Lebioda

Forumowicz Extra
  • Zawartość

    952
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    21

Ostatnia wygrana Lebioda w Rankingu w dniu 18 Październik

Lebioda posiada najczęściej lubianą zawartość!

Reputacja

2487 Excellent

O Lebioda

  • Tytuł
    Znamy się już dobrze

Profile Information

  • Płeć
    Mężczyzna

Ostatnie wizyty

1140 wyświetleń profilu
  1. Maleńczuk o Świadkach Jehowy

    Donosicielstwo było zawsze i będzie istniało, bo jest no to zapotrzebowanie. Możemy tylko dywagować, czy to dobrze, czy źle! Odpowiedzi będą też skrajnie różne. Żeby nie przeciągać rozważań teoretycznych, przejdę do konkretnego przypadku w jakiej się znalazłem osobiście, też w więzieniu jako jeszcze Świadek Jehowy. Przebywałem w celi z ośmioma współwięźniami. Mówiąc delikatnie, wszyscy razem byliśmy winni ówczesnej władzy ludowej w różnej wysokości nielojalność! Na przełomie lat 1956/1957, nastąpiło szereg zmian politycznych, które i tam za więzienną bramą wybitnie dało się odczuć. Stosunek „klawisza” do więźniów uległ znacznej poprawie. Istniał jeszcze pion polityczny t/zwany „ polwych”, czuwający nad ideowym „wychowaniem” skazanych. Pion ten zajmował się również werbowaniem donosicieli lub „kapusiów jak kto woli. Wezwany więzień na dywanik do takiej persony, był zawsze traktowany przez pozostałych jako niepewny. „Obywatel polwych” w tym okresie zmienił też taktykę, a pewnie z odgórnego nakazu, aby bezpośrednio w celach prowadzić „edukację” polityczną wśród więźniów. W mojej celi przebywał też więzień będący prawie moim rówieśnikiem wiekowym. Został skazany na dwanaście lat więzienia, za śpiewanie z grupą harcerzy niezgodnych ideologicznie piosenek harcerskich, którym przewodził jako starszy druh. Któryś z młodszych druhów go zakapował. Ów młodzieniec, trochę gorączka, nie wytrzymał i przy wszystkich nas pozostałych siedmiu więźniów, wygarnął mu całe zakłamanie PRL-u porównując do modnego i na czasie wtedy określenia -stalinizmu i beriowszczyzny. Wszystkich nas siedmiu przesłuchiwała specjalna komisja gdzie każdy z nas został doprowadzony i po przesłuchaniu odprowadzony do innej celi, abyśmy nie mogli się porozumieć co do zeznań poprzedników. Mnie wprowadzono przed komisję jako już ostatniego. - wy się nazywacie? Podaję swoje dane więźnia. - acha, no to wy nam powiecie całą prawdę jak to było, bo wam przecież kłamać nie wolno. Gadajcie jak to było i co ten... tu wymienił nazwisko więźnia – powiedział. - tak naprawdę to ja nie wiem o czym była mowa, ponieważ stałem w celi na samym końcu, a że zrobiło się głośno i tak prędko padały różne słowa, więc nic z tego nie zrozumiałem. -że tamci kłamali, to można zrozumieć, ale, że i wy kłamiecie? Odprowadzić go! Chłopak dostał trzy noce twardego łoża i na tym się skończyło,ale chciano mu wytoczyć coś bardziej dotkliwszego. Później powoli wracaliśmy do tego tematu i jak się okazało, każdy mniej więcej odpowiadał w tym samym stylu. Nikogo z nas nie prześladowano, nawet nie rozdzielono nas po innych celach. Co by się wydarzyło gdyby ten incydent wydarzył się we wcześniejszym okresie? Trudno na to odpowiedzieć. Nie wiem również jak zachowałbym się ja osobiście. W tym już kalendarzowym okresie nic nam nie groziło więc każdy z nas miał już pewien komfort, ale półtora roku wcześniej mogło zakończyć się bardziej „ciekawiej”. Dlatego mówienie o kimś jak ktoś się zachowywał, lub mógł się zachować, w sytuacjach skrajnych i na tej podstawie wyciągać odpowiednie wnioski jest bardzo nie uczciwe bez względu na to, kto będzie tym recenzentem i jakie będzie nosił nazwisko. Dotyczy to również tych recenzowanych - Świadków Jehowy też!
  2. Moja przygoda z Organizacją

