209 postów w tym temacie

3 minuty temu, Kalasznikov napisał:

No wreszcie zaczniesz coś robić

Ja cały czas działam.U mnie w mieście już prawie wszyscy wiedza co to za organizacja.Kim są SJ. Nikt z nimi nie chce rozmawiać.Ludzie patrzą na nich z pożałowaniem.Że dorośli ludzie a w takie durnoty wierzą.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach
8 godzin temu, Gremczak napisał:

Ja cały czas działam.U mnie w mieście już prawie wszyscy wiedza co to za organizacja.Kim są SJ. Nikt z nimi nie chce rozmawiać.Ludzie patrzą na nich z pożałowaniem.Że dorośli ludzie a w takie durnoty wierzą.

No to gratuluję ! Z tego co wiem to mało kto lubi rozmawiać o Jehowie bo niestety ale bóg tego świata skutecznie wmawia ludziom, że albo Boga nie ma albo Bóg to Trójca albo inne bzdury.

Doskonale widać to na twoim przykładzie .

Pozdrawiam !

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach
5 godzin temu, Kalasznikov napisał:

No to gratuluję ! Z tego co wiem to mało kto lubi rozmawiać o Jehowie bo niestety ale bóg tego świata skutecznie wmawia ludziom, że albo Boga nie ma albo Bóg to Trójca albo inne bzdury.

Ale to ty tylko tak sobie to tłumaczysz. Ludzka świadomość wzrosła. Ludzie twierdzą coś całkiem innego. Poznali się na tym,że jehowa to bóg wymyślony. Sam nie potrafisz dać żadnych dowodów na istnienie jehowy.

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach
7 godzin temu, Gremczak napisał:

Ale to ty tylko tak sobie to tłumaczysz. Ludzka świadomość wzrosła. Ludzie twierdzą coś całkiem innego. Poznali się na tym,że jehowa to bóg wymyślony. Sam nie potrafisz dać żadnych dowodów na istnienie jehowy.

Ty nazywasz to wzrostem ludzkiej świadomości ja twierdzę, że bóg tego świata jest coraz sprytniejszy ;)

Widać to czytając choćby odstępcze fora .

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach
12 minut temu, Kalasznikov napisał:

Ty nazywasz to wzrostem ludzkiej świadomości ja twierdzę, że bóg tego świata jest coraz sprytniejszy ;)

Widać to czytając choćby odstępcze fora

Ja też widzę,że na stronce świadkowskiej coraz to więcej durnot jest wypisywanych.

Już tyle razy ci pisałem abyś podał dowody na istnienie jehowy i na to,że to jehowa wszystko  stworzył. A ty ni be ni me. Bazujesz tylko na jakichś starych baśniach, Która nie wiadomo kto napisał.

1 osoba lubi to

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach
1 minutę temu, Gremczak napisał:

Ja też widzę,że na stronce świadkowskiej coraz to więcej durnot jest wypisywanych.

Już tyle razy ci pisałem abyś podał dowody na istnienie jehowy i na to,że to jehowa wszystko  stworzył. A ty ni be ni me. Bazujesz tylko na jakichś starych baśniach, Która nie wiadomo kto napisał.

Nooooo....;)

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach
17 minut temu, Kalasznikov napisał:

Nooooo....;)

No i co nie piszesz  durnot .Nawet nie umiesz podać dowodów na istnienie jehowy i na to,że to on stworzył wszystko.Co wart są twoje słowa bez pokrycia.

1 osoba lubi to

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach
2 minuty temu, Gremczak napisał:

No i co nie piszesz  durnot .Nawet nie umiesz podać dowodów na istnienie jehowy i na to,że to on stworzył wszystko.Co wart są twoje słowa bez pokrycia.

Napisz jeszcze raz coś mądrego....;)

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

A ja to odbieram tak. Na początek należy sobie uzmysłowić po co ludziom religia. Powodów jest sporo, ale najważniejsze z nich to: wytłumaczenie dlaczego umieramy, danie nadziei dla tych którzy żyją, że spotkają się bliskimi którzy umarli, chęć podporządkowania sobie grupy ludzi, złudne poczucie bezpieczeństwa.
To można odnieść do zdecydowanie większości religii. Niestety chrześcijaństwo też do tej grupy należy. Powstało na bazie Starego Testamentu. Księgę Rodzaju spisał Mojżesz, tylko że tak jakby po fakcie. Nie mamy więc pewności czy tak faktycznie było, czy Mojżesz w zasadzie stworzył tę księgę sam, używając własnej fantazji, z powodów które przedstawiłam wcześniej. 

