SJ23

Moderator
  • Zawartość

    1572
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    18

Ostatnia wygrana SJ23 w Rankingu w dniu 2 Listopad

SJ23 posiada najczęściej lubianą zawartość!

Reputacja

3942 Excellent

O SJ23

  • Tytuł
    Sens jest śmiertelny..

Contact Methods

  • Website URL
    http://sj23.blox.pl

Profile Information

  • Płeć
    Mężczyzna
  • Wyznanie
    brak

Ostatnie wizyty

2496 wyświetleń profilu
  1. Maleńczuk o Świadkach Jehowy

    Pewnie subiektywna ocena tego człowieka, ale takie są najciekawsze. Już samo to że pewna postawa w oczach jednej grupy może być bohaterstwem a dla innych kolaboracją lub frajerstwem - jest ciekawe i mówi sporo o odcieniach życia.
  2. Przeglądałem sobie ostatni wywiad rzeka z Maleńczukiem pod wiele mówiącym tytułem: Ćpałem, chlałem i przetrwałem. Malenczuk miał rozprawę o odmowę służby wojskowej i takie zdanie mi się rzuciło w oczy: "Prokurator podał przykład Świadków Jehowy, którzy masowo odmawiają służby wojskowej i idą do więzienia na dwa lata. Byli to frajerzy, którzy często donosili i chujowo z nimi się siedziało. Taka dygresja."
  3. A pisz pan ile wlezie. I tak nikt nic nie pisze w tym opuszczonym przez Boga i ludzi forum
  4. No to prawda, nic odkrywczego dla znawców tematu. Ciekawe jedynie jest to, że SJ rzadko jednak występują w powieściach postapokaliptycznych. Reszta książki jest ciekawsza.
  5. Nie wiem haha Raz w to grałem i to długo przed przeczytaniem książki więc się nie wciągnąłem w klimat. Odbywasz podróż głównym bohaterem książki. Możliwe, że na jakimś etapie walczy się z Jehowymi Jakiś forumowy gracz powinien to sprawdzić. To może być dobra forumowa rozrywka.
  6. Ja widziałem. To już dość stara gra, ale całkiem w porządku.
  7. Coś w tym jest. Ale tak jak piszesz nie do przecenienia jest w tym ich własna prostota, a raczej prostactwo. I ta praktycznie nienawiść do wiedzy, nauki i edukacji. Ta ich korporacyjność i bezpłciowość. To wszystko powoduje, że trzeba się mocno starać aby nadać ich wierzeniom i poglądom głębię. Ale pewnie można to zrobić. Być może ktoś, kiedyś nakręci taki dokument, ale wydaje mi się, iż aby był ciekawy musi się skupić bardziej na człowieku w Organizacji niż na samej Organizacji.
  8. Mnie również miło. Expanse to bardzo dobre sci fi. Ciekawa i złożona wizja świata. Oparte to jest na twórczości całkiem dobrego pisarza. Niedługo powinien być trzeci sezon.
  9. Dokładnie. Świadkowie mają najczęściej krótkie scenki w filmach, często komediowe. Ale na jakieś głębsze opracowania filmowe to sobie nie zapracowali. Nawet nie ma o nich poważnego dokumentu. Ze znanych mormonów to jeszcze Mitt Romney, no i Ryan Gosling był mormonem
  10. Ja bym się zgodził z Jedim, że jednak o Mormonach mówi się więcej niż o SJ. Do listy mogę dopisać serial sci fi "Expanse", gdzie w dalekiej przyszłości są przedstawieni jako potężna religia, która buduje statek kolonizacyjny. Poza tym było sporo programów typu reality show o młodych mormonach. Podobne show było o Amiszach, którzy na pewno też mają więcej miejsca w kulturze, szczególnie filmowej. A już królami publicity są Scjenotolodzy, których jest bardzo mało, a mówi się o nich bardzo dużo.
  11. Oni w tym świecie nie są chyba takimi zupełnymi pacyfistami. Pojawiają się takie lekkie na to sugestie w innych miejscach. Ale czytałem tylko pierwszą książkę z tego świata. Który nawiasem mówiąc jest całkiem fascynujący. Myślę, że przeczytam kolejne.
  12. Światło świeci coraz jasniej.. Głuhowski faktycznie nie doczytał. Ale można mu wybaczyć. Opisuje ich i tak całkiem trafnie.
  13. Artem poszedł dalej, odprowadzany zdziwionymi spojrzeniami, aż wreszcie wszedł do pierwszego wagonu. Tam nikt go nie zatrzymał, i chciał już wyjść na tory, ale stróż Strażnicy, dobroduszny i niewzruszony grubas, który powitał go radośnie przy wejściu, teraz zagrodził mu drogę swoją masywną postacią i marszcząc gęste brwi, spytał surowo, czy Artem ma pozwolenie na wyjście. Wyminąć go w żaden sposób się nie dało. Kiedy po kilkudziesięciu sekundach strażnik nie doczekał się wyjaśnień, z suchym trzaskiem zacisnął pięści i ruszył na Artema. Zaszczuty Artem rozejrzał się wokół i tu przypomniała mu się historia małego Dawida. Może zamiast rzucać się na słoniopodobnego strażnika, powinien się od niego dowiedzieć, czy ktoś nie zabrał mu śniadania? Na szczęście z pomocą pośpieszył brat Timofiej, który łagodnie spojrzał na strażnika i rzekł: – Ten chłopiec może odejść, nikogo nie zatrzymujemy tu wbrew jego woli. Strażnik spojrzał na niego ze zdziwieniem i posłusznie usunął się na bok. – Ale pozwól mi się odprowadzić choć kawałek, umiłowany bracie Artemie – zapiał brat Timofiej, i Artem, nie potrafiąc oprzeć się czarowi jego słów, skinął głową. – Może z początku wydało ci się dziwne to, jak tu żyjemy – uspokajająco mówił Timofiej – ale teraz ziarno Boże zostało też zasiane w tobie, i oczy moje widzą, że padło na żyzną glebę. Chcę ci tylko opowiedzieć, jak nie powinieneś postępować teraz, kiedy Królestwo Boże jest bliskie jak nigdy, żebyś nie został odtrącony. Musisz nauczyć się nienawidzić zło i unikać rzeczy, których nienawidzi Bóg: rozpusty, która oznacza niewierność, sodomii, kazirodztwa i homoseksualizmu, gier hazardowych, kłamstwa, złodziejstwa, gniewu, przemocy, czarnej magii, spirytyzmu, pijaństwa – trajkotał