    Komitet Dwunastu? - Co to za twór? Okres historii Świadków Jehowy w Polsce po 1950-tym roku ubiegłego wieku jest ciągle do końca nie rozpoznany pomimo że już wiele szczegółów znamy, to ciągle istnieją znaki zapytania. Nigdy nie udało nam się zakończyć rozpoczętego rozpoznania ponieważ zawsze istnieją przeszkody niepozwalające postawić kropki nad „i”. Znany w tamtym okresie tzw. „Komitet Dwunastu”, jest jednym takim przykładem, który wtedy był odmieniany we wszystkich przypadkach, tudzież przyklejany każdemu – na kogo przypadnie … na tego bęc. Ponieważ pojawiła się jak gdyby nowa nieznana dotąd wiedza (?), postanowiłem powrócić do tego dziwacznego tworu. Jak zwykle bez ostatecznego rozstrzygnięcia, ze znakiem zapytania. Działalność o takiej nazwie powstała na początku lat sześćdziesiątych ub. wieku. Twór ten był wymierzony w podziemną działalność przeciw Organizacji Świadków Jehowy. Taki przynajmniej zapis znajdujemy w „Najdłuższej Konspiracji w PRL” według Jerzego Rzędowskiego. Osobiście z tworem tej nazwy zetknąłem się w połowie lat sześćdziesiątych, gdy na mój adres pocztowy dotarły w krótkich odstępach czasu trzy zwykłe korespondencje listowne sygnowane tą nazwą jako nadawcy. Nie było to dla mnie jakimś nadzwyczajnym zaskoczeniem, ponieważ o tym enigmatycznym „Komitecie Dwunastu”, w zborach było już głośno. Nazwa tego komitetu była jednak kojarzona ze zdrajcą, niejakim „Jakubem”, ale Olka jeszcze nie kojarzono w tym zestawieniu. W prawdzie Jakub Rejdych w raz ze sowim bratem Wiesławem i innymi stanął na czele komitetu, ale był to tzw. „Komitet Piętnastu” i powstał jeszcze przed późniejszą „dwunastką”, ubiegający się o zalegalizowanie zupełnie innej grupy wyznaniowej, też o charakterze „badackim”,ale bez Brooklyn-skiego namaszczenia. W jakich okolicznościach ta grupa piętnastu osób wystąpiła do władz PRL-u o tę legalizację, w miarę obszernie pisałem już w poprzednich moich wejściach na tym forum. Do „Olka” Rutkowskiego jeszcze wrócę. Jak sobie przypominam, były ostrzeżenia, aby przypadkiem żadnej literatury od tych („dwunastu”) nie przyjmować, a szczególnie strażnicy. Były też instrukcje jak tego rodzaju korespondencje odsyłać i pod żadnym pozorem jej nie czytać. Niestety, na tę okoliczność niedawno poznałem inną opowieść pochodzącą od brata z terenu Polski Wschodniej. Nie jestem upoważniony do posłużenia się jego imieniem i nazwiskiem, który opowiada swoje przeżycia pochodzące mniej więcej około roku 1965. W tym czasie był sługą obwodu, pracował pod kierownictwem sługi okręgu Mieczysławem Cyrańskim. Na postawione pytanie: - co to był za twór „Komitet dwunastu”? Ów brat po głębokim namyśle, lub przywołaniu osobistych wspomnień, nie potrafił się do tego odnieść. Przedstawił natomiast panującą wokół niego sytuację -ciekawą zresztą. Był to mniej więcej okres po przełomie, gdy udała się w polskiej Organizacji Św. J., rewolta związana z przejęciem kierownictwa przez scheiderowców po odsunięciu olkowców. W tym okresie utrzymywała się jeszcze krótko na niektórych obszarach Polski dwuwładza. Nasz brat w tym czasie był w okręgu olkowców i jak zrozumiałem, tym okręgiem kierował jeszcze sługa okręgu Mieczysław Cyrański. W tym gronie toczyły się dość istotne dyskusje dotyczące osoby Olka, ponieważ scheiderowcy wytoczyli już przeciw niemu szereg poważnych zarzutów dotyczących zdrady Organizacji, tudzież zarzutów obyczajowych. W/g naszego brata, sługa okręgu Cyrański będący, zresztą jak wielu innych sług okręgów, „podwładnym” Olka jako pierwszego w kraju, nic z tych krążących zarzutów nie potwierdzał, a nawet zdecydowanie opowiedział się w jego obronie. Wśród sług obwodów nastąpiła konsternacja ponieważ chcieli poznać rzeczywistą przyczynę powstałej sytuacji. Scheiderowcy przypuścili bardzo ostry atak przeciwko Olkowi i jego grupie. Nastąpił wyraźny rozłam wśród zborowej populacji, ale też wśród szeroko rozumianego nadzoru. Znający osobiście Olka, raczej nie uwierzyli w krążące zarzuty i zostali mu wierni. Scheiderowcy przypuścili niewybredne ataki na tą grupę obrzucając tych epitetami - zdrajców. Pomimo, że powstały grupy (komitety) mające łagodzić te konflikty i ukierunkowywać na pojednanie, grupa olkowców była wyraźnie ignorowana w tym zakresie i niedopuszczana do osób, którzy na miejscu mieli regulować i likwidować nieporozumienia i konflikty. Tyle dowiedziałem się z nagranych wypowiedzi brata B., nadesłanych mi przez brata Juliana Grzesika. Próbowałem nawiązać korespondencje mailową z br. B. Przy pomocy Juliana G., ale nic z tego nie wyszło. W prawdzie niewiele jest tu szczegółów, które były by przydatne, ale już z tej krótkiej relacji można pokusić się na pewne wnioski. Analizując to opowiadanie zastanawia mnie, dlaczego pytany brat nie potrafił odpowiedzieć nic konkretnego odnośnie „Komitetu Dwunastu”. Z innych źródeł wiemy, że Scheiderowcy obwiniali Olka o bardzo dużo bezeceństw i również przypisywano mu związanie się z „komitetem dwunastu”. W takiej głośnej sytuacji brat B. powinien cokolwiek o tym wiedzieć lub słyszeć. Tymczasem o tych zarzutach wobec Olka nic nie wspomina, natomiast opowiada jak jemu zarzucano zdradę i głośno nawet na ulicy za nim krzyczały siostry ze zboru mniej więcej tak: - oto tu idzie zdrajca! Jak wyjaśnić taką niespójność? Brat B. mimochodem, jakby zupełnie bez związku opowiada, że z tego okresu niewiele wie, ponieważ w tym czasie został zatrzymany prze MO, za niestawienie się do odbycia służby wojskowej. Tu wyjaśnia się wszystko. W tym wczesnym okresie zantagonizowane grupy widziały bezpośrednich przeciwników w swoim bezpośrednim środowisku. Olka tu nie było, a gdyby nawet, to i tak nie wielu w zborach go znało, a ponadto jak znam to z autopsji, te „porachunki” z „najwyższej półki”, w bardzo okrojonej wersji były bardzo reglamentowane i docierały raczej drogą pantoflową: - ja ci coś powiem, ale nie opowiadaj tego nikomu! Wszystkie paszkwile zarzucane Olkowi, w tym jego osobisty współudział w enigmatycznym „Komitecie Dwunastu”, pochodzą już z późniejszego okresu i rozpropagowane poprzez publikację autorstwa M. Bojanowskiego w „Wierni Jehowie” pisanej już jak można domniemywać na zapotrzebowanie wewnętrzne. Zresztą oficjalnie nic z tych zarzutów Olkowi nie zarzucono, oprócz sprawy rozporkowej, którą można było zarzucić już nie jednemu z tego samego grona „wiernych Jehowie”. Jeżeli wierzyć Jerzemu Rzędowskiemu, a nie ma powodu żeby było inaczej, ten „komitet dwunastu” jest zupełnie sztucznym tworem, pod którym to kryptonimem były fingowane przekazy mające na celu szerzyć destrukcje wśród całej świadkowskiej populacji. Mając do dyspozycji w tej chwili dostęp do tych „utworów literackich” stamtąd pochodzących, można by się pokusić na charakterystykę autora, lub autorów tych wydawnictw. Każdy autor piszący w „strażnicy” sygnowanej owym komitetem, jest anonimowy, zresztą naśladując oryginał. Na pewno nikt z tych, nigdy nie był Świadkiem Jehowy, ani też bliżej nie znał sposobu bycia, życia i obyczajów obowiązujących w Organizacji. Wszelka wiedza jest tylko teoretyczna opanowana przez kursanta na przyśpieszonych wykładach teoretycznych, są widoczne braki w opanowaniu idiomów. Po niżej (próbka) krótki fragment z tzw. „strażnicy”: >Jest faktem godnym ubolewania, że w tak ciężkich dla nas chwilach grupa prowokatorów kolportuje dokumenty, szkalujące brata Wilhelma. Nie powstrzymuje ich nawet ta okoliczność, że ten brat jest aresztowany i nie ma możliwości odpowiadać na fałszywe zarzuty. Lud Boży jednak właściwie oceni tych mącicieli i potwarców. Wśród sług Okręgów znaleźli się również tacy, którzy się cieszą z aresztowania brata Wilhelma. Nie podobała im się poprzednio surowa dyscyplina i ład Boży, wprowadzony do organizacji przez brata Wilhelma. Będą teraz w ogólnym zamieszaniu mogli ukryć spokojnie swoje kombinacje finansowe, a przede wszystkim odpisać ze stanu martwe dusze i zmniejszyć do połowy, to jest do rzeczywistych rozmiarów, statystyki wykazujące ilość głosicieli. Organizacja teokratyczna w Polsce nie ugięła się jednak pod żadnymi ciosami Goga z Magog. Ponieważ czuwa nad nią niezwyciężony, nieugięty król Jezus Chrystus i sam Jehowa Bóg. Apelujemy do wszystkich głosicieli w Polsce, aby na cele obrony brata Wilhelma każdy z nich wpłacił na ręce swojego sługi Obwodu co najmniej 100 złotych w terminie możliwie najwcześniejszym. KOMITET DWUNASTU.< Pisownia i styl pisma, nie wnikając już w samą treść, wskazuje, że autor powyższego tekstu musiał by jeszcze dużo i długo poćwiczyć, zanim udałoby mu się tę samą treść przemycić w strażnicowym stylu. Styl pisma wskazuje, że nikt z byłych Świadków Jehowy nie brał nawet udziału w komponowaniu, tudzież korekty jego treści. Jeżeli współcześnie czytam te rewelacyjne doniesienia, tzw. komitetu dwunastu, to mogę potwierdzić, że teraz wiem o czym w tamtym czasie pisali i jaki cel chcieli osiągnąć autorzy tych sensacji. Niestety, gdybym te same teksty czytał w latach sześćdziesiątych ub. wieku, żaden z tych przekazów nie zrobiłby na mnie żadnego wrażenia, a ponadto prawdopodobnie nie doczytałbym żadnej treści do końca. Jeżeli tego rodzaju pisma nawet docierały do kogokolwiek, zawsze trafiały w próżnie. Z tamtejszej zborowej populacji, w większości nikt nic nie wiedział o wydarzeniach, rozgrywających się w Organizacji na szczeblach kierowniczych kraju, a te, które doszły co najwyżej do sług zborów, były już odpowiednio tak „zmodyfikowane”, że każdy z nas „wiedział”, kto tu praw, a kto winowat. Autorom tych przekazów zależało, aby na dołach Organizacji wzbudzić trend do wyjścia z podziemia. Chodziło o zmiękczenie dołów aby przy ich pomocy zmusić decydentów do wyprowadzenia Organizacji z podziemia. Podsuwano nawet znane nazwiska, które mogłyby wykonać odpowiedni ruch w tym kierunku. Faworytem był Romuald Stawski (Romek), ale nie do odrzucenia był również Aleksander Rutkowski (Olek). W tym kontekście, można by się zastanowić, dlaczego nie postawiono na grupę radykała Stanisława Rejdycha (Jakuba). Grupa Rejdycha (Jakuba) w opisach komitetu 12, ale nie tylko, bo również Czesława Stojaka, tudzież Władysława Szklarzewicza, przedstawiano jako głównych zdrajców „ukochanego” brata Wilhelma, który z ich przyczyny został aresztowany i odsiaduje karę we Wronkach. To przecież od tych grup pochodzi słynne zapytanie skierowane do brata N. Knorra: „Dlaczego w Polsce sama myśl o legalizacji musi być pomysłem samego Szatana Diabła?” Oczywiście, odpowiedzi nigdy się nie doczekano. Wytłumaczenie jest moim zdanie bardzo proste. Wskazywanie na tych, jako uzdrowicieli Organizacji, gdzie w każdym zborze było przekazane drogą teokratyczną i każdy głosiciel wiedział, że ci od „Jakuba” byli „rzeczywistymi zdrajcami”, byłoby strzelanie sobie w piętę. Komitet 12, żeby uwiarygodnić swoją misję, musiał „lojalnie” być za, a nawet przeciw. Tego zwrotu klasyka L. Wałęsy, nie użyłem tu tylko dla podkreślenia swego rodzaju morału, ale chcę uzmysłowić, że w takiej formie szły w zaklejonych kopertach przekazy od tego zacnego komitetu. W tych przekazach te same osoby mogły być uświęcone łaską Boga Jehowy, i jednocześnie opętane przez Goga i Magoga tudzież przez samego Szatana diabła. Dla redaktorów tych tekstów taki galimatias słowny nie kłócił się ze zdrowym rozsądkiem. Jest jednak w tym całym galimatiasie >„za, a nawet przeciw”<, pewne nienaruszone tabu i to we wszystkich dostępnych dla mnie kopii dokumentów z IPN-u, w tym oczywiście „twórczości” „Komitetu 12”. I tu jak zwykle chodzi mi o bardzo znaną z tamtego okresu postać właśnie Aleksandra Rutkowskiego – Olka. Po prostu taka bliżej nie określona postać, bez wyrazu, ale zawsze istnieje w tle. Chociaż nie zupełnie...! W zupełnie rzeczowym stylu, list sygnowany podpisem „Komitet Dwunastu” z roku 1966, przedstawia sprawę Olka w orzeczeniu wysłanników z Wiesbaden. Ale żeby nie było tak zupełnie klarownie, jak zwykle, ów „komitet” jest „za, a nawet przeciw”. W liście jest krytyka o nie odpowiednim potraktowaniu podsądnego i jego grupy, natomiast z treści wynika, że „komitet” ma bardzo dobre nawiązane stosunki z nową pro scheiderowską grupą po odejściu Olka. Więcej o w/w liście napisałem tu: - https://watchtower-forum.pl/forums/topic/1957-moja-przygoda-z-organizacją/?page=58 Skąd u tych autorów, taka wielka wiedza o wnętrzu organizacyjnych perturbacjach? No cóż. W tym czasie w końcówce lat 5o-tych i początku lat 60-tych ubiegłego wieku, rozkład organizacyjny na samym szczycie zarządzania w Polsce był tak rozdygotany, że można śmiało stwierdzić iż rozłaził się w szwach. Zbyt wielu „generałów”, którzy w boju zdobywali doświadczenia i awanse, zaraz po 1956 roku zostali odstawieni przez sługę oddziału br. Wilhelma. Wielu odczuwało osobistą frustrację. Nabyte doświadczenia podczas pracy w pełnej konspiracji, od tej chwili są tylko zwykłym nieużytecznym balastem. Podejrzliwość pryncypała i niepewność swojego losu, dość sprytnie została wykorzystana przez Sb. Powstanie ściśle tajnych współpracowników tych służb wewnątrz kadry zarządzającej Organizacją, spowodowało, że bez większych zabiegów Sb., mogła przejmować każdą wiadomość na każdym etapie jej powstawania. Sb. Przejmowała wszystkie ( no prawie wszystkie ) skrytki korespondencji i (prawie) wszystkie szyfry używane z biurem strefy i centralą w Brooklynie. Można podejrzewać, iż w wyjątkowych okolicznościach, nawet ingerowała w zawartą treść w celu realizacji głównych zadań dotyczącej >Dezinformacji i Dezintegracji< przydzielonych grup wyznaniowych IV Departamentu MSW – Wydziału III-go. To tam istniała komórka pod kryptonimem >Komitet Dwunastu< Czy w tym „komitecie” zatrudniano Tw ? Bardzo w to wątpię. W tych ściśle tajnych komórkach nie było to możliwe, natomiast chętnie wykorzystywano ich donosy i chociażby pozyskiwanie adresów do których rozsyłano jakby dzisiaj można określić odpowiednio spreparowane „newsy”. O samych listach powiedzieliśmy już dużo, ale ja chciałbym się zastanowić jak pozyskiwano adresy, do których te treści dochodziły. Pozornie niby prosta sprawa, bo adresy mogły być dostarczane przez pocztę, która była penetrowana przez odpowiednie służby, Milicję Obywatelską, tudzież Urząd Meldunkowy. Niby proste jak przysłowiowy drut, ale ja jednak ten niby prosty drut trochę pokrzywię. Już kilka razy na tym forum potwierdzałem, że takie listy od tego nadawcy też otrzymałem. Adres, jak adres zwyczajny pocztowy, imię i nazwisko, miejscowość, ulica, numer domu – wszystko się zgadzało. Zwróciłem już w tamtym czasie na pewien szczegół, ale wtedy przeszedłem do porządku jako nieistotny detal. Dziś, gdy ten temat analizuję, postanowiłem zastanowić się nad tym jeszcze raz. Ponieważ metrykalne prawidłowe moje imię to: - Leonard, i gdyby mój adres został dostarczony do tej „instytucji” przez, którykolwiek z w/w urzędów, takie imię powinno być w adresie. Tymczasem w adresie widniało imię – Leon. Na pewno nie było to imię celowo zdrobnione. Tym imieniem posługiwałem się przez cały okres mojej obecności w Organizacji, począwszy od pierwszych kroków nowicjatu, aż do samego opuszczenia, a konkretnie do chwili wyrzucenia mnie. W międzyczasie nie posługiwałem się żadnym pseudonimem, gdy przez pięć lat udzielałem się pełno czasowo w konspiracyjnej działalności, zawsze rozpoznawalny byłem pod tym imieniem. Nawet wielu w zborze macierzystym nie znało mnie pod imieniem metrykalnym, chociaż z nazwiska to już tak. Wniosek nasuwa się sam. Organizacja na każdym szczeblu była nasycona pozyskanymi tajnymi współpracownikami Sb. Stąd „komitet 12” czerpał dane o wszystkim co działo się w każdej komórce organizacyjnej i uzyskiwał wykazy adresów do potencjalnych adresatów. Pośredni wniosek byłby taki, że ów enigmatyczny „komitet dwunastu”, wbrew starszyźnie krajowej, w odpowiednim czasie, w znacznej mierze stał się późniejszym przyczynkiem wyjścia Organizacji spod ziemia. Czy na podstawie powyższego, zbliżyliśmy się do wyjaśnienia tego epizodycznego, ale w Organizacji drażliwego wątku? - Nie wiem!
  3. Moja przygoda z Organizacją