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na stronach

Żeby dodać komentarz, musisz założyć konto lub zalogować się

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą dodawać komentarze

Dodaj konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!


Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się tutaj.


Zaloguj się teraz

  • Przeglądający

    Brak zarejestrowanych użytkowników, przeglądających tę stronę.

  • Podobna zawartość

    • Przez artur1996
      Dziś spotkałem świadków Jehowy u siebie na osiedlu,wiedziałem że kręcą się po okolicy więc korzystając z ładnej pogody wziąłem plecak,Biblię oraz książkę pt. "Błędy Doktryny świadków Jehowy -analiza krytyczna chrześcijańskich pism greckich w przekładzie nowego świata " po czym wsiadłem na rower i pojechałem w celu ich znalezienia. Dzisiaj role się odwróciły gdyż to ja byłem głosicielem prawdy o organizacji strażnicy. Na pierwszy rzut  poszła parka głosicieli, młode małżeństwo z dzieckiem jedno w wózku a drugie około 3-4 lat,wyszedłem im naprzeciw ładnie się witając brzmiało to mniej więcej tak: ,, Dzień dobry czy są państwo zainteresowani ciekawą pozycją naukową z zakresu gramatyki greckiej na którą tak często lubicie się powoływać w rozmowach z innymi ludzmi?., skończywszy taki krótki wstęp w skrócie przedstawiłem i streściłem treść książki w formie monologu poruszając takie sprawy jak to że występowanie rodzajnika ,,ho,, nie jest wyznacznikiem,że są niewierni swej zasadzie tłumaczenia w 94 procentach przypadków i jest to marna rekomendacja dla PNŚ.....(oczywiście mówiłem więcej tutaj tylko streszczam,kto czytał BŁEDY DOKTRYNY wie co zawiera książka)  Bardzo szybko się wystraszyli i uciekli dziękując za wszelką rozmowę, książki przyjąć też nie chcieli pomimo że chciałem za darmo udostępnić....Potem spotkałem 4 głosicieli,tutaj było podobnie wyszedłem im naprzeciw,kulturalnie się witając(wstęp podobny jak poprzednio) pytając czy są chętni do zapoznania się z ciekawą publikacją na temat gramatyki greckiej na która przecież tak często się powołują i krótki monolog wyglosilem...3 glosicieli po zobaczeniu jaką książkę reklamuje odeszło w swoją stronę chyba czuli się zgorszeni.....został tylko jeden.Zaczęła się rozmowa.W sumie bardzo skakał po tematach i gdy próbował negować bóstwo Jezusa za pomocą argumentu ze Jezus modlił się do Boga więc nie był Bogiem to przedstawiłem mu czym jest nauka o Trójcy gdyż chyba nie wiedział.Następnie wskazałem z Biblii fragmenty o równości Ojca i Syna. (AP 5,13 oraz Flp 2,6 oraz kilka innych z głowy ) stwierdził że to tylko jeden fragment,jak mu mówiłem że Chrystus jest niższy od Ojca w ludzkiej naturze,w człowieczeństwie to stwierdził że przed wcieleniem też był niższy i obecnie również jest,więc jak zanegowałem to powołując się na AP 5,13 gdzie pisze  jasno o równości Ojca i Syna i że oddawana jest im taka sama cześć to nie chciał zbyt tego słuchać,nawet nie zainteresował się tym wersetem i zaczął zmieniać temat,od dyskusji na temat Bóstwa Chrystusa się wycofał a ja nawet dobrze nie zacząłem(mam dobrą pamięć do wersetów,podkreślam je flamastrami) i miałem naprawdę dużo asów w rękawie,on jakby nie chciał słuchać wmawiając mi że trzeba brać pod uwagę całą Biblię a nie jeden fragment itp. Potem zaczął mówić że w KK nie ma jednej nauki bo niektórzy wierzą w reinkarnację a inni jeszcze w co innego...więc odpowiedziałem mu że tacy ludzie nie są katolikami tylko heretykami którym wydaje się że są katolikami,stwierdzając pewnie że w organizacji też jest masa krypto-odstępców czy ateistów którzy siedzą z przyzwyczajenia bo albo się zasiedzieli bo albo rodzina(co zresztą wiecie dobrze drodzy forumowicze ) potem było trochę o zmarłych  i parę innych tematów,generalnie miało być o książce i PNŚ ale bardzo szybko uciekł od tego tematu(który jeszcze wrócił pod koniec rozmowy) rozmowa była taka że bardzo przeskakiwał z tematu na temat.Widząc że nie daje sobie wcisnąć kłamstwa zmieniał temat. Potem już musiał iść,tak się złożyło że szliśmy w jednym kierunku więc zacząłem przedstawiać wszelkie manipulacje,absurdalne nauki obecne i dawne.Sprawę spirytysty Grebera czy Thomsona oraz to iż "Chrystus jako narzędzie Boga" to nauka demonów o czym pisał Thomson.Pozniej pytałem o pisarzy wczesnochrzescijanskich którzy uczyli tak jak ŚJ(CISZA) potem ja wymieniłem pisarzy z 1 i 2 wieku ktorzy potwierdzają Bóstwo Jezusa i wiele innych doktryn chrześcijaństwa wspominając o Ariuszu który jako przeciwnik Trójcy nie odmawiał Duchowi św osobowości.