brat Timofiej, niespokojnie zaglądając Artemowi w oczy. – Jeśli kochasz Boga i chcesz Go radować, wyrzeknij się tych grzechów! Pomóc mogą ci przyjaciele, którym otworzyły się oczy – dodał, myśląc zdaje się o sobie. – Chwal imię Boga, głoś Królestwo Boże, nie bierz udziału w sprawach tego złego świata, wyrzeknij się ludzi, którzy mówią ci inaczej, albowiem Szatan przemawia ich ustami – mamrotał, ale Artem nic już nie słyszał, szedł coraz szybciej, i brat Timofej już za nim nie nadążał. – Powiedz, gdzie mogę cię znaleźć następnym razem? – sapiąc, zawołał ze sporej już odległości, prawie niewidoczny w półmroku. Artem milczał i zaczął biec, a wtedy, z ciemności, dogonił go rozpaczliwy krzyk: – Oddaj habit! Artem biegł naprzód, potykając się, nie widząc niczego przed sobą, kilka razy się przewrócił, kalecząc o beton dłonie i obcierając kolana, ale nie wolno było się zatrzymywać – zbyt wyraźnie widział na pulpicie lokomotywy czarny karabin, i teraz już nie wierzył, że bracia, jeśli go dogonią, będą woleli użyć łagodnych słów niż przemocy. (...) – A dlaczego palicie tu książki? – przeszedł do kontrataku. – Już żeśmy przeczytali – odrzekł Jewgienij Dmitriewicz. – Książki kłamią! – dodał pouczająco Siergiej Andriejewicz. – Lepiej powiedz, co to za strój masz na sobie? Nie jesteś czasem z jakiejś sekty? – odpowiedział ciosem Jewgienij Dmitriewicz. – Nie, nie, co wy – szybko tłumaczył się Artem. – Ale oni mnie przyjęli, pomogli, kiedy było ze mną bardzo źle – ogólnie zarysował swoją sytuację, nie podając szczegółów, jak bardzo źle z nim było. – Tak, tak, tak właśnie robią. Rozpoznaję ich styl. Opuszczeni i ubodzy… e… czy coś w tym rodzaju – pokiwał głową Jewgienij Dmitriewicz. – Wiecie, byłem na ich spotkaniu: bardzo dziwne rzeczy tam mówią – powiedział Artem. – Postałem, posłuchałem, ale nie wytrzymałem długo. Na przykład, że główną winą Szatana było to, że zachciało mu się sławy i oddawania sobie czci… Wcześniej myślałem, że to wszystko było dużo poważniejsze. A tu się okazuje, że to po prostu zazdrość. Czy świat jest tak prosty, że wszystko kręci się wokół tego, że ktoś się z kimś nie podzielił sławą i wyznawcami? – Świat nie jest taki prosty – zapewnił go Siergiej Andriejewicz, przejmując od blondyna fajkę wodną i zaciągając się. – I jeszcze coś… Na przykład, mówią tam, że główne przymioty Boga to miłosierdzie, dobroć, skłonność przebaczania, że jest Bogiem miłości, że jest wszechmogący. Ale przy tym za pierwszy akt nieposłuszeństwa człowiek został wygnany z Raju i stał się śmiertelny. Potem niezliczona liczba ludzi umiera, ale co tam, i pod koniec Bóg posyła swojego syna, żeby zbawił ludzkość. I ten syn sam ginie straszną śmiercią, a przedtem wzywa Boga i pyta, czemu go opuścił. I po co to wszystko? Żeby swoją krwią odkupić grzech pierwszego człowieka, którego Bóg sam sprowokował i ukarał, i żeby ludzie powrócili do Raju i znów byli nieśmiertelni. To jakiś bezsensowna kołomyja, przecież można było po prostu nie karać ich wszystkich tak surowo za to, czego nawet nie zrobili. Albo darować karę ze względu na przedawnienie. Ale po co poświęcać ukochanego syna, i jeszcze go zdradzać? Gdzie tu miłość, gdzie skłonność do przebaczania, gdzie tu wszechmoc? – Prymitywnie i złośliwie to przedstawiłeś, ale w ogólnym zarysie prawidłowo – podając fajkę koledze, ocenił Siergiej Andriejewicz. – Oto, co mogę powiedzieć na ten temat… – wciągając dym do płuc i błogo się uśmiechając, Jewgienij Dmitriewicz przerwał na chwilę, a potem kontynuował: – Tak więc, jeśli ich Bóg ma jakieś przymioty, czy też wyjątkowe właściwości, to na pewno nie miłość, nie sprawiedliwość i nie przebaczenie. Sądząc z tego, co działo się na Ziemi od chwili jej… eee… stworzenia, Bogu właściwe jest tylko jedno uczucie: uwielbia ciekawe historie. Najpierw robi jakąś drakę, a potem patrzy, co z tego wychodzi. Jak się robi nudno, dosypie trochę pieprzu. Tak że słuszność miał staruszek Szekspir: świat jest teatrem. Tyle że zupełnie nie takim, o jakim mówił – podsumował. – Tylko dziś od rana nagadałeś sobie kilka stuleci smażenia się w piekle – zauważył Siergiej Andriejewicz. – Czyli będziesz tam miał z kim gawędzić – Jewgienij Dmitriewicz przekazał fajkę koledze. – Z drugiej strony można tam nawiązać tyle ciekawych znajomości – powiedział Siergiej Andriejewicz. – Na przykład wśród wyższych hierarchów Kościoła katolickiego. – Tak, ci to już na pewno. Ale, szczerze mówiąc, nasi też… Obu rozmówców Artema wyraźnie niezbyt wierzyło w to, że za to, co teraz powiedzieli, przyjdzie im kiedykolwiek zapłacić. Ale słowa Jewgienija Dmitriewicza o tym, że to, co przydarza się ludzkości, to po prostu ciekawa historia, naprowadziło Artema na inną myśl. – Przeczytałem całkiem sporo różnych książek – powiedział, i zawsze mnie dziwiło, że tam wszystko jest nie tak, jak w życiu. No, rozumiecie, tam wydarzenia tworzą linię, i wszystko jest ze sobą powiązane, jedno wynika z drugiego, nic się nie dzieje tak po prostu. Ale przecież tak naprawdę wszystko jest zupełnie inne! Przecież życie składa się z nie powiązanych ze sobą wydarzeń, które dzieją się w przypadkowej kolejności, i nie zdarza się tak, żeby wszystko następowało po sobie zgodnie z logiką. I jeszcze to: na przykład książki kończą się w tym miejscu, gdzie urywa się ciąg logiczny, czyli początek, rozwinięcie, potem szczyt i