    Mam wrażenie, że nie zupełnie zrozumiałeś moją myśl. W prawdzie zgadzam się z Tobą co do tych najbardziej ponętnych kolorowych papierków do opakowania własnego produktu, ale to jeszcze nie na tym etapie pojedynczego „żeglarza”. Na tym etapie, jeżeli już jakiś pojazd, to raczej prymitywną jednoosobową „dłubankę”. Dalszy ciąg tekstu jest taki: >(...) Nie sposób wymienić tu każdy przypadek, ale w większości z moich obserwacji, lat mojej młodości, przeistaczali się w samotnych żeglarzy. Ich mapą nawigacyjną pozostawała biblia, odczytywana jednak według nabytych umiejętności „strażnicowych” wzorców. Co ciekawe, ten trend zachował się bez poprawek do tej chwili. Po prostu oderwanie się od nabytych przez lata wzorców nie idzie w parze z postępem w czasie, - to nie jest jakaś złota myśl, która błysnęła w tej chwili w mojej głowie, te „wzorce” zachowały się i tkwią również we mnie i ujawniają się całkowicie po za moją świadomością, ba nawet trapią mnie jeszcze ciągle świadkowskie sny.< Tu zwróciłem uwagę jak głęboko ta mentalność nabyta w WTS-sie pozostaje wyryta nawet w nas samych, pomimo że usilnie staramy się od tego uwolnić. Moją wolą było zwrócenie uwagi z jaką trudnością, a być może wcale, przychodzi odstępcy odczytanie biblii inaczej niż to „odziedziczone” z Organizacji. Bardzo ciekawą relację z tym „odczytywaniem”, przedstawia w poniższym linku długoletni były Św. J. -Mierzwa. Szczególnie polecam jego końcowe podsumowanie, z którym jest mi po drodze i jak gdyby intuicyjnie wspiera treść mojego głównego wątku, który był celem jego napisania. https://www.youtube.com/watch?v=ymYeZx8gqyg
  4. Moja przygoda z Organizacją

    Kamieniem do naszego Ogródka „Badacze” Biblii z najnowszego zaciągu Twórca ruchu religijnego C. T. Russel, swoim wejściem w sferę wykładni biblii, pewnie nie zdawał sobie sprawy, że wypuścił z butelki przez wieki zakorkowanego złego dżinna. Wprawdzie był jeszcze dobry dżinn, ale C. T. Russel trafił na tego złego. Nazwą tego ugrupowania - „Badacze Pisma Świętego” spowodowało, że każdy kto z tym ruchem się spotkał, nagle poczuł w sobie misję do wykładania zapisanej treści biblii, zwanej też pismem świętym. Sama nazwa tego ugrupowania daje mu jakoby certyfikat ponieważ już z samej nazwy stał się „badaczem”. Skoro jest się badaczem, to ma się prawo, ba obowiązek wykładania, a nawet świadczenia o tym, co się zbadało. Samorodnych badaczy biblii namnożyło się co niemiara. Każdy z tych, tudzież grono jego wzajemnych adoratorów wie, jak najlepiej zinterpretować każdy werset. Nie byłoby to niczym zdrożnym gdyby chodziło tylko o smak wykonania według własnego pomysłu odpowiedniej nalewki alkoholowej. W tym przypadku nie miałoby większego znaczenia, która nalewka szybciej zwala z nóg, bo po wytrzeźwieniu zawsze można wrócić do normalności. Interpretacja biblii w wykonaniu amatorskim, sprawia poważne spustoszenie w psychice jednostki, a z wytrzeźwieniem przychodzi trudniej, jeżeli w ogóle przychodzi. Naparzanka wywołana wejściem w „Urojenia Ateistyczne”, podniosła (na razie) tylko u wielu ciśnienie tętnicze i nic ponadto. Żaden z adresatów tego „Urojenia ...” nie powrócił z powrotem na łono samorodnych biblijnych badaczy, jak również nie powiększył grona tej grupy wzajemnie się uzupełniających. Osobiście wyznaję mój własny pogląd, aby nie ingerować w poglądy kogokolwiek, a tym bardziej zaglądać w zakamarki duszy tym, którzy opuścili Organizacje. Z doświadczeń ubiegłych lat różnych zawirowań w russelowskim ruchu, wynika, że każdy taki okres wyzwalał nowych apologetów, nowego kierunku rozumienia biblii. Nie poczuwam się być prorokiem, ale można zauważyć, że w wielu odstępcach pozostał nostalgiczny trend do odtworzenia chociażby namiastki tego co pozostało po WTS-ie, szczególnie u tych odstępców zachowujący kreacjonistyczny pogląd. Ten trend (badania biblii bez ingerencji zewnętrznej) dość wyraźnie zarysowany, postrzega się w części wschodniej Polski, ponieważ tam, te powody odstępstwa dotyczyły głównie „technicznego” funkcjonowania wnętrza Organizacji, a nie dotyczyły eschatologii. Należy również przyjąć, że w tej część Polski „prywatny” nurt „badania” biblii nie jest czymś niezwykłym. Część Polski zachodniej bardziej liberalnej, mniej, lub wcale nie ingeruję w powody odstępstwa. Tu bardziej liczy się skąd przychodzisz, a nie dokąd zmierzasz. Co dalej z tą odstępczą populacją? Najprawdopodobniej ten podział będzie współistniał ponieważ będzie skazany na siebie tak długo, aż poszczególne jednostki, a może nawet grupy tych jednostek zbudują swój własny „okręt”i pożeglują do własnej wymarzonej „przystani”. Jeżeli tą przystanią będzie liberalnie wyzwolony umysł, będą brać z tego życia na tej planecie to, co jest możliwe i będzie w zasięgu ich własnej możliwości. Natomiast w przystani dla ortodoksów biblijnych, odejście od Organizacji jest tylko wymianą powozu na inny, których na tej przystani jest do wyboru i do koloru. Symptomatyczne jest jednak to, że ortodoksi biblijni po przejściach z Organizacją, najczęściej budują własny pojazd według własnego pomysłu. Nie sposób wymienić tu każdy przypadek, ale w większości z moich obserwacji, lat mojej młodości, przeistaczali się w samotnych żeglarzy. Ich mapą nawigacyjną pozostawała biblia, odczytywana jednak według nabytych umiejętności „strażnicowych” wzorców. Co ciekawe, ten trend zachował się bez poprawek do tej chwili. Po prostu oderwanie się od nabytych przez lata wzorców nie idzie w parze z postępem w czasie, - to nie jest jakaś złota myśl, która błysnęła w tej chwili w mojej głowie, te „wzorce” zachowały się i tkwią również we mnie i ujawniają się całkowicie po za moją świadomością, ba nawet trapią mnie jeszcze ciągle świadkowskie sny. Ci samotnie żeglujący „badacze” Biblii (celowo używam tu liczby mnogiej), będą zawsze zgodni między sobą w stosunku do tych, którym biblia doktrynalnie nie leży. - (to też znam z autopsji). Natomiast tam gdzie zaczyna się „braterskie badanie biblii”, tam dysputy nigdy nie kończą się porozumieniem, bo prawda wyznawana przez każdego z osobna, jest zawsze bliższa Bogu niż jego adwersarza. To byłaby pierwsza prawda. Ale ta prawda nie jest jeszcze tak bardzo dokuczliwa. Dramat zaczyna się dopiero w rodzinie, gdy dorasta młodzież. Dotąd zwracaliśmy uwagę tylko na ten problem rodzin bezpośrednio w domach u Świadków J., ale ten problem tkwi wszędzie tam gdzie w rodzinach wyznacznikiem określonego życia, jest bezkrytyczne podporządkowanie biblii, często uzależnione od wyimaginowanego własnego pojęcia głowy rodziny i narzucane domownikom. Po raz pierwszy spotkałem się z tym problemem, gdy moje osobiste posty pojawiły się na Forum. Ku mojemu zdziwieniu, a powiedziałbym, że miłemu zdziwieniu, napisali do mnie wnukowie tych, których bezpośrednio lub pośrednio wymieniłem w moich tekstach. Ten problem wyraźnie zarysowuje się we wszystkich odstępczych nurtach. Dotyczy jednakowo – Świecki Ruch Misyjny Epifania, Stowarzyszenie Wolnych Badaczy Pisma Świętego, Zrzeszenie Wolnych Badaczy Pisma Świętego, Równolegle temu samemu procesowi podlegają wszelkiej maści niezrzeszonych „badaczy Biblii”. Z tych ostatnich, wcześniejszych stażem, ten proces dotyka równolegle już teraz, natomiast tych współcześnie rozpoczynających swój indywidualny badacki debiut, odłożony jest tylko w czasie gdy dorosną ich pociechy. Nie łudźcie się, że tych waszych synów i córek uda Wam się utrzymać do „badania Biblii” na Wasz wzór i podobieństwo Wasze. Kto z tych zechce razem z Wami zastanawiać się nad losem Abrahama, Jakuba, Mojżesza, tudzież Dawida, Salamona z ich haremami dziewic i budować swoją przyszłość według ich wzorów? Kto z tych zechce przestawiać przecinki w zdaniach przypisanym prorokom tylko dlatego, żeby odpowiadało Waszemu wyznawanemu credo? Biblię warto czytać, a powiem więcej, należy czytać, ale tylko w celu pozyskania wiedzy jak splot wielu wydarzeń historycznych umieścił nas w kulturze judeochrześcijańskiej. Przy innych zawirowaniach, mogliśmy wyznawać Zaratusztrianizm, może trochę odmienny, ale bardzo zbliżony do rodzimego chrystianizmu, a nawet wiele maksym ewangelicznych stamtąd pochodzących. Mielibyśmy inne święte księgi prowadzone do innej, ale też świętości i też bronilibyśmy go własnym życiem. Wystarczyłoby urodzić się w innej części Świata, i nasze wartości byłyby zupełnie przeciwstawne do wzorców Biblii. Przez okres bycia w Organizacji, każdy z nas przesiąkną indoktrynowaną ideologią do tego stopnia, że nawet teraz gdy nie musi niczego nikomu udowadniać, gdy jednak spotka osobnika o nieco odrębnym przekonaniu, będzie chciał go przewartościować do swoich racji. Z przykrością czytam wszelkie naparzanki na Forach, gdy byli Św. Jehowy skaczą teraz sobie do przysłowiowych gardeł, aby udowodnić, że odstępca-a/ nie może być utożsamiany z odstępcą-b/, ponieważ ich dzieli inny powód (mur) opuszczenia Organizacji. Zachodzę w głowę, dlaczego tak musi być? Otóż pewnie, że musi bo taka nasza słowiańska natura. Nie ważny powód, ale spór musi być. Już Fredro w swojej „Zemście” pokazał Cześnika - Raptusiewicza w sporze o mur z Rejentem - Milczkiem. Mur jak mur, stary – zmurszały, rozwalający się, ale ważny, bo jest o co toczyć spór. Adam Mickiewicz w „Panu Tadeuszu” też poświęcił rozdział dotyczący starego rozwalającego się zamku, aby wplątać dwa rody Horeszków i Sopliców w spór o swoje prawa do niego. Sporów ci u nas dostatek i pewnie od nich nie uciekniemy, bo tak naprawdę jest nam … z tym dobrze. Czy każdemu z nas? Mnie raczej nie. Obawiam się, że nasza słowiańska dusza będzie te spory w nas wzniecać. Skoro już jesteśmy przy naszej Wielkiej Literaturze, na koniec dołączę jeszcze Wielkiego naszego Poetę Juliusza Słowackiego i pozwolę sobie na parafrazę Jego Hymnu … a, że odstępczych sporów nikt zakończyć nie może, - smutno mi Boże! Ciągu dalszego, już nie będzie, ale nie wykluczam, jeżeli będzie taka potrzeba PS Bądźcie tym czym chcecie być i idźcie tam gdzie czujecie się najlepiej, nigdy nie nawracajcie nikogo na „swoją stronę”, nie czyńcie siebie misjonarzami do nawracania swoich adwersarzy. Z godzin nie musicie się już rozliczać. Ten etap macie już za sobą. Z jednego kierunku przyszliście razem na rozstajne drogi. Teraz bez obawy wyklęcia, wybierzcie sobie wam towarzyszących i drogę, którą chcecie podążać. Pozwólcie innym zrobić to samo. Nie wzdragajcie się podać sobie rękę na pożegnanie, a gdy kiedyś znów się spotkacie, podacie sobie rękę na powitanie. Nie bez kozery pisałem o niegdysiejszych spotkaniach tych od Russela i tych od Rutherforda, tudzież innych, którym różne przypadki życiowe zmieniły ich zrozumienie świata, ale zawsze potrafili podać sobie rękę na powitanie. Jeżeli Organizacja Was odrzuciła, to stańcie na wysokości i nie odwracajcie się wzajemnie od siebie. To będzie świadczyć o Waszym człowieczeństwie, bez względu na to, którą biblię czytacie i czy w ogóle chcecie ją czytać, a wiecznego sporu o pierwszeństwie kury czy jajka i tak nie rozstrzygnięcie.
  5. Moja przygoda z Organizacją