( Nie wiedział kim był Ariusz)Oraz na koniec o sprawie rodzajnika z J 1,1 że są niekonsekwentni itp przykłady z NT i ST gdzie brak rodzajnika nie oznacza wcale Boga przez małe "b czy też sytuacje gdzie Bóg Ojciec jest bez rodzajnika i z tego powodu mu bóstwa nie odmawiają co świadczy że dopasowują tekst do doktryny a nie doktrynę do tekstu..mówiłem również o ST gdzie Bóg prawdziwy jest wymieniony razem z bogami i to Bóg prawdziwy przez duże B jest bez rodzajnika a bogowie są z rodzajnikiem!!!!!!! Tu się nasza rozmowa skończyła,z zirytowanym wyrazem twarzy,smutny i zdegustowany powiedział ,,narazie dzięki za rozmowę i skręcił na parking gdzie czekali na niego współwyznawcy którzy  wcześniej na mój widok uciekli jakby diabła wcielonego zobaczyli.Jakie wnioski? GENERALNIE NIE SŁUCHAJĄ,szkoda że nie zapytałem czy nie spotka się w innym terminie,jak myślicie zgodziłby się? Był zaskoczony że tyle wiem więc odesłałem na stronę www.PIOTRANDRYSZCZAK.pl i mówiłem żeby zanotował a on stwierdził że woli czytać Biblie niż jakieś ,,andryszczaki,, xdd nic konkretnego z tych jego zarzutów czy prób bo raczej zarzuty te są mi znane gdyż apologeci katoliccy na nie często odpowiadali.W głowie miałem sporo pomyslów a czasu mało a rozmówca uciekał od niewygodnych tematów....Powiem wam że wybieram się w przyszłości na stojak gdyż coraz bardziej podoba mi się głoszenie świadkom Jehowy.Taka mała zamiana ról! Na stojaku lepiej gdyż jest punkt odniesienia tzn strażnice czy literatura do których można się odnieść i nie trzeba atakować ,,na sucho,,
    • Przez Gremczak
      Parę dni temu przejeżdżałem przy lokalu użyteczności publicznej i patrze stoją ze stojakiem, właściwie stoi sam stojak.
      Był taki dzień pochmurny . Czasami trochę deszcz pokropił.Na stojak zarzucona folia ,aby te cenne skarby nie zamokły.
      Zatrzymałem się autem , rozglądam ,nigdzie nie widać ochrony w postaci głosicieli. Podjeżdżam parę metrów dalej -są,znalazłem ich.Dwie kobiety około 60 lat
      Siedziały na ławeczce w budce przystanku autobusowego.Jakoś dziwne miały pozycje. Głowy odchylone do tyły.Paszcze otwarte.Nie miałem wątpliwości - spały.
      Podszedłem do stojaka.One nie reagowały na to.Wziąłem ten stojak, przeniosłem ze 30 metrów dalej .Postawiłem z tyłu za budynek.
      Podjechałem autem w ich pobliże ,zatrąbiłem.No na reszcie obudziły się.
      Po jakimś czasie ,gdy doszły do siebie. Wstały i udały się w kierunku stojaka.Jakie było ich zdziwienie ,że stojak zniknął.Nie dowierzały ,przecierały oczy a stojaka dalej nie mogły zobaczyć. Latały to w lewo to w prawo i nic ,żadnych efektów. Coś tam między sobą mówiły, machały rękoma.
      Chwilę postałem, bo był tam zakaz i odjechałem.Nie wiem jak to się zakończyło ,czy znaleźli czy nie.
      Włożyłem im kartkę ,aby nie były głupie jak te panny z przypowieści Jezusa co posnęły.
    • Przez Gremczak
      Pewnego znajomego  nachodzili SJ.  
      Głosili mu prawie co tydzień.
      On nie miał odwagi im odmówić.
       Po którymś tam razie zaproponowali mu studium.
      Nie wiedząc jak się z tego wykręcić, spytał się mnie co ma zrobić.
      Moja propozycja była taka, aby zgodził się na takie studium pod warunkiem ,że ja będę na nim.
      Gdy przyszli następnym razem on im o tym powiedział.
      Od tego czasu ma spokój.
      Przeszła im ochota na prowadzenie takiego studium. 
    • Przez Meidl
      Wrzesień 2014. Sesja poprawkowa, dla mnie pierwszy termin na znaczną część przedmiotów (nie podeszłam w czerwcu, bo nie miałam siły psychicznie ani fizycznie, poza tym część sesji spędziłam na wymianie zagranicznej; nieważne, we wrześniu już jestem na antydepresantach i trankwilizatorach i jako-tako jestem w stanie się do czegokolwiek zebrać). Wieczór. Siedzę w pokoju w akademiku i przygotowuję się do zaliczenia. Włączam internet. Idę na fejsa. Patrzę: siostra polubiła fotę z "Nagłówków nie do ogarnięcia", które, nawiasem mówiąc, też lubię. Ale to nie był byle jaki nagłówek. To był ten nagłówek:

      Po czcionce poznałam, że to gazeta.pl, poszłam zatem szukać artykułu. Przeczytałam. Mózg nie przyjmował. Zaczęłam czytać komentarze. W komentarzach znalazłam, odnośnik to tego forum i do strony pana Jacka Zahorskiego. Stronę zaczęłam czytać. Całą. Wszystko. Forum tak troszeczkę. Z czasem coraz więcej. Miałam dysonans poznawczy. Ale jednocześnie byłam po najcięższych wakacjach w życiu, kiedy matka zarzuciła mi, że szatan mnie opętał, bo mam depresję. Tego mój mózg nie ogarniał. Z modlitwą w kilka dni przeczytałam niemal całą biblioteczkę internetową i zobaczyłam, że tam nic się kupy nie trzyma, ale jeszcze nie wiedziałam, co z tym zrobić. Wszystko mi się zawaliło i nie chciało się naprawić. A ja nie wiedziałam, jak. Ostatecznie stwierdziłam, że prawda obroni się sama, i zaczęłam czytać forum.
      Sesję zdałam w terminie, wszystko było dobrze. W październiku wróciłam do Warszawy, wprowadziłam się do akademika. Na zebrania chodziłam, ale jakoś nie chciałam w zborze podawac swojego dokładnego adresu. Nie po tym wszystkim... (o czym z czasem napiszę). Udało mi się wykręcić remontem, przez który i tak nie było pewności, czy nie przekwaterują, bo w pokoju było jeszcze parę rzeczy do zrobienia. I potem "zapomniałam" podać adresu, a brat zapomniał się przypomnieć.
      Mimo trankwilizatorów miałam ataki lęku, napady paniki. Czasem nie byłam w stanie wyjść dalej, niż do łazienki. Ostatni rok, a ja opuszczałam zajęcia. I zebrania. Na zebraniach się strasznie nudziłam, a przez to, że siedziałam obok matki duchowej, nie mogłam sobie klikać na tablecie czegoś odstresowującego. W weekendowe noce nie spałam. Budziłam się i szłam wymiotować, i potem leżałam do rana. Nie byłam w stanie zwlec się na 10:00 na zebranie. Na zebrania w tygodniu szłam, jeśli byłam w stanie po zajęciach (a kończyłam je tak, że zdążałam na styk, za co zawsze była zje*ka), czasem lęk był tak silny, że wracałam do akademika i kładłam się spać. I śniły mi się koszmary. Jak już dotarłam na zebranie, to zaraz było jęczenie, że czemu nie chodzę. Jak udało się pójść w weekend, to potem MD zapraszała do siebie na obiad, po czym zaczynała gadkę, że jak te studia mnie tak wykańczają i mam przez nie depresję, to powinnam je rzucić. To nie były studia. Studia to była jedna z niewielu rzeczy nie pozwalających mi się poddać. Nawet, jeśli nie szłam na zajęcia, bo dopadała mnie panika, to przynajmniej wstawałam i się ubierałam, już w ostatniej chwili wychodziło, że nie szłam, bo nie dawałam rady. MD nie przyjmowała tego do wiadomości. Rzuciła mi kiedyś, że przesadzam, i że właściwie to ona ma depresję, nie ja, bo ona jest w komitecie odwiedzania chorych, i jak odwiedza