koniec. – Nie szczyt, tylko kulminacja – poprawił Artema Siergiej Andriejewicz, wysłuchujący ze znudzoną miną jego spostrzeżeń. Jewgienij Dmitriewicz też nie wyrażał specjalnego zainteresowania. Przysunął do siebie urządzenie do palenia i wciągnąwszy pachnący dym, wstrzymał oddech. – Dobrze, kulminacja – ciągnął nieco speszony Artem. – Ale w życiu wszystko jest inaczej, po pierwsze ciąg logiczny może nie dojść do końca, a po drugie, jeśli nawet dojdzie, to na tym nic się nie kończy. – Chodzi ci o to, że życie nie ma fabuły? – pomógł mu sformułować myśl Siergiej Andriejewicz. Artem zamyślił się na chwilę, potem kiwnął głową. – A w przeznaczenie wierzysz? – spytał Siergiej Andriejewicz i, przechyliwszy głowę na bok, uważnie przyglądał się Artemowi, zaś Jewgienij Dmitriewicz oderwał się od fajki z zaciekawieniem. – Nie – zdecydowanie odparł Artem. – Nie ma żadnego przeznaczenia. Po prostu przypadkowe zdarzenia, które nam się przytrafiają, a my to już potem sami to wymyślamy. – A to błąd, błąd… – westchnął z rozczarowaniem Siergiej Andriejewicz, surowo patrząc na Artema znad okularów. – Przedstawię ci teraz małą teoryjkę, i sam zobacz, czy pasuje do twojego życia. Mnie się wydaje, że życie, rzecz jasna, jest puste, i żadnego sensu w nim generalnie nie ma, ani nie istnieje przeznaczenie, to znaczy takie określone, jawne, tak że się rodzisz i wszystko już wiesz: moje przeznaczenie to być kosmonautą, albo, powiedzmy, baleriną, albo zginąć młodo… Nie, tak to nie. Kiedy przeżywasz wyznaczony ci czas… jakby to objaśnić… Może się zdarzyć, że przydarzy ci się coś, co sprawi, że będziesz wykonywał określone działania i podejmował określone decyzje, przy czym masz wolny wybór: jak chcesz, to robisz tak, jak nie – to inaczej. Ale jeśli podejmiesz prawidłową decyzję, to rzeczy, które się będą dalej z tobą działy, już nie będą, jak się wyraziłeś, przypadkowymi zdarzeniami. Będą uwarunkowane wyborem, którego dokonałeś. Nie chodzi mi o to, że jeśli zdecydowałeś się mieszkać na Linii Czerwonej zanim stała się Czerwona, to już nigdzie się stamtąd nie ruszysz i wszystkie zdarzenia w twoim życiu będą wyglądać odpowiednio, mówię o bardziej subtelnych sprawach. Ale jeśli znów znajdziesz się na rozstaju, i znów podejmiesz konieczną decyzję, potem pojawi się przed tobą wybór, który nie wyda ci się już przypadkowy, oczywiście, jeśli się tego domyślisz i będziesz umiał go sobie uświadomić. I twoje życie przestanie być po prostu zbiorem przypadków. Przeobrazi się… w fabułę, czy coś takiego, wszystko będzie ze sobą powiązane pewnymi ciągami logicznymi, choć niekoniecznie bezpośrednio. I to właśnie będzie twoje przeznaczenie. Na pewnym etapie, jeśli zabrnąłeś na swej drodze wystarczająco daleko, twoje życie tak bardzo zmieni się w fabułę, że zaczną ci się przytrafiać dziwne rzeczy, niewytłumaczalne z punktu widzenia nagiego racjonalizmu, bądź twojej teorii przypadkowych zdarzeń. Za to bardzo dobrze będą się wpisywać w logikę linii fabularnej, w którą teraz zmieniło się twoje życie. Myślę, że przeznaczenie nie istnieje sobie ot tak, trzeba do niego dojść, i jeśli wydarzenia w twoim życiu zaczną się układać w fabułę, to może cię to zabrać tak daleko… Najciekawsze, że człowiek może sam nawet nie podejrzewać, że to się z nim dzieje, albo widzieć wydarzenia w istocie nieprawdziwie, próbować je systematyzować zgodnie ze swoim światopoglądem. Ale przeznaczenie ma własną logikę.
  14. Szalom Bracia i Siostry, Czytam sobie spokojnie, jak pogodzony z życiem człowiek, Metro 2033 Dmitrija Głuchowskiego (polecam). W skrócie to świat, po wojnie nuklearnej, w którym niedobitki ludzkości schowały się w moskiewskim metrze i walczą o przetrwanie. W trakcie misji głównego bohatera Artema, przemierzającego labirynt Metra, napotyka on pewną sektę, która znana jest nam wszystkim. Nie są to jakieś odkrywcze spostrzeżenia. Ale zabawna jest sytuacja, w której Jehowi po zagładzie nuklearnej twierdzą, że to był Armageddon i oczekują na rychłe zbawienie. Głuchowski jest Rosjaninem i widać, że dość solidnie zna Świadków, co każe sądzić, że Rosjanie jednak bardziej odporni są na psychomanipulację amerykańską. Nigdy nie natknąłem się na tak długą wzmiankę o Świadkach w bardzo popularnej powieści. Trochę mnie to urzekło i postanowiłem podzielić się tym, w jedynym miejscu, w którym może to kogoś zainteresować. Wklejam poniżej fragment, jak jest zainteresowanie to wkleję więcej. Żeby zakończyć wyprawę trzeba po prostu przestać iść. Ale teraz, w jasnym świetle obudzonej świadomości, myśl ta wydała mu się banalna, żałosna, nie zasługująca na uwagę. Żeby zakończyć wyprawę, trzeba przestać iść? No, jasne. Przestań iść, i twoja wyprawa się skończy. Nic prostszego. Tylko czy to jest wyjście? I czy to jest zakończenie wyprawy, do którego dążył? Często bywa, że myśl, która we śnie wydawała się genialna, po przebudzeniu okazuje się bezmyślnym połączeniem słów… – O umiłowany bracie! Nieprawość jest na twym ciele i w twojej duszy – usłyszał głos wprost nad sobą. To było dla niego tak nieoczekiwane, że i odzyskana myśl, i gorycz rozczarowania po jej odzyskaniu, błyskawicznie się rozpłynęły. Nie pomyślał nawet, żeby zwrócić uwagę na swoje otoczenie, tak bardzo już przywykł do tego, że ludzie rozbiegają się na wszystkie strony jeszcze zanim uda mu się powiedzieć chociaż słowo. – Przygarniamy