    Zadałaś mi bardzo trudne pytanie. Od kilku dni wracam do Twojego postu i zastanawiam się nie tyle nad tym co mam Ci odpowiedzieć, ale nad tym jak mam Ci odpowiedzieć. Stellu Pisząc ten Twój post do mnie, już odpowiedziałaś sobie na wiele dręczących Cię pytań. Poruszony przez Ciebie temat jest wyjątkowo ciemną stroną WTS-u, ten sam problem dotyczy również okresu zakazu w Polsce po 1950 roku. Tylko w obiegu ogólnym na temat tych okresów można czegoś obiektywnego dowiedzieć się od osób (autorów) z poza Organizacji. Z okresu obozów zagłady w wykonaniu faszystowskich Niemiec, do rzetelniejszych opisów jak mi jest wiadomo, to prawdopodobnie jedyna publikacja o Świadkach Jehowy pochodząca spod ręki samego komendanta obozu Rudolfa Hessa. Piszę – prawdopodobnie gdyby były inne, wykorzystałby w swojej pracy bardzo ceniony ze swojej rzetelności, autor ruchu „Badackiego” - Julian Grzesik. Więcej tych opisów ukazało się zaraz po II wojnie światowej w wykonaniu „strażnicowym” w cyklu „zmierzając do celu mojego życia”. Były to – zresztą prawdziwe opowiadania, ale z założenia miały nas ukierunkować i podnosić na duchu do wytrwałej, czynnej służby na niwie pańskie. W wielu podobnych opowieściach o takim charakterze, posiłkowano się pamiętnikiem samego R. Hessa. Do tej kategorii zaliczam też opowiadanie samego Feliksa Borysa, cudownie ocalonych z obozu w Stutthofie wraz z bratem Scheiderem. Jeżeli chodzi o wielu innych, może nie cudownie, też wyzwolonych, ale tylko przez szatańskie armie antyniemieckiej koalicji, tych odstawiono na obrzeże Organizacji, aby nie stwarzali chaosu w zborach. Moje osobiste relacje wprawdzie miałem z dwoma Auschwitz'akami, ale tak naprawdę tylko z jednym z nich, te relacje były bardziej ściślejsze. Z jego osobistych obozowych relacji, dowiedziałem się tylko tyle, że razem na tej samej Schtubie był z Józefem Cyrankiewiczem. Z jego relacji, tenże był określany człowiekiem pozytywnie dodatnio. To było wszystko co usłyszałem od niego na temat obozowy. Jego osobistą sylwetkę wewnętrzną, narysowałem sobie o wiele później, gdy ja sam znalazłem się na obrzeżach Organizacji, jeszcze nie wyrzuconym, ale już po „przejściach” i z własnymi przemyśleniami. Wtedy zrozumiałem, dlaczego wśród „swoich braci” nie można mówić o swoich osobistych wewnętrznych przeobrażeniach. Nikogo to nie wzrusza, a przynajmniej nikt nie jest zainteresowany Twoimi problemami jeżeli raportowane przez Ciebie godziny, nie przysparzają chwały Jehowie. Na każdy Twój problem, zawsze była jedna i tylko jedyna odpowiedź: - „co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr, a teraz jest żniwo wielkie, a robotników mało”. Czy taki nadzorca lub sługa – jak kto woli, mógł dla tych stanowić jakąkolwiek wartość? On był tylko przedłużeniem obozowego strażnika, oddziałowego kapo w obozowym baraku, ale też więziennego klucznika na pawilonie więziennego korytarza w PRL-u. Brat, o którym powyżej, gdy wprowadzono w zborach studium książki, przez krótki okres prowadził studium będącej w tedy na topie książki „Prawda Was Wyswobodzi”. Lubiłem jego sposób prowadzenia. Studium było bardzo żywe i z zainteresowaniem wsłuchiwałem się w jego interpretacje tej książki. Trwało to jednak nie długo, ponieważ nie odpowiadało to wytycznym słudze obwodu. Od tej pory jego związki ze zborem stawały się marginalne, aż ustały zupełnie. Na pewien okres został nawet odłączony od zborowej społeczności, ponieważ bratu, który miał mu „pomóc w ugruntowaniu” go w wierze, zarzucił indolencje i po prostu nazwał go „cymbałem”. Ten nie był mu dłużny i natychmiast odłączył go od zboru, za lekceważący stosunek do sługi bożego. Sprawa nabrała nieprzyjemnego rozgłosu, prawie natychmiast w tej sprawie przybył aby uratować sytuację, pełniący w tym czasie obowiązki sługi obwodu znany już z innych opisów - „Olek” - i znów ten >Olek<. „Olek” załagodził spór, natychmiast przywrócił go do społeczności, ale tamten brat, już do jego mieszkania nie miał wstępu. O zajściu piszę tu bardzo skrótowo, ale relacje są znane mi szczegółowo ze wszystkich trzech stron biorących udział w tym zamieszaniu, mogłyby posłużyć za świetny humorystyczny utwór literacki, o charakterze paszkwilanckim. Pomimo mojego jeszcze w tedy młodego wieku, miałem do tego brata nieograniczony wstęp, z czego korzystając sługa „Olek”, wykorzystywał mnie do ostatecznego złagodzenia relacji tego brata ze zborem. To zdanie powyżej jest trochę zbyt mocno powiedziane, bo ów brat nigdy już w zborze się nie pojawił, ale też nie zatrzasnął za sobą drzwi. Do Świadkowskiej literatury miał nieograniczony dostęp, tym bardziej, że jego żona zachowywała w Organizacji ortodoksyjny wzór żony i „niewiasty”, używając tego miana ówczesnej poprawności zborowej. Jej mąż, był zupełną odwrotnością bo jego stosunek, mówiąc bardzo delikatnie – był raczej umiarkowany. Swoją wiedzę strażnicową uzupełniał oprócz codziennej prasy z kiosku (co było już istotnym wykroczeniem), tygodnikiem „Głos Wolnych” i miesięcznikiem - „Argumenty”. Oba pisma to wydania stricte ateistyczne, z tym, że ten pierwszy był przeznaczony raczej dla mniej wymagającego czytelnika. Natomiast miesięcznik, był już pismem elitarnym. Wdawaliśmy się w pewne niuanse natury filozoficznej, ale te treści nie wywracały mojego stosunku do religii w ogóle, a szczególnie już do Organizacji. One raczej na tym etapie bardzo mi jeszcze pomagały. Na tym jednym i dobrze mi znanym szczególnym przypadku, mogłem wyrobić sobie własne zdanie o pozostałych „obozowiakach”, bo w przeciwnym razie nie byłoby potrzeby ukrywać ich na obrzeżowych zakamarkach zborowych, lub po prostu wyrzucić i puścić z wilczym biletem odstępcy. Z takim wilczym biletem, wprawdzie już z późniejszego zaciągu, ale jednak już ponad pięćdziesiąt lat niosę teraz i ja tę niezwykłą pałeczkę sztafetową. Pewnie gdyby nie ten szatańskiego pomysłu Internet, wiele „ciekawostek” tego drugiego okresu, też utknęłoby w mrokach zapomnienia ku chwale rozwijającej się Organizacji. Nie wiem czy zaspokoiłem Twoją ciekawość, ale tak to już jest, że do pewnych zasobów nie przychodzi się wprost, lecz drogą okrężną, dedukcją, analogią … itp.
  6. Moja przygoda z Organizacją

