieszę się, że doznałaś dzięki temu ulgi. Powodzenia na nowym - oby tym lepszym - etapie Twojego życia
  13. Spotkanie u Nunka

    Nunek, Ty to jednak wiesz, co jest w życiu istotne
  14. Spotkanie u Nunka

    Podobnie z Mormonami, do których należałoby się zwracać per "Święci w Dniach Ostatnich". Inna sprawa, że człek kulturalny, mając świadomość, że komuś przeszkadza sposób, w jaki się do niego zwraca, potrafi pójść na kompromis w tej materii, a nie wyciąga słownik, lub powołuje się na prof. Miodka, żeby wykazać, że nie ma o co się spinać. Do Szanownego Pana Profesora, czy Pana Prezydenta zwróci się w "rozbudowany" sposób, zamiast "profesorku", "Panie Andrzeju", czy "Panie Kowalski" (mimo że żadna z tych form nie jest obraźliwa). Z kolei Świadek będzie miał problem ze zwróceniem się do księdza per "proszę księdza", czy życzeniem mu, aby Bóg mu szczęścił (mimo że w Boga wierzy, więc w samym takim życzeniu nie powinno być nic niewłaściwego). Sam niejednokrotnie, mówiąc w towarzystwie o osobie nieobecnej, używam określeń, które - użyte podczas zwracania się do niej bezpośrednio - mogłyby zostać uznane za zbyt poufałe. Na tym forum wpadają czasem "sami zainteresowani", więc z szacunku do ich uczuć unikam określania ich w sposób, który mogliby uznać za obraźliwy. Nie wspominając już o tym, że fajnie byłoby nie utrudniać im znalezienia się po drugiej stronie barykady. Dużo łatwiej przyszłoby mi powiedzieć parę ciepłych słów o Jehowie (bo do tego rzekomo istniejącego jegomościa to akurat szacunku nie mam - za całokształt - i jeśli ktoś jeszcze zachodzi w głowę, dlaczego, to gratuluję dobrego samopoczucia). Chyba że ktoś uważa, że ŚJ - bez wyjątku - na szacunek nie zasługują, to wtedy inna sprawa. Świat i poglądy szeregowych ŚJ są dużo bardziej skomplikowane i zróżnicowane, niż tutaj postulujesz, podobnie jak stopień identyfikacji z jedyniesłusznymi prawdami głoszonymi przez siedmiu wspaniałych (czy ilu ich tam jest). Poza tym nie zapominaj, Matyldo, że spora część tutaj obecnych jeszcze nie tak dawno należała do owej "bandy debili i samolubów". Potem przeszli błyskawiczną metamorfozę? Cud resocjalizacji? Z debili nagle stali się wolnomyślicielami, potrafiącymi walczyć o intelektualną wolność; z samolubów przeobrazili się w ludzi bolejących nad tym, jak wykorzystuje się dobre i naiwne osoby (lub innych tkwiących w sektach debili i samolubów - wybierz odpowiednią opcję) i pragnących im pomóc? Nie zapominaj też, że mamy "tam" członków rodziny i przyjaciół, o których niejednokrotnie mamy zdanie trochę inne od Twojego. I - cytując klasyka - nie każdy z nich jest "chodzącą apoteozą hodowli świadko-jehowego nadczłowieka". Swoją drogą, werset o "gnoju na polu" cieszy się dużo większą popularnością wśród "odstępców", niż wśród aktywnych ŚJ. Prawdę mówiąc, o jego istnieniu dowiedziałem się chyba dopiero na tym forum? Właściwie ten post nadaje się do zgłoszenia do moderacji i nie wiem, co mnie jeszcze powstrzymuje. Gdy w podobnie chamskim tonie określił "odstępców" ś.p. pan szesc66 jako (cytuję z pamięci) "nawiedzone osoby pałające nienawiścią", dość szybko został uziemiony. W Twoim przypadku okolicznością łagodzącą może być fakt, że ŚJ jako ugrupowanie, jak i nieliczny podzbiór jego członków sporo namieszał w Twoim życiu, ale - na Dżechowę - mimo wszystko trochę więcej obiektywizmu. W oczach wielu ŚJ bandą debili i samolubów jesteśmy my - nas chyba stać na wzniesienie się na trochę wyższy poziom i dostrzeganie odcieni szarości, o których pisze się na tym forum już do znudzenia.
  15. Lojalni aż do śmierci

    Prawdziwy człowiek renesansu