wszystkich porzuconych i ubogich – ciągnął głos, brzmiał tak miękko, tak uspokajająco, tak łagodnie, że Artem nie wytrzymał, najpierw kątem oka popatrzył w lewo, potem rzucił ponure spojrzenie w prawo, bojąc się odkryć tam kogoś innego, do kogo zwraca się mówiący. Ale w pobliżu nikogo więcej nie było. Ten ktoś mówił do niego. Wtedy powoli podniósł głowę i napotkał wzrok niewysokiego, uśmiechniętego mężczyzny w obszernym kitlu, jasnowłosego i rumianego, który przyjaźnie wyciągał do niego rękę. Jakiekolwiek współczucie było teraz Artemowi potrzebne niczym tlen, więc z nieśmiałym uśmiechem też wyciągnął dłoń. „Dlaczego on ode mnie nie ucieka jak wszyscy pozostali?” – pomyślał Artem. „Jest nawet gotowy ścisnąć mi rękę. Dlaczego sam do mnie podszedł, kiedy wszyscy dookoła starają się być ode mnie jak najdalej?” – Pomogę ci, mój bracie! – ciągnął rumiany. – Ja i moi bracia damy ci schronienie i wrócimy ci twoje duchowe siły. Artem kiwnął tylko głową, ale jego rozmówcy starczyło i to. – Więc pozwól mi zabrać cię do Wieży Strażniczej, o umiłowany bracie – zapiał, i mocno łapiąc Artema za rękę, pociągnął go za sobą. Artem nie pamiętał drogi, zresztą nie starał się jej pamiętać. Zrozumiał tylko, że ze stacji poprowadzono go do tunelu, ale który z czterech to był, nie wiedział. Jego nowy znajomy przedstawił się jako brat Timofiej. Po drodze, zarówno na szarej, niepozornej Sierpuchowskiej, jak i w ciemnym głuchym tunelu, zdawał się mówić praktycznie bez przerwy: – Raduj się, o umiłowany bracie, albowiem spotkałeś mnie na swej drodze, i odtąd wszystko odmieni się w twoim życiu. Skończył się nieprzenikniony mrok twej tułaczki bez celu, albowiem wyszedłeś ku temu, który szukał. Artem nie najlepiej rozumiał, co ten miał na myśli, bo szczerze mówiąc jego tułaczka była daleka od zakończenia, ale zaróżowiony, błogosławiony Timofiej mówił tak zgrabnie i tkliwie, że chciało się go słuchać i słuchać, mówić z nim jednym językiem, dziękować mu za to, że nie odepchnął Artema, kiedy odwrócił się od niego cały świat. – Wierzysz ty w Boga prawdziwego, jedynego, bracie Artemie? – niby przypadkowo zainteresował się Timofiej, patrząc Artemowi wnikliwie w oczy. Artem mógł tylko odpowiedzieć nieokreślonym ruchem głowy i niewyraźnym burknięciem, co można było zinterpretować jak się chciało: i jako zgodę, i jako przeczenie. – To dobrze, to przecudownie, bracie Artemie – gruchał Timofiej – jedynie prawdziwa wiara wybawi cię od wiecznych mąk piekielnych i zapewni ci odkupienie twoich grzechów. Dlatego – zrobił surową i uroczystą minę – bo nadchodzi królestwo Boga naszego Jehowy, i wypełniają się święte biblijne proroctwa. Studiujesz Biblię, bracie? Artem znów coś mruknął, ale tym razem rumiany popatrzył na niego z pewnym powątpiewaniem. – Kiedy przyjdziemy do Strażnicy, przekonasz się na własne oczy, że badanie Świętej Księgi podarowanej nam z góry jest konieczne, i wielkie dobra spływają na tych, co wrócili na ścieżkę prawdy. Biblia to drogocenny dar Boga naszego Jehowy, można ją tylko porównać do listu miłującego ojca do swoich dziatek – dodał brat Timofiej na wszelki wypadek. – Wiesz, kto pisał Biblię? – nieco surowo zapytał Artema. Artem stwierdził, że nie ma sensu dalej udawać, i szczerze pokręcił głową. – O tym, jak i o wielu innych rzeczach, opowiedzą ci w Strażnicy, i otworzą się twoje oczy – przyrzekł mu brat Timofiej. – Wiesz, co powiedział Jezus Chrystus, syn Boży, swoim wyznawcom w Laodycei? – widząc, że Artem ucieka wzrokiem, pokręcił głową z łagodnym wyrzutem. – Jezus rzekł: „Zalecam wam kupić u mnie maść na oczy, byście wtarli ją w oczy i mogli widzieć”. Lecz Jezus mówił nie o chorobie ciała – podnosząc palec wskazujący podkreślił brat Timofiej, i zawiesił głos z rosnącą, intrygującą intonacją, która obiecywała żądnym wiedzy zadziwiający ciąg dalszy. Artem natychmiast wyraził żywe zainteresowanie. – Jezus mówił o ślepocie duchowej, którą koniecznie trzeba uzdrowić – rozwiązał zagadkę Timofiej. – Tak ty, jak i tysiące innych, którzy pobłądzili, wędrujecie na oślep, albowiem jesteście ślepi. Lecz wiara w prawdziwego Boga naszego Jehowę, to ta maść na oczy, od której twe powieki otworzą się szeroko i ujrzysz świat takim, jaki jest, albowiem fizycznie jesteś widzący, lecz duchowo ślepy. Artem pomyślał, że maść na oczy bardzo by mu się przydała jakieś cztery dni wcześniej. Ponieważ nic nie odpowiadał, brat Timofiej uznał, że ta skomplikowana idea wymaga przemyślenia, i przez jakiś czas milczał, pozwalając mu pojąć to, co usłyszał. Ale po pięciu minutach błysnęło przed nimi światło, i brat Timofiej przerwał rozmyślania, by oznajmić radosną wieść: – Widzisz te ogniki w oddali? Oto jest Strażnica. Dotarliśmy! Niczego, co przypominałoby strażnicę tu nie było, i Artem poczuł lekkie rozczarowanie. Był to zwykły, stojący pośrodku tunelu pociąg, którego reflektory świeciły słabo w ciemnościach, oświetlając najbliższe piętnaście metrów. Kiedy brat Timofiej i Artem zbliżyli się do pociągu, z kabiny maszynisty wyszedł im na spotkanie otyły mężczyzna w takim samym kitlu, objął rumianego i również zwrócił się do niego „umiłowany bracie”, z czego Artem wywnioskował, że jest to raczej figura retoryczna niż wyznanie miłosne. – Kim jest ten młodzieniec? – uśmiechając się czule do Artema, niskim głosem spytał grubas. – To Artem, nasz nowy brat, który pragnie