    Kamieniem do naszego ogródka Odstępcy lepszego i gorszego sortu Organizacja Św. J. Święcąca swoje tryumfy z początkowego okresu trzech prezesów, już nigdy nie będzie taka sama. Sześć tomów prezesa Russela, tudzież kontrowersyjny siódmy tom „Dokonana Tajemnica” stały się już tylko balastem. Publikacja „Miliony Ludzi Obecnie Żyjących Nigdy Nie Umrą” autorstwa Rutherforda, podzieliła los niechlubnej historii jak ekskluzywna budowla Beth – Sarim. Pewnie ten sam los spadnie na epokowe dzieło Knorra - „przekład biblii NW”. Na zakończenie tych moich przemyśleń, nie omieszkam też kilka kamyków wrzucić do naszego ogródka odstępców. Obawiam się, że ten prze zemnie opisany sukces odstępców, który mozolnie przebijał się przez prawie pełny wiek, może nie wytrzymać próby czasu, symptomy tego zjawiska obserwuję już od pewnego czasu. Jak sięgam pamięcią jeszcze będąc czynnym w Organizacji, z odstępcami mimo wszystko utrzymywałem pewne kontakty, zresztą nie tylko ja i pomimo, że wtedy nie podzielałem ich stanowiska. Tak samo jak obecnie, przyczyny odstępstwa były różne. W większości głównymi przyczynami, to rozbieżnie rozumiane przyczyny doktrynalne pochodzące z rozłamu Rutherforda, które zapoczątkowały, a raczej ośmieliły do własnych indywidualnych przemyśleń pochodzących z indywidualnego czytania i interpretowania tekstów biblii. I jeszcze jeden walor, taki zwykły międzyludzki. Nikt z obydwu stron nikomu nie groził uśmierceniem w armagedonie Do ciekawego zjawiska należy dołączyć braci spod fioletowego trójkąta, którym udało się przetrwać niemieckie obozy koncentracyjne. Pomimo tego, że w oficjalnych przekazach w powojennych zborach, przedstawiano tych jako zwycięzców, których Jehowa wyzwolił z gorejącego ogniem pieca, to wielu powróciło „okaleczonych na duchu”. Dla niektórych z tych, może jeszcze dla kogoś kto ten okres przeżył jako pisarz na bloku, opowieść o Szadrachu Meszachu i Abednego, była budująca, to dla innych, którym przyszło obsługiwać te „piece gorejące szczególnego przeznaczenia” w realu - już nie. Bez względu na kolor „plakietki” przytroczonej do pasiaka, każdemu z tych było trudno uwierzyć w moc sprawczą bóstwa od tych trzech Danielowych mędrców. Tylko znany nam „Rocznik Świadków Jehowy 1994” z wielką euforią opisuje ich powroty w roku 1945. Wielu z tych, już do końca swoich dni przeżywało duchową frustracje z bezsilności mocy Boga, któremu oddali samych siebie. Te przypadki nie były odosobnione, przylgnęło do nich odium zmęczonego starego badola, któremu pobyt w obozie mówiąc kolokwialnie nie wyszedł na „zdrowie”. Ich kierunek myślenia odtąd stał się zdecydowanie realistyczny, biblia i strażnica, w prawdzie nie odrzucane, ale oceniane krytycznie, czytane jako uzupełnienie do literatury i czasopism o charakterze popularno-naukowym. W śród tych szczególnie, ale nie tylko, zdarzały się też przypadki wykładni zupełnie świeckiego pojmowania biblii. Jednych i drugich przypadków, o których wyżej, nie zmyślam, ale były to realnie występujące postacie w moim macierzystym zborze. Żyli wprawdzie na obrzeżach Organizacji, nawet w jakiś specyficzny sposób się z nią utożsamiali, ale zawsze dzielił ich pewien „sanitarny” dystans z resztą zborową. Osobisty kontakt z nimi był wybiórczo ograniczony „na ich warunkach”. Należałem do tych przez nich „uprzywilejowanych”. Stąd moja znacząca wiedza o dręczących ich „mankamentach”. Niestety, ich dane osobowe zachowam dla siebie. Pewnie mój późniejszy rozbrat z Organizacją, miał też tam swoje prapoczątki. Pomimo takiego zróżnicowania, te grupy nie dzieliły wyznawane indywidualne doktryny, ale łączyło ich wspólne „badackie” pochodzenie. Pojęcie „odstępstwo” jako takie, przynajmniej za mojej pamięci jeszcze obiegowo nie funkcjonowało, natomiast funkcjonowało określenie „stary badol”. „Starego badola” przyjmowano jako trochę zagubionego, ale jednak brata, któremu nie wzdragano się z podaniem ręki przy powitaniu, nawet jeżeli ten wyraźnie dystansował się od „badania” Strażnicy. (-) Jestem zmuszony wyjaśnić pewne nie dla wszystkich zrozumiane określenie, którym się tu posiłkuję, mianowicie chodzi o słowo: - „badol”. Nie pochodzi od botanicznego słowa „badyl”, lecz od czasownika „badać”, słowa pochodzącego od rzeczownika „badacz”. Inaczej mówiąc „Badacz Pisma Świętego” sprzed reformy Rutherforda. Ci, którzy nie uznali reformatora Rutherforda, pozostali przy tej starej nazwie, natomiast nowa nazwa to „Świadkowie Jehowy”. Ci ostatni dla odróżnienia ich od siebie, określali tamtych, po prostu „Badacze”. W późniejszym czasie zaistniało w obiegu, półżartobliwe i trochę pieszczotliwe określenie „Badol”. Słowo „odstępca” jako takie, jeszcze nie funkcjonowało w obiegu we współczesnym tego słowa znaczeniu. Jeszcze małe wyjaśnienie do słowa: „studium – studiować”, zaczęło dopiero wchodzić w powszechne używanie, ale potocznie nadal używano słowa „badać” - chodziło się na badanie strażnicy. „Odstępcy” we współczesnym tego słowa znaczeniu (nomenklatury), jest pojęciem wieloznacznym, ponieważ mieszczą się tu trzy zasadnicze grupy, czyli: -(1) rzeczywiści odstępcy, którzy osobiście formalnie złożyli taką deklarację, -(2) wyrzuceni z Organizacji przez komitet sądowniczy, -(3) oraz wielka rzesza tych, którzy nie odeszli z Organizacji z różnych względów i formalnie są jej członkami, ale osobiście już się z nią nie utożsamiają. Organizacja nie posiada na tych „haka”, a sami zainteresowani żadnego kroku, też nie podejmują. Moim zdaniem warto się jeszcze zastanowić jaka przyczyna ostatecznie zadecydowała, że dotychczasowy, osobnik ( płci obojga ), bez względu na rzeczywisty status „odstępcy” dotąd oddanych całkowicie Organizacji, nagle staje po drugiej stronie barierki. Znalezienie tych wszystkich przyczyn byłoby świetnym materiałem co najmniej na pracę magisterską, ja chcę odnieść się zaledwie do kilku, które stały się dla mnie asumptem, do wyrażenia niepokoju co do dalszego kierunku w ogólnie pojmowanym ruchu odstępczym. Od razu powiem o co mi biega. Nie chciałbym, aby ten ruch został kiedykolwiek sformalizowany w „oddział centralny”, „terenowy”, tudzież w inne formy „zarządzania” „starszych” i „młodszych”. Byłoby to bardzo źle! Mnie przeraża coś gorszego, że ten ruch ma tendencję do podzielenia się na „lepszych” i „gorszych” odstępców. Nie bez kozery przywołałem tu w prawdzie bardzo okrojony, ale historyczny rys odstępczy, który wyłonił się w okresie trzech głównych prezesów Organizacji. W miarę moich skromnych możliwości, pokazałem jak w mojej pamięci utrwalił się ówczesny wzajemny stosunek tych dwóch grup stojących po dwu różnych stronach barykady. Nie mam zamiaru ustosunkować się do współczesnej stojakowej wspólnoty wychowanej przez Strażnicę, której już nie znam, lub jeszcze nie mam rozeznania, ale na pewno zupełnie odbiegającej od tamtej, jeszcze nie zupełnie skażonej współczesną zborową starszyzną. Wracam do konkretów wyłaniających się na naszym podwórku. Skąd zaświtała by u mnie obawa o ten odstępczy ruch, gdyby nie wynikało to z oczywistych faktów. Typowym przykładem jest tu ruch wyzwolonych co skończyło się dość niefortunnie. Nie mam zamiaru rozkładać tego wydarzenia na czynniki pierwsze, ani też wytykać kogokolwiek palcem, ale wskazać na sam fakt, czego symptomy można było zauważyć już wcześniej, jeżeli uważnie czytało się posty na Forum. Powyższy przykład przywołuję tylko jako motto do tematu, na którego chcę zwrócić moją obawę. Jak już wcześniej zasygnalizowałem, w tej naszej „Forumowej Piaskownicy”, lub jak kto woli Forumowych Piaskownicach, widać dość wyraźny trend do różnicowania tej odstępczej populacji pod względem tego lepszego i gorszego sortu ze wskazaniem jednak na kierunek kreacjonizmu, jako sort lepszy i jedynie słuszny tym bardziej, że z „premedytacją” przez ten gorszy sort „prześladowany”. Prześladowanie ma być tym wyznacznikiem potwierdzającym jego uznanie przez sferę niebiańską. Obawiam się, co do niektórych (obym się mylił), że fanatyzm prześladowczy staje się ich obsesją. Mam tu na myśli faceta, którego czytelnik się domyśla, a potrzebującego prześladowania jak spragniony na pustyni wody. Jeżeli guza nie może znaleźć tak zwyczajnie na ulicy, to wchodzie brutalnie na odstępcze fora i zadaje pytanie: czy tu biją? Jeżeli stwierdzi, że biją, już cel osiągnął. Jakaż to dla niego strata, że tak późno się urodził, kiedyś o „prześladowanie” było naprawdę łatwiej. Dość wyraźnie w tej kwestii wypowiada się Forumowicz „Antykierat” stawiając kropkę nad „i” - przytoczę tę wypowiedź w całości bez mojej ingerencji: > Od dłuższego już czasu obserwuje na tym forum krucjatę przeciw kreacjonizmowi i jego przedstawicielom. (podkreślenie - moje) Wiara w Boga jako Stworzyciela, Tego który dał początek wszystkiemu przedstawiana jest jako pogląd ludzi niedouczonych. Natomiast gloryfikowane jest bezgraniczne zaufanie do współczesnej nauki jako najbardziej logiczne i wiarogodne. Ja jednak za Dreamerem powtarzam, że nic nie wiecie na temat początków wszechświata i za pomocą waszego boga, czyli ludzkiej nauki nigdy się nie dowiecie. Dlatego też, dopóki nie macie dowodów na powstanie wszechświata bez ingerencji Boga to wyśmiewanie tych, którzy wierzą w Stwórcę tylko dlatego, że nie możecie współcześnie potwierdzić bezpośrednich kontaktów Boga z ludźmi opisanych w Biblii jest wyrazem braku logiki, którą tak tutaj adorujecie. Pozdrawiam więc wszystkich jaśnieoświeconych ludzką nauką i otępionych wiarą w Boga! Ciemniak wierzący w Boga. < Kogo na tym Forum reprezentuje „antykierat”? Zastanawiałem się nad tym nikiem. Kierat to taki stary już nie używany wehikuł rolniczy służący do napędzania prostych maszyn rolniczych. A, że „kierat” poprzedzony jest słowem „anty”, przekonywuję mnie, że Forumowicz zaanonsował się, jako ten, który będzie włączał wsteczny bieg, jeżeli cokolwiek nie będzie po jego myśli. Wprawdzie nie czytałem wszystkich jego ponad 1800 postów na forum, jednakże już tylko z tego jednego wynika, że podjął się misji, ale nie wiem czy „dołożenia” tym, z którymi nie jest mu po drodze, czy tylko „odebrać” co najmniej kilka błogosławionych ciosów na jego głowę. W prawdzie nikt nie ma obowiązku zgadzać się ze wszystkimi w każdej sprawie, to jednak zachowanie pewnej proporcji wyrażania swojej emocji, byłoby pożądane. Forumowicz usilnie chce zauważyć nasilającą się krucjatę przeciw kreacjonizmowi i jego przedstawicielom. Użycie tu słowa „krucjata”, ma podnieść rangę jego emocji, wprost bić na alarm, bo przecież biją nas i naszych i tak się podstawić aby jak najwięcej błogosławionych „ciosów” spadło na nasze głowy. Pewnie Forumowicz nie posiada zielonego pojęcia czym w historii Europy była krucjata i kto przeciw komu ją wywoływał. Pomimo, że Antykieratowi od razu podnosi się adrenalina, gdy ktoś nie podziela „jego prawdy”, to ja mam poważne obawy co do kierunku w jakim pójdzie współczesna odstępcza populacja. Tę obawę wzniecił we mnie od niedawna bardzo aktywny Forumowicz, też odstępca zresztą, występujący pod nikiem „Andy78”, który na Forum wszedł z dość „śmiałym” postem zatytułowanym >,,Urojenie Ateistyczne” film dedykowany wszystkim (odstępczym) ateistom < Wprawdzie nie mam nic do zarzucenia Forumowiczowi, nawet z wieloma kierunkami jego myślenia jest mi po drodze, a gdyby nawet tak zupełnie nie było, nie jest to żaden powód, do budowania barykady i szukania sprzymierzeńców do jej obsady, dlatego dziwi mnie zaistniały spontaniczny alians „antykierat'a” z odstępcą „Andy78” przeciwko „wspólnym wrogom”, a upragnionym prześladowcom. Jak się okazało, według skali twórcy filmów grozy Alfreda Hitchcocka, „Urojenie Ateistyczne” było tylko trzęsieniem ziemi, a potem było już tylko co raz groźniej. Bratobójcza naparzanka rosła w postępie geometrycznym, ustąpić nie miał nikt zamiaru. Moje próby schłodzenia rozgrzanej atmosfery, też na nic się zdały, wolałem wyjść z tej gry, ale zrodziło się u mnie czarnowidztwo co do dalszej wizji odstępczego kierunku. Odstępczość będzie rosła, co jest nieuchronne, ale odstępczość ta, będzie ewoluowała w kierunku podziału na lepszy i gorszy odstępczy sort, z ukierunkowaniem na nurt zachowawczy - kreacjonistyczny i na bardziej otwarty nurt - racjonalny. Taka wizja radykalnego podziału absolutnie mnie nie cieszy, ale wprost mnie przeraża. Ja już widzę wykopaną nową fosę dzielącą odstępców między sobą! Zdaję sobie sprawę, iż tego procesu już nikt nie zatrzyma, ostatecznie w tym przekonaniu utwierdził mnie Forumowicz „Andy78” bezprecedensowym wejściem w „Urojenia Ateistyczne”. Nie wnoszę żadnego zastrzeżenia do Forumowicza „Andy78”, ponieważ ten temat „wisiał w powietrzu”, On go tylko uruchomił. Stąd moje przemyślenia, które skłoniły mnie do opisania, zaobserwowanego prze zemnie, jak też udostępnionego mi ogólnego spektrum odstępstw na przestrzeni około stuletniej historii tej Organizacji. CDN
  7. Moja przygoda z Organizacją