braci w szpitalach, to jej się tak smutno robi. Myślałam, że wyciągnę sobie krzesło spod tyłka i jej walnę. Spytałam ją tylko, czy ma stany lękowe tak ją paraliżujące, że nawet nie ma siły myśleć. Powiedziała, że takie rzeczy są niemożliwe i wymyślam. Jak mawia moja babcia, w d***e była, g**** widziała. Mimo to jakoś starałam się funkcjonować w zborze. Na głoszenie umawiałam się indywidualnie. Przed brałam tyle dropów, że byłam lekko senna i było mi wszystko jedno. Ale przynajmniej mogłam wyjść. Na zbiórki nie chodziłam, choć chciałam. Odechciało mi się, jak któregoś pięknego dnia po zebraniu MD powiedziała, żebym przyszła, bo w grupie jest nowy głosiciel, zainteresowany, co robi szybkie postępy, i taki... jak to nazwać? Dobra, zacytuję "i bogaty, i za granicą bywał, no i najważniejsze, że wolny! Przyszłabyś, ładna jesteś, dałabyś na sobie zawiesić oko". Nogi się pode mną ugięły. Spanikowałam. Nigdy już nie przyszłam na zbiórkę na głoszenie grupowe. Co trzeba mieć w głowie, żeby takie rzeczy mówić komuś, dla kogo wyjście z domu jest wyczynem? Raportowałam po 1 godznie miesięcznie. Mąż MD powiedział mi na studium, że powinnam wpisać więcej, i w następnym miesiącu odrobić. Na co zapytałam "a co, jeśli nie dam rady odrobić? czy to nie jest oszustwo?". Odpowiedź: "oj tam, odrobisz". Jak do ściany.
      Jak na ferie przyjechałam do domu, to mama zapytała, czemu nie chodze na zebrania i kogo ja chcę oszukać. Powiedziałam, że nikogo nie oszukuję, a nie chodzę, bo czasem w ogóle nie jestem w stanie wyjść. Nigdzie. Czasem mi współlokatorka robiła zakupy. Swoją drogą, złota dziewczyna. Mama nie zrozumiała. Dalej swoje, że co Jehowa o mnie myśli. Cóż, jeśli nie rozumie, w jakim jestem stanie, to ja już nic nie poradzę, Jednyą osobą, z którą dało się rozmawiać, był tata. Bo tata nigdy nie był ŚJ i nigdy go nie ciągnęło. Chociaż przez to, że nie był nawet zainteresowanym, to nie mogłam o wielu rzeczach porozmawiać, bo zwyczajnie nie rozumiał, o czym mówię. Rozmawiałam na tematy neutralne. I o polityce, bo jego to interesuje. Wiem, nie powinnam była. Świadkowie nie interesują się polityką. No ale o czymś z tatą musiałam rozmawiać, żeby nie zwariować. Bo z resztą rodziny (poza jedną siostrą, która nie mieszka z nimi), nie dało się rozmawiać w ogóle. Maszynki do klepania wersetów i cytatów ze Strażnicy. Zero zrozumienia, zero wsparcia. Raz w miesiącu rozmawiałam z psychiatrą. Tez mogłam normalnie. No i chłop do mnie dzwonił. Ten sobie nigdy nie odpuścił, nawet, jak miałam mózg wyprany (napisało mi się "wyorany", w sumie też pasuje) kompletnie i sama byłam maszynką do klepania wersetów i mądrości strażnicowych. W jakiś sposób był łącznikiem