razem z nami iść drogą prawdy, studiować Pismo Święte i wyrzec się Szatana – wyjaśnił rumiany Timofiej. – Tak więc pozwól stróżowi Strażnicy powitać cię, ukochany bracie Artemie! – zahuczał gruby, i Artema znów uderzyło, że i on jakby nie wyczuwa tego nieznośnego smrodu, który przenikał obecnie całą jego istotę. – A teraz – zagruchał brat Timofiej, kiedy nieśpiesznie sunęli przez pierwszy wagon – zanim jeszcze wejdziesz na spotkanie braci do Sali Królestwa, powinieneś oczyścić swoje ciało, albowiem Jehowa nasz czysty jest i święty, i oczekuje on, by jego wyznawcy zachowywali duchową, moralną i fizyczną czystość, a także czystość myśli. Żyjemy w nieczystym świecie – ze smutną miną obejrzał ubranie Artema, które faktycznie znajdowało się w opłakanym stanie – i aby zachować czystość w oczach Boga, konieczne są z naszej strony poważne starania, bracie – zakończył i wepchnął Artema do wyłożonej plastikowymi płytkami klitki, urządzonej niedaleko wejścia do wagonu. Timofiej poprosił go, żeby się rozebrał, a potem wręczył mu wydzielającą mdły zapach kostkę szarego mydła i jakieś pięć minut polewał go wodą z gumowego węża. Artem starał się nie zastanawiać, z czego było zrobione mydło. W każdym razie, nie tylko ścierało skórę, ale też likwidowało ohydny zapach, którym przesiąkło jego ciało. Po zakończeniu procedury brat Timofiej wydał Artemowi względnie świeży kitel, podobny do własnego, i spojrzał z dezaprobatą na zawieszoną na jego szyi łuskę, widząc w niej pogański talizman, ale ograniczył się tylko do pełnego wyrzutu westchnienia. Zadziwiające było też to, że w tym dziwnym pociągu, który od nie wiadomo kiedy tkwił pośrodku tunelu i służył teraz braciom jako schronienie, jest woda i to pod takim ciśnieniem. Ale kiedy Artem zainteresował się, co to za woda płynie ze szlauchu i jak udało się skonstruować takie urządzenie, brat Timofiej uśmiechnął się tylko zagadkowo i oznajmił, że chęć służenia Jehowie naprawdę skłania ludzi do postępków heroicznych i chwalebnych. Wyjaśnienie było więcej niż mętne, ale Artem musiał się nim zadowolić. Potem przeszli do drugiego wagonu, gdzie między twardymi bocznymi ławkami były wstawione długie stoły, obecnie puste. Brat Timofiej podszedł do człowieka, który krzątał się nad wielkimi parującymi garami, z których unosił się kuszący zapach, i wrócił z dużym talerzem jakiejś papki, która okazała się zupełnie zjadliwa, chociaż Artemowi do końca nie udało się określić jej pochodzenia. Kiedy pośpiesznie nabierał wytartą aluminiową łyżką gorącą polewkę, brat Timofiej obserwował go z tkliwością, nie przepuszczając okazji, by wtrącić: – Nie myśl, że ci nie wierzę, bracie, ale twoja odpowiedź na moje pytanie o wiarę w Boga naszego brzmiała niepewnie. Czyżbyś mógł wyobrazić sobie świat, w którym Go nie ma? Czyżby nasz świat mógł powstać sam z siebie, a nie zgodnie z Jego mądrą wolą? Czyżby nieskończona różnorodność form życia, całe piękno ziemi – objął podbródkiem jadalnię – wszystko to mogło powstać przypadkiem? Artem obrzucił uważnym spojrzeniem wagon, ale nie dostrzegł w nim innych form życia, oprócz nich samych i kucharza. Znów pochylił się nad miską i wydał tylko sceptyczny pomruk. Wbrew jego oczekiwaniom, jego niezgoda wcale nie zmartwiła brata Timofieja. Przeciwnie, wyraźnie się ożywił, i jego różowe policzki rozpalił czupurny, bojowy rumieniec. – Jeśli to nie przekonuje cię o Jego istnieniu – ciągnął energicznie brat Timofiej – to pomyśl o czymś innym. Przecież jeśli w tym świecie nie przejawia się Boska wola, to znaczy… – jego głos urwał się, jakby ze strachu, i dopiero po długiej chwili, podczas której Artem kompletnie stracił apetyt, zakończył: – Przecież to znaczy, że ludzie są pozostawieni sami sobie, i w naszym istnieniu nie ma żadnego sensu, i nie ma żadnego powodu, by je przedłużać… To znaczy, że jesteśmy całkiem sami, i nie ma komu się o nas troszczyć. To znaczy, że jesteśmy pogrążeni w chaosie, i nie ma najmniejszej nadziei na światło w końcu tunelu… W takim świecie życie jest straszne. W takim świecie żyć się nie da. Artem nic mu nie odpowiedział, ale te słowa skłoniły go do zadumy. Do tej pory widział swoje życie jako kompletny chaos, jako zlepek przypadków, pozbawionych związku i sensu. I chociaż mu to ciążyło, i pokusa, by uwierzyć w jakąkolwiek prostą prawdę, która nadałaby jego życiu sens, była wielka, uważał to za małoduszność, i sam, przez ból i wątpliwości, umacniał się w poglądzie, że jego życie nikomu innemu nie jest potrzebne, że każdy powinien sam przeciwstawić się absurdowi i chaosowi egzystencji. Zupełnie jednak nie miał ochoty kłócić się teraz z miłym Timofiejem. Nastąpił syty, spokojny, błogi stan, Artem czuł szczerą wdzięczność wobec człowieka, który zabrał go, zmęczonego, głodnego, śmierdzącego, ciepło z nim porozmawiał, a teraz go nakarmił i dał mu czyste ubranie. Chciał mu w jakikolwiek sposób podziękować, i dlatego, kiedy ten przywołał go do siebie obiecując zabrać go na spotkanie braci, Artem niezwykle ochoczo poderwał się z miejsca, całym sobą pokazując, że z największą przyjemnością pójdzie właśnie na to spotkanie, i w ogóle gdzie tylko Timofiej będzie chciał. Na spotkania wydzielony był sąsiedni, trzeci z kolei wagon. Cały był wypełniony ludźmi o najróżniejszej powierzchowności, w większości ubranych w te same kitle. Pośrodku wagonu znajdował się niewielki