    Kamieniem do naszego ogródka Organizacja przechodzi do defensywy W bieżącym roku minęły już trzy lata, gdy skończył się wiek, czyli równe sto lat, w którym to stuleciu miał skończyć się stary system rzeczy. Nie sposób dociec czyje ręce spowodowały, aby zawartość chronionej „Puszki Pandory”, o której wspomniałem na samym początku - wyciekła, a skutki działania tej legendarnej substancji nie sposób nie zauważyć. Organizacja, która zapowiadała rychły koniec wszystkim, którzy nie przyjmą głoszonych przez nią pryncypiów, sama stała się beneficjentem tych, których z doskonałą nienawiścią, ale też z niekłamaną radością przeznaczała, tudzież przeznacza im rolę użyźniacza gleby pod przyszłe plony w bożym królestwie. Wszystkie świadkowskie ofiary, które ginęły i cierpiały w hitlerowskich obozach zagłady w okresie od 1933 roku do końca drugiej wojny światowej za swoją pryncypialną postawę wobec Organizacji, tudzież w kazamatach rządzonych w tzw. krajach demokracji ludowej, swoje wyzwolenie zawdzięczają tylko i wyłącznie ludziom, których Organizacja kazała swoim wyznawcom doskonale nienawidzić. Jakiż to obłąkany umysł jest zdolny wmówić normalnemu człowiekowi taką antyludzką niedorzeczność? A jednak mogła! Bo to przecież nie antyhitlerowska koalicja pokonała hitlerowską machinę wojenną, to nie oddolne ruchy w KDL doprowadziły do upadku totalitarnych rządów, lecz sam Jehowa użył tych już i tak skazanych na zagładę w armagedonie, aby ulżyć w cierpieniu ludowi Bożemu, w celu umożliwienia dalszego głoszenia o chwale tegoż wielkiego Boga! Lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku naocznie pokazały z jaką wielką troską i pomocą Jehowy, Organizacja prawdziwego wielbienia, z radością przystąpiła do wykonania Bożego planu. Tak! Organizacja się rozwijała, w dalszych krajach Europejskich, przy współudziale darmowej siły roboczej powstawały nowe krajowe Oddziały, tudzież nowe Sale Królestwa. Wszystko szło już w dobrym kierunku, gdyby nie to, że czujne oko Szatana Diabła dojrzało słabe miejsca, które ten wykorzystał. To niesforne młodsze pokolenie, zamiast kontynuować dzieło swoich ojców, tak samo jak w starożytnym Izraelu za Antiocha IV Epifanesa, młodzież Żydowska poczęła wchłaniać grecką kulturę, tudzież wiedzę, oraz korzystać z przyjemności sportu, niż tkwić w narzuconej przez rabinów w nudnej powłoce religijnej. Młode świadkowskie pokolenie, które w tej sztafecie dumnie miało przejąć pałeczkę od wykruszającej się wiekowej populacji, poczęła wyłamywać się spod kurateli zborowej starszyzny. To młode pokolenie nagle poczęło dorównywać swoim kolegom i koleżankom z klasy i ich śladem zaliczać szkołę średnią i studia. Jednym słowem zaliczać wiedzę, której starszyzna Organizacji była niechętna. Resztę zrobił wszechobecny Internet, a po drodze był Raymond Franz z „Kryzysem Sumienia”, Barbara Anderson, potem niechlubna Australia dokonała resztę, no i rozpoczął się nieodwracalny exodus. Dotychczasowi potulni i zagubieni odstępcy lat wcześniejszych, nie groźni dla Organizacji, zostali zastąpieni dynamicznym i odważnym ruchem odstępczym. Fora Internetowe stały się tubą nagłaśniającą to zjawisko o Organizacji, które dotąd było bardzo ściśle skrywane, lub ostatecznie zamiatane pod przysłowiowy dywan. Jeszcze do niedawna Organizacja Świadków Jehowy, będąca ciągle w natarciu chlubiąca się błogosławionym wzrostem, najnowsze wrocławskie bez precedensowe wydarzenie, a i spodziewane lipcowe w Warszawie, zmusza tę Organizację do zajęcia pozycji obronnej. Ta obrona nie tylko zasłania się przed teraźniejszymi odstępcami, ta obrona skierowana jest już w przyszłość, wprost przed własnymi „kadrowymi pracownikami”, którym w przyszłości „zaświtałby pomysł” pożegnania Organizacji z powodu już kolejnego niedotrzymania przewidzianej daty nadejścia armagedonu, lub innej fanaberii, która niespodziewanie zaświtałaby w głowie delikwenta, a w konsekwencji upomniała się o swoje stracone lata na służbie w Organizacji. Oto jaką deklarację musi złożyć darmowy pracownik, jeżeli chciałby pracować, dla rozwoju i pomyślności Organizacji, a w rzeczywistości, dla ścisłego jej kierownictwa: > (…) i nie będę oczekiwał żadnej rekompensaty w razie gdybym opuścił Wspólnotę lub gdy Wspólnota zdecyduje, że nie kwalifikuję się już by pełnić służbę we Wspólnocie (…) < Szczegóły można przeczytać Tu: https://swiadkowiejehowywpolsce.org/informacje-prosto-z-kanalu/slubowanie-posluszenstwa-i-ubostwa/msg20779/?PHPSESSID=qung3gtcubnm9cuvicufc61en4#m Po tej lekturze na pewno nikt nie będzie zazdrościł tym braciom od Ciała Kierowniczego, jeżeli zobaczy na jego nadgarstku markowy złoty zegarek, tudzież na palcach złoto-brylantowe sygnety. Proszę potraktować te precjoza jako osobiste zabezpieczenie w przypadku niespodziewanego znalezienia się w nowojorskim parku na „własnej” ławce, gdy „Wspólnota” stwierdzi już jego dalszą nieprzydatność. Wyobrażam siebie samego w takiej sytuacji, gdybym w odpowiednim czasie nie skorzystał z osobistych przemyśleń i dał „Wspólnocie” satysfakcję zadecydowania o moim losie. CDN
  8. Spotkanie u Nunka

    Po co zaraz z "kałacha" bić, przecież napisałem żeby miał Ciebie na oku do czasu, aż się wyjaśni.
  9. Spotkanie u Nunka

    Pozdrawiam wszystkich obecnych na dorocznym spotkaniu Odstępczuchów u NUNKA! Pomimo, że osobiście nie mam możliwości być obecnym. Logistycznie jakoś bym się wyrobił, ale geriatryczne możliwości hamują wszelkie inne zapędy. Mam trochę sentymentu do tamtych miejsc, szczególnie do tych przyległych lasów wokół stacji Czastary, gdzie latem robiliśmy spotkania - miesięczne (odprawy).Ponadto – Walichnowy, Pichlice, Tyble, tudzież Niwiska, też utkwiły w zakamarkach pamięci. Nie jestem wstanie policzyć ile razy przez te okolice przemieszczałem się rowerem z Wielunia do Kępna, Lasek – Smardze, Stradomi - Górnej za Sycowem, aż po Twardogórę i z powrotem, aby odwiedzać tamtejsze zbory. Twardogóra i Syców, to szczególne miasteczka widziane prze zemnie również z poziomu chodników miejskich. Tyle sentymentu! Teraz dobra rada dla Nunka: Żeby Ci się jakiś „kałach” incognito nie wcisnął, Każdego nieznanego gościa już na przywitaniu, kaszanką częstuj. Taką podpiekaną na tłuszczyku z cebulką, że aż - mniam, mniam i pilnie spoglądaj na reakcje. Jak się będzie wykręcał i zdrowiem zasłaniał, miej go pilnie na oku!
  10. Moja przygoda z Organizacją

    1/ Tak, chodzi o Paula S.L Johnsona przywódcę Epifanistów, który nie zgadzał się Rutherfordem. 2/ Nie, nie znam losów S. i W. Rejdychów, w tym również C. Stojaka. Pewne natomiast jest to, że wielu ich zwolenników zrzeszają się prywatnie we własnym gronie, a jako odtrąceni od Organizacji Św. J., posiłkują się ciepłem innych grup z korzeniami „Badackimi”. Aleksander Rutkowski już nie żyje. O tych w/w nazwiskach i nie tylko, a wyjątkowo dużo O Rutkowskim „Olku”, piszę w tym moim wątku -”Moja przygoda z Organizacją”. Musisz tylko cofnąć się do początku moich wpisów, lub zajrzeć tu: https://swiadkowiejehowywpolsce.org/moja-przygoda-z-organizacja-lebioda/
  11. Moja przygoda z Organizacją

    Kamieniem do naszego ogródka Odstępcze meandrowanie Odstępcy moich czasów, to zupełnie inny sort ludzi siedzących cicho i potulnie. Z tymi odstępcami, z którymi dane było mi się spotkać, w większości był to odprysk ludzi związanych z demolką z okresu Rutherforda nigdzie nie z zrzeszonych. Ten brak potrzeby bliskości „swoich”, niwelowali trochę świadkowskim „ciepłem”. Do mojego zboru przychodził na studium Strażnicy pewien „zagubiony brat”, ożywiał się dopiero na zakończenie po modlitwie, a że osobiście byłem już w „stadium zwrotnym”, chętnie słuchałem opowiadania o bracie Johnsonie, którego miał w swoim repertuarze. Inni, z którymi utrzymywałem kontakt, panicznie nie cierpieli Strażnicy, dlatego do zboru się nie fatygowali, ale indywidualnie traktowali nas jako zagubionych, ale zawsze jako swoich. W większości byli to osobnicy, którzy zapoznali się z „Russelowskim Ruchem” na emigracji zarobkowej w Niemczech, Francji, Belgii, Holandii, a nawet w Wielkiej Brytanii. Niewielu z nich w dzieciństwie chodziło do szkoły, a w czytaniu i pisaniu byli samoukami, dość łatwo przyswajali sobie języki obce. Wielu z nich na spotkaniach organizowanych przez tamtejsze ośrodki „badackie”dla populacji polonijnej, służyło za tłumaczy. Z tych z ukończoną szkołą podstawową, znałem zaledwie tylko jednego, miał za sobą półtora roku służby jako sługa obwodu. Z Organizacji wyrzucono go na przełomie lipca/sierpnia (?) 1950 roku. Jedynie ze mną utrzymywał kontakt, ostatnie moje z nim spotkanie, miało miejsce latem około1958 roku. Dla urozmaicenia podam inny przykład. Jako ciekawostkę dopowiem, czego obecnie na pewno się nie praktykuje, ale po 1950 roku, już po zakazie, większe „legalne” zgromadzenie Św. J., było jedynie możliwe podczas pogrzebu. Na taką możliwość spotkania przyjeżdżano z bardzo daleka, a co było istotne, władze nie mogły (raczej nie wypadało im) interweniować. Może to dzisiaj brzmi trochę makabrycznie, ale w tamtym czasie o ewentualnym pogrzebie informacje były rozsyłane z wyprzedzeniem, aby w razie „potrzeby” na pogrzeb przybyło jak najwięcej uczestników. W myśl znanego powiedzenia, „cel uświęca środki”, nie wybrzydzano odstępczymi zwłokami jeżeli udało się je „pozyskać” i pogrzebać teokratycznie. Pewnie wielu tu wchodzących Świadków oburzy to co powyżej napisałem, ale taka była rzeczywistość. Osobiście też uczestniczyłem w kilku takich pogrzebach, a na jednym wygłaszałem wykład. Nie traktuje tych przypadków jako coś negatywnego, aby teraz po latach „dołożyć” Organizacji, wręcz odwrotnie, chcę tylko uzmysłowić, że tamte podziały jeszcze nie wykopały naprzeciw siebie głębokich fos wypełnionych wodą. Pomimo takich przykładów, w większości odstępcy – żyli i umierali w samotności. Taki status tych osób, Organizacji bardzo odpowiadał. Tych odrzuconych i zapomnianych można było nawet wykorzystywać do odstraszania przed ewentualnym odstępstwem, dlatego było przyzwolenie aby pozwolić delikwentowi żyć na obrzeżach Organizacji, a dla formalności zaliczyć go do głosicieli nieczynnych, pod warunkiem, że nie sprawiał „kłopotów”. Według mojej obserwacji i oceny sytuacji, na podstawie ujawnionych zasobów IPN, dochodzę do wniosku, że „produkcja” na dużą skalę odstępców rozpoczęła się początkowo zupełnie niewinnie od znamiennego roku 1956. Ten trend powoli narastał. Dostrzegał to Wilhelm Scheider i próbował temu zapobiegać, stąd wynikały jego niby nieracjonalne zachowania. Niestety, narastającej lawiny nie było już sposobu zatrzymać tym bardziej, że ten prapoczątek wykluł się w samym mateczniku zarządzania Organizacją związanych z nazwiskami, o których już wspomniałem. Ten odśrodkowy rozrzut, z czasem schodził w dolne partie Organizacji, gdzie dotąd wątpiący, ale niezdecydowani, tego wykroku na swój rachunek zrobić nie chcieli. Dopiero dysydenckie nazwiska z górnej półki, dały ten impuls i odwaga zaczęła być coraz tańsza. Ten odśrodkowy rozrzut zrobił istotną wyrwę w dotychczasowym monolicie, ale ciągle jeszcze nie odrywał się od głównego pnia, bowiem tej umiarkowanie postępowej formacji chodziło tylko o odnowę skostniałych struktur starej Organizacji. Inaczej mówiąc chodziło o reformę, a nie odrzucenie pryncypiów. Tymczasem w powietrzu wisiało inne niebezpieczeństwo. Tego niebezpieczeństwa jeszcze nikt nie dostrzegał ze mną włącznie, ponieważ na tym etapie jeszcze w znaczący sposób kibicowałem Organizacji i mocno trzymałem za nią kciuki. To niebezpieczeństwo, paradoksalnie było jeszcze postrzegane jako zwycięstwo. Rodziło się w dosłownym tego słowa znaczeniu pokolenie w „prawdzie urodzonych”. Nikt, ze mną włącznie nie przewidywał, że to pokolenie weźmie na siebie odium buntowników. Pierwszym symptomem tego zjawiska, była niechęć pójścia do pierdla za służbę wojskową, jeżeli można było ten czas odpracować w kopalniach i dodatkowo jeszcze w miarę przyzwoicie zarobić. To nowe zjawisko przyjęcia takiej oferty przez młodzież świadkowską, nie odpowiadała decydentom z Organizacji, ale zbiegiem czasu, chociaż niechętnie, bez rozgłosu z tego się wycofano. Były to jeszcze chwile, które mogłem bezpośrednio zaobserwować tę zdecydowanie samodzielną decyzję o własnym czynie i co bardzo ważne – wygraną. To był pionierski wyczyn tamtej młodej populacji. I tak doszliśmy do następnego etapu czyli „obozów pionierskich”. Niewiele jestem wstanie o tym zjawisku powiedzieć, ponieważ te imprezy były już poza moim bezpośrednim zasięgiem. To co jest mi znane na tę okoliczność, to znam tylko z opisów na Forach internetowych. Nie mniej ten etap został pomyślany w celu osiągnięcia pewnej konsolidacji młodzieży z Organizacją, przyniósł skutek zupełnie odwrotny do oczekiwanego. Od tego momentu ta „obozowa” populacja wytyczyła sobie inny kierunek postępowania i inwestycji we własny rozwój. Dowodzą tego opisy własnych historii tych osób na Forum. Powstała nowa populacja odstępców, bardziej uwrażliwiona na występującą wieloraką niespójność wewnętrzną, ale też zdobyta wiedza już spoza zborowego zaścianka. Jeżeli dotychczas występujące odstępstwa związane były w większości pochodzenia eschatologicznego dotyczącego niespójności odczytanych, lub porównywanych z biblią, to od tej chwili następowała śmielsza krytyka samej biblii o charakterze racjonalnym. Ten nurt spowodował, że odstępstwo przybrało już bardziej odważnie kierunek stricte agnostyczny. Od tego momentu rozpoczęło się kopanie głębokiej fosy, która by odgradzała Organizację od tej nowej postępowej odstępczej generacji. Odstępczość stała się toksyczna. CDN
  12. Moja przygoda z Organizacją

    Kamieniem do naszego ogródka Wielkie dzieło Prezesa N. H. Knorra Nathan Homer Knorr, w tym samym czasie gdy jego bracia w wierze za żelazną kurtyną cierpieli na przesłuchaniach i w więziennych kazamatach, tudzież umierali za bezmyślne wytyczne od niego pochodzące, ten był zajęty wiekopomnym dziełem, które miało umieścić go w panteonie jego poprzedników. Już w październiku 1946 z inicjatywy N. H. Knorra, został zaanonsowany Komitet do dokonania przekładu biblii (podobno) z języków oryginalnych na język angielski. We wrześniu 1949 roku ukończono tzw. „Przekład Nowego Świata Chrześcijańskich Pism Greckich”. Przekład „Pism Hebrajskich” ukończono w marcu roku 1960. Obydwu przekładów dokonano w w błyskawicznym tempie, co świadczy o „Wielkim Dziele” i zaangażowaniu samego brata N. H. Knorra. „Tam gdzie skarb twój, tam i serce twoje” - ten slogan w tamtym okresie wrósł się w naszą świadomość, że w końcu przestał dla wielu z nas cokolwiek znaczyć po zetknięciu się z rzeczywistością na gruncie, bo na gołym bruku można było rzeczywistość zaklinać na wszystkie możliwe sposoby, ale kamienie położenia swojego nie zmieniały i w głosicieli też się nie przeobrażały. Bratu N. H. Knorrowi ten poryw jego serca, dał mu odpowiednie honorowe miejsce wśród jego poprzedników. Dopowiem już tyko od siebie - oby przyszłe pokolenia nie musiały ze wstydem wycofywać tych wydań biblii jako z dezaktualizowanych ze względu, na już warwickie „Nowe Światło”. Zaangażowane serce Knorra w ten „Wielki Skarb” uniemożliwiło mu wsłuchiwanie się, a konkretnie w czytywanie się w rozpaczliwe i błagalne listy kierowane przez Stanisława i Wiesława Rejdychów, lub Czesława Stojaka, ale nie tylko. Za jego wiedzą lub bez jego współudziału, zaliczeni do dysydentów znaleźli się po za Organizacją, pomimo że to ich podpowiedzi stały się podstawą do rozmów z władzami PRL o możliwości legalizacji. Wyszli przed szereg zamiast w pokorze z posypaną głową popiołem cierpieć, a tego brooklynski „Niewolnik” im nie wybaczył nigdy. Z Biblią NW czy bez niej, Organizacja traci swoją dynamikę rozwoju czego nie może zauważyć ona sama. Statystyki wzrostu spadają ba, one wskazują wprawdzie powolny, ale wzrost tych odchodzących. Zjawisko -odstępstw, stało się już nieodwracalnym faktem. Jeżeli Organizacja ma jakiś pogląd dotyczący tendencji odstępczych, to raczej te zarejestrowane formalnie, stanowiące podstawę do statystyki. Odstępstwo dla Organizacji przyjęło zupełnie nową jakość, którym to zjawiskiem do niedawna, nie zawracano sobie głowy. Pomimo, że takie zjawisko występowało zawsze, miało to jedynie znaczenie lokalne. W większości pozostawało to w obrębie tylko danego zboru, w wyjątkowych przypadkach jeżeli delikwent był znany poza danym zborem, to jego odejście mogło być znane szerzej, ale tylko w gronie wtajemniczonych. W kartotekach raczej nie przechowywano jego danych. Osobiście w sprawie moich danych osobistych, nie miałbym możliwości w moim były macierzystym zborze czegokolwiek się doszukać. W tamtej mojej rzeczywistości lat czterdziestych i przełomu lat pięćdziesiątych, a pewnie i sześćdziesiątych, we współczesnym rozumieniu tego słowa, sprawy personalne, tudzież księgowość finansową traktowano per pi razy oko. Tylko osoby z najściślejszego grona miały dostęp do tych danych. Do zborów docierały tylko i wyłącznie potrzeby, które przez tych powinny być uzupełniane. W takim błogim stanie, Organizacja chciała dotrwać do Armagedonu jako, że zapowiedziany przez trojga prezesów koniec końca wieku, zbliżał się milowymi krokami. Polska Organizacja pod przywództwem ówczesnego Prezesa Wilhelma Scheidera, a i pozostałe Organizacje Europy wschodniej inspirowane przez brooklyńskie CK i osobiście, przez N. H. Knorra, nie były zainteresowane formalnym zalegalizowaniem. - Nam wystarczy jak będziemy tylko „sztych pod ziemią”, tak przynajmniej, w po ufnych rozmowach przekazywano nam aktualny stan naszego położenia w okresie zakazu. Wymogi legalizacji na przełomie lat 80/90 ubiegłego wieku, jak to już miałem możliwość pokazać, nie zmieniły wymogów rejestracji Organizacji (nie licząc klauzuli o kierowniczej roli partii, czego już nie wymagano od nikogo). Na pozostałe kryteria, swoją parafę złożyli przedstawiciele Brooklyńskiego CK. Nadarzyńska Filia na Kraj musiała przyjąć warunki wymogów GIODO i od tego momentu powstał wstydliwy problem przechowywania danych osobowych odstępczuchów. CDN
  13. Moja przygoda z Organizacją

    Rozmyślanie nad miską zupy z lebiody Serdeczne dzięki dla Brata Jaracza za odpowiednie potraktowanie „kałacha” za jego „występy” na Forum, czego następstwem są wyłączne jego czytanie biblii, biblii NW oczywiście, bo pogańskich przekładów nie czyta. Gdy po raz pierwszy chciałem się zalogować na tym Forum, zastanawiałem się nad nikiem jakim będę rozpoznawalny. Przyszło mi na myśl, że „Lebioda” będzie najbardziej odpowiednie ze względu na szacunek dla tej rośliny, a przez „kałacha” pogardliwie nazwaną „chwaścikiem”. Miałem już na samym początku mojego wchodzenia na Forum, propozycję abym zmienił ten nik ze względu na tematykę moich tu wejść. Pozostałem jednak wierny tej roślinie. Jeżeli czegokolwiek miałbym życzyć „kałachowi” za jego „występy biblijne” wobec mnie i kogokolwiek na tym Forum, to raczej chciałbym mu życzyć, aby nie musiał kiedykolwiek poznać smaku zupy z lebiody. Jako dziecko poznałem jej smak na przednówku. Była wtedy dla wielu rośliną przeżycia. W biblii NW, nic nie jest napisane czym były przednówki – skąd o tym może wiedzieć? Ale, ale – skąd on się zna na kałachach? To już ostatni tekst z serii "kałacha". w Następnym wejściu wrócę do zapowiedzianego cyklu >Kamieniem do naszego ogródka<
  14. Moja przygoda z Organizacją

    Prośba do Moderatorów! Ponieważ forumowicz kałasznikov nie rozumie grzecznościowych próśb, a ponadto z premedytacją manifestuje swoją agresywność i poniża godność wszystkich forumowiczów, zwracam się z uprzejmą prośbą o niewpuszczanie tego pana do komentowania wpisów, przynajmniej w tym moim wątku. Tych już zapisanych popisów na mój temat, proszę nie usuwać – niech świadczą o prawdziwym obliczu najwierniejszych z wiernych sług Boga Jehowy i wychowanków brooklyńsko-warwickiej Organizacji. Przez szacunek dla pracy, którą włożyłeś w ten wątek, pozwoliłem sobie jednak na usunięcie tego trollowania. Ale spokojnie - inne "kwiatki" pozostaną, w innych tematach, ku przestrodze dla czytających.
  15. Moja przygoda z Organizacją

    Do miłego Forumowicza Kałasznikov`a! Jest mi niezmiernie przyjemnie, że zawitałeś na tę stronę, ale bądź tak wielce wyrozumiały, a zrobisz mi niezmierną przysługę i jeszcze większą przyjemność, jeżeli tu już więcej się nie pojawisz. Czy zrozumiałeś o co Cię proszę? Po prostu pytam, bo mam wątpliwości co do Twojego czytania ze zrozumieniem!