podest, tak że stojący na nim człowiek wznosił się o pół metra ponad resztę, głową dotykając prawie sufitu. – To ważne, żebyś teraz wszystko słyszał – mentorskim tonem powiedział do Artema brat Timofiej, delikatnie torując drogę i ciągnąc go za sobą w najgęstszy tłum. Mówca był dosyć stary, na pierś opadała mu szlachetna siwa broda, a głęboko osadzone oczy niewiadomego koloru patrzyły mądrze i spokojnie. Jego twarz, ani chuda, ani okrągła, pokryta była głębokimi zmarszczkami, lecz wyrażała nie starczą niedołężność i słabość, a mądrość i niepojętą siłę. – Starszy Jan – głosem pełnym czci szepnął do Artema brat Timofiej. – Masz duże szczęście, bracie Artemie, kazanie dopiero się zaczyna, i usłyszysz od razu kilka lekcji. Starszy podniósł rękę; szelesty i szepty natychmiast się urwały. Wtedy głębokim, dźwięcznym głosem zaczął: – Moja pierwsza lekcja dla was, umiłowani bracia, mówi o tym, jak poznać, czego chce od nas Bóg. W tym celu odpowiedzcie na trzy pytania: Jakie ważne wiadomości zawiera Biblia? Kto jest jej autorem? Dlaczego należy ją studiować? Jego język różnił się od zawiłej maniery mówienia brata Timofieja: mówił całkiem prosto, używając niewyszukanych zwrotów i krótkich zdań. Artema z początku to zdziwiło, ale potem rozejrzał się wokół i spostrzegł, że większość słuchaczy jest w stanie pojąć tylko takie słowa, a różowiutki Timofiej zrobiłby na nich nie większe wrażenie, niż stół albo ściana. Tymczasem siwy kaznodzieja oznajmił, że w Biblii przedstawiona jest prawda o Bogu: kim jest i jakie są jego prawa. Potem przeszedł do drugiego pytania i powiedział, że Biblię w ciągu 1600 lat pisało około czterdziestu różnych ludzi, lecz wszystkich ich natchnął Bóg. – Dlatego – zakończył starszy – autorem Biblii nie jest człowiek, lecz Bóg, żyjący w niebiosach. A teraz odpowiedzcie mi, bracia, dlaczego należy studiować Biblię? – I, nie czekając aż bracia odpowiedzą, sam wyjaśnił: – Ponieważ jest to poznanie Boga i wypełnienie Jego woli – warunek waszej wiecznej przyszłości. Nie wszyscy będą radzi, że studiujecie Biblię – uprzedził – ale nie pozwólcie nikomu wam w tym przeszkodzić! – Powiódł po zebranych surowym spojrzeniem. Nastąpiła chwila ciszy, i starzec, wziąwszy łyk wody, kontynuował. – Moja druga lekcja dla was, bracia, dotyczy tego, kim jest Bóg. W tym celu odpowiedzcie mi na trzy pytania: Kim jest prawdziwy Bóg i jakie jest Jego imię? Jakie są Jego główne cechy? Jak należy Go wysławiać? Ktoś z tłumu chciał odpowiedzieć na jedno z pytań, ale inni ostro na niego syknęli, i Jan, jak gdyby nigdy nic, zaczął odpowiadać sam: – Ludzie oddają cześć wielu rzeczom. Lecz w Biblii jest napisane, że jest tylko jeden prawdziwy Bóg. Stworzył wszystko, tak w niebie, jak i na ziemi. To On dał nam życie, więc należy czcić tylko Jego jedynego. Jak nazywa się prawdziwy Bóg? – podniósł głos starzec, robiąc pauzę. – Jehowa! – huknął chór wielu głosów. Artem z niepokojem rozejrzał się dookoła. – Imię Boga prawdziwego brzmi Jehowa! – potwierdził kaznodzieja. – Ma wiele tytułów, lecz tylko jedno imię. Zapamiętajcie imię naszego Boga i nazywajcie go nie po tchórzowsku, tytułem, a bezpośrednio, po imieniu! Kto odpowie mi teraz, jakie są główne atrybuty naszego Boga? Artem myślał, że teraz już na pewno znajdzie się w tłumie ktoś wystarczająco uczony, żeby odpowiedzieć na to pytanie. I stojący w pobliżu poważnie wyglądający chłopak podniósł rękę, żeby odpowiedzieć, ale starzec go uprzedził: – To, jaki jest Jehowa, zawarte jest w Biblii. Jego głównymi atrybutami są: miłość, sprawiedliwość, mądrość i siła. W Biblii jest napisane, że Bóg jest miłosierny, dobry, skłonny do przebaczenia, wielkoduszny i cierpliwy. My, podobni posłusznym dzieciom, powinniśmy Go we wszystkim naśladować. To, co powiedział, nie wywołało sprzeciwu wśród słuchaczy, i starzec, pogładziwszy swoją wspaniałą brodę, zapytał: – A teraz powiedzcie mi: Jak należy czcić naszego Boga Jehowę? Jehowa mówi, że powinniśmy czcić tylko Jego. Nie powinniśmy wielbić ikon, obrazów, symboli i modlić się do nich! Bóg nasz nie będzie się dzielił chwałą z nikim więcej! Obrazy nam nie pomogą! – przepowiadający groźnie podniósł głos. W tłumie odezwały się głosy zgody, a brat Timofiej, odwróciwszy do Artema swoją promieniejącą radością twarz, powiedział: – Starszy Jan to wielki orator, dzięki niemu bractwo nasze rośnie z każdym dniem, i poszerza się grono wyznawców prawdziwej wiary! Artem kwaśno się uśmiechnął. Na razie płomienna przemowa starszego Jana nie robiła na nim tak piorunującego wrażenia, jak na wszystkich pozostałych. Ale może należało posłuchać dalej? – W mojej trzeciej lekcji opowiem wam, kim jest Jezus Chrystus – rzekł starzec. – I tu pojawiają się trzy pytania: Dlaczego Jezus Chrystus jest nazwany pierworodnym synem Boga? Dlaczego przyszedł na świat jako człowiek? Co zrobi Jezus w niedalekiej przyszłości? Potem wyjaśniło się, że pierworodnym synem Boga Jezus jest nazywany dlatego, że był on pierwszym dziełem Boga, przed zstąpieniem na Ziemię był bytem duchowym i żył w Niebie. Artema mocno to zdziwiło – prawdziwe niebo w świadomym życiu widział tylko raz, owego fatalnego dnia na stacji Ogród Botaniczny. Ktoś mu kiedyś mówił, że być może w gwiazdach jest życie. Ale kaznodzieja chyba nie o tym mówił? Kiedy wyjaśnili tę kwestię, starszy Jan zawołał: – Ale kto z was powie mi, dlaczego Jezus Chrystus, syn Boży, przyszedł na Ziemię jako człowiek? – i zrobił dramatyczną pauzę. Teraz Artem zaczął już się nieco orientować, co się dzieje dookoła, i stało się zauważalne, kto z uczestników zalicza się do nowo nawróconych, a kto już od dawna uczęszcza na te lekcje. Weterani nigdy nie próbowali odpowiadać na pytania starszego, nowicjusze przeciwnie, starali się pokazać swoją wiedzę i gorliwość, wykrzykując odpowiedzi i machając rękami, ale tylko do chwili, kiedy starzec zaczynał wyjaśniać sam. – Nie usłuchawszy nakazu Boga, pierwszy człowiek, Adam, uczynił to, co w Biblii nazywa się grzechem – usłyszał z oddali głos starszego. – Dlatego Bóg uczynił Adama śmiertelnym. Adam stopniowo zestarzał się i umarł, ale przekazał grzech wszystkim swoim dzieciom, i dlatego my też starzejemy się, chorujemy i umieramy. I wtedy Bóg posłał swojego pierworodnego syna, Jezusa, żeby ten nauczył ludzi prawdy o Bogu, zachowując własną bezgrzeszność, dał ludziom przykład i ofiarował własne życie, żeby wyzwolić ludzkość od grzechu i śmierci. Artemowi ta idea wydała się bardzo dziwna. Po co było najpierw karać wszystkich śmiercią, by potem poświęcać własnego syna, żeby wszystko było znów jak na początku? I to przy założeniu, że jest się wszechmocnym? – Jezus wrócił do Nieba, wskrzeszony, jako byt duchowy. Później Bóg ogłosił go Królem. Wkrótce Jezus usunie z Ziemi wszelkie zło i cierpienie! – obiecał starzec. – Ale o tym po modlitwie, umiłowani bracia! Zebrani posłusznie schylili głowy i oddali się tajemniczej modlitwie. Teraz Artem pogrążył się w brzęczeniu wielu głosów, z którego można było wychwycić pojedyncze słowa, jednak ogólny sens wciąż mu się wymykał. Po pięciominutowej modlitwie bracia zaczęli ożywioną rozmowę, przeżywając widocznie duchowe uniesienie. Artemowi zrobiło się ciężko na sercu, ale na razie zdecydował się zostać, bo najbardziej przekonująca część lekcji mogła być jeszcze przed nim. – A w mojej czwartej lekcji powiem wam, kto to taki Szatan – obrzucając stojących wokół pełnym mrocznego ognia wzrokiem, ostrzegawczo oznajmił starszy. – Wszyscy są na to gotowi? Wszyscy, bracia, jesteście wystarczająco silni duchem, żeby o tym posłuchać? Teraz już na pewno trzeba było odpowiadać, ale Artem nie wyrzekł ani słowa. Skąd miał wiedzieć, czy ma wystarczająco mocnego ducha, jeśli nie wiadomo, o czym będzie mowa? – I znów trzy pytania: Skąd się wziął Szatan, czyli Diabeł? Jak Szatan oszukuje ludzi? Dlaczego musimy sprzeciwić się Diabłu? Artem puścił mimo uszu prawie całą odpowiedź na to pytanie, zastanawiając się, gdzie teraz jest i w którym kierunku ma stąd iść. Usłyszał jedynie, że główny grzech Szatana zawierał się w tym, że ten zechciał, by oddawano mu cześć, która według prawa należy się Bogu. I jeszcze w tym, że zwątpił, czy Bóg właściwie panuje i dba o interesy wszystkich swoich poddanych, a także czy choć jeden człowiek jest bezgranicznie oddany Bogu. Język starca wydawał się teraz Artemowi bardzo urzędowy i nie nadający się do dyskutowania takich kwestii. Brat Timofiej od czasu do czasu spoglądał na niego, bezskutecznie próbując odkryć na jego twarzy choć iskierkę zapowiadającą rychłe oświecenie, ale Artem robił się tylko coraz bardziej ponury. – Szatan oszukuje ludzi, aby to jego czcili – głosił tymczasem starzec. – Trzy są sposoby oszustwa: kłamliwa religia, spirytyzm i nacjonalizm. Jeśli religia głosi kłamstwa o Bogu, służy ona celom Szatana. Wyznawcy kłamliwych religii mogą szczerze sądzić, że czczą prawdziwego Boga, ale w rzeczywistości służą oni Szatanowi. Spirytyzm, gdy ludzie przyzywają duchy, aby ich chroniły, szkodziły innym ludziom, przepowiadały przyszłość i czyniły cuda. Za wszystkim tym stoi zła siła, Szatan! – głos starca zadrżał od nienawiści i obrzydzenia. Poza tym, Szatan oszukuje ludzi budząc w nich skrajną narodową dumę i sprawiając, że czczą organizacje polityczne – starszy ostrzegawczo wzniósł palec. – Ludzie niekiedy uważają, że ich naród lub rasa jest lepsza od innych. Ale to nieprawda. Artem potarł szyję, na której wciąż jeszcze widniała czerwona blizna, i odkaszlnął. Z tym ostatnim nie mógł się nie zgodzić. – Istnieje pogląd, że problemy ludzkości zlikwidują organizacje polityczne. Ci, którzy w to wierzą odrzucają Królestwo Boże. Lecz problemy ludzkości rozwiąże tylko Królestwo Jehowy. A teraz opowiem wam, bracia, dlaczego trzeba sprzeciwiać się Diabłu. Żeby sprawić, byście odeszli od Jehowy, Szatan może się uciec do prześladowań i oporu. Ktoś z waszych bliskich może rozgniewać się na was za to, że studiujecie Biblię. Inni mogą zacząć się z was śmiać. Lecz komu jesteście zobowiązani swoim życiem?! – spytał starzec i w jego głosie zabrzmiała stal. – Szatan chce was zastraszyć! Żebyście przestali uczyć się o Jehowie! Nie pozwólcie Szatanowi być górą! – głos Jana zagrzmiał niczym uderzenia gromu. – Sprzeciwiając się Diabłu, pokażecie Jehowie, że chcecie Jego panowania! Tłum zawył w zachwycie. Skinieniem ręki starszy Jan powstrzymał powszechną histerię, aby zakończyć spotkanie ostatnią, piąta lekcją. – Co Bóg zaplanował dla Ziemi? – zwrócił się do słuchaczy rozkładając ręce. – Jehowa stworzył Ziemię, aby wiecznie i szczęśliwie żyli na niej ludzie! Chciał, by Ziemię zasiedlała radosna i pobożna ludzkość. Ziemia nigdy nie zostanie zniszczona. Ona będzie istnieć wiecznie! Artem nie wytrzymał i prychnął, i natychmiast padły na niego gniewne spojrzenia, a brat Timofiej pogroził mu palcem. – Pierwsi ludzie, Adam i Ewa, zgrzeszyli, z rozmysłem naruszając prawo Boga – ciągnął mówca. – Dlatego Jehowa wygnał ich z raju, i raj został utracony. Lecz Jehowa nie zapomniał, po co stworzył Ziemię. Obiecał zmienić ją w raj, w którym ludzie będą żyć wiecznie. Jak Bóg wypełni swój plan? – starzec spytał sam siebie. Sądząc po przeciągającej się pauzie, teraz miał nastąpić kluczowy moment kazania, i Artem cały zamienił się w słuch. – Zanim Ziemia stanie się rajem, należy usunąć złych ludzi – rzekł złowieszczo Jan. – Naszym przodkom obiecano, że oczyszczenie nastąpi podczas Armagedonu – Bożej wojny o unicestwienie zła. Potem Szatan zostanie spętany na tysiąc lat. Nie będzie nikogo, kto by szkodził Ziemi. Wśród żywych zostanie tylko lud Boga! Przez tysiąc lat nad światem będzie panował Król Chrystus Jezus! – starzec przeniósł pałające spojrzenie na pierwsze rzędy słuchaczy. – Czy rozumiecie, co to znaczy? Boża wojna o unicestwienie zła już się skończyła! To, co stało się z tą grzeszną Ziemią – to właśnie Armagedon! Zło zostało wypalone! Zgodnie z proroctwem przeżyje tylko lud Boga. To my, mieszkańcy metra, jesteśmy ludem Bożym! To my przeżyliśmy Armagedon! Nastanie Królestwo Boże! Wkrótce nie będzie ani starości, ani chorób, ani śmierci! Chorzy uwolnią się od cierpień, starzy znów staną się młodzi! Podczas tysiącletniego panowania Jezusa wierni Bogu ludzie zmienią Ziemię w raj, Bóg wskrzesi do życia miliony umarłych! Artem wspomniał rozmowę Suchego z Hunterem o tym, że poziom promieniowania na powierzchni nie zmaleje przynajmniej przez pięćdziesiąt lat, o tym, że ludzkość jest zgubiona, że pojawiły się inne gatunki… Starzec nie wyjaśnił, jak to dokładnie się stanie, że powierzchnia Ziemi przeobrazi się w kwitnący raj. Artem miał ochotę spytać go jakie to potworne rośliny będą kwitnąć w tym napromieniowanym raju, i jacy ludzie ośmielą się wyjść na górę, żeby go zasiedlić, i czy jego rodzice byli dziećmi Szatana, i za to zginęli w wojnie o unicestwienie zła, ale nie powiedział nic. Wypełniła go taka gorycz i takie niedowierzanie, że oczy zaczęły go piec i poczuł ze wstydem, że po policzku spływa mu łza. Zebrał siły i powiedział tylko jedno: – A niech pan powie, co Jehowa, nasz prawdziwy Bóg, mówi o bezgłowych mutantach? Pytanie zawisło w powietrzu. Starszy Jan nie zaszczycił Artema nawet spojrzeniem, ale stojący w pobliżu obejrzeli się na niego z przestrachem i obco, a wokół niego od razu zrobiło się pusto, jakby znów zaczął śmierdzieć. Brat Timofiej chciał go wziąć za rękę, ale Artem się mu wyrwał i, odpychając tłoczących się braci, zaczął się przeciskać do wyjścia. Kilka razy próbowali podstawić mu nogę, raz ktoś nawet uderzył go pięścią w plecy, w ślad za nim niosły się wzburzone szepty. Wydostał się z Sali Królestwa i ruszył przez jadalnię. Teraz przy stołach było dużo ludzi, przed którymi stały puste aluminiowe miski. Pośrodku działo się coś ciekawego, i wszystkie oczy były skierowane właśnie tam. – Bracia, zanim przystąpimy do posiłku – mówił niepozorny chudy człowiek z krzywym nosem – posłuchajmy małego Dawida i jego historii, która dopełni dzisiejszą przypowieść o przemocy. Usunął się na bok i jego miejsce zajął pulchny chłopczyk z wąskim nosem i przyczesanymi płowymi włosami. – On był rozgniewany i chciał mnie zbić – zaczął Dawid tonem, którym dzieci zwykle deklamują wyuczone na pamięć wierszyki. – Pewnie po prostu dlatego, że byłem mały. Cofnąłem się i krzyknąłem: „Stój! Zaczekaj! Nie bij mnie! Przecież nic ci nie zrobiłem. W czym ci zawiniłem? Powiedz lepiej, co się stało?” – twarz Dawida przybrała wyuczony uduchowiony wyraz. – I co ci powiedział ten straszny zbój? – wtrącił wzburzony chudzielec. – Okazało się, że ktoś ukradł mu śniadanie, i po prostu wyładował swój gniew na pierwszej napotkanej osobie – wyjaśnił Dawid, ale coś w jego głosie kazało wątpić, czy sam dobrze rozumie sens tego, co właśnie powiedział. – I co zrobiłeś? – budując napięcie naciskał chudy. – Powiedziałem mu po prostu: „Bijąc mnie, nie odzyskasz swojego śniadania”, i zaproponowałem, żebyśmy razem poszli do brata kucharza i opowiedzieli mu o tym, co się stało. Poprosiliśmy o jeszcze jedno śniadanie dla niego. Uścisnął mi potem rękę i już zawsze się ze mną przyjaźnił. – Czy jest tu obecny ten, który skrzywdził małego Dawida? – spytał chudy głosem prokuratora. W górę natychmiast powędrowała czyjaś ręka i potężny dwudziestoletni chłopak, z głupim i złośliwym wyrazem twarzy, zaczął przeciskać się w kierunku zaimprowizowanej sceny, żeby opowiedzieć, jakie to cudowne działanie miały słowa małego Dawida. Nie szło mu to łatwo, malec miał wyraźnie większą zdolność zapamiętywania słów, których znaczenia nie rozumiał. Kiedy przedstawienie dobiegło końca, a małego Dawida i skruszonego brutala pożegnano brawami, chudy facet znów stanął na ich miejscu i zwrócił się serdecznie do słuchaczy: – Tak, łagodne słowa posiadają ogromną siłę! Jak jest napisane w Księdze Przysłów, język łagodny kości łamie. Miękkość i łagodność nie są słabością, umiłowani bracia, za miękkością kryje się ogromna siła woli! I przykłady z Pisma Świętego tego dowodzą… – znajdując w zatłuszczonej książce potrzebną stronicę, zaczął uduchowionym głosem odczytywać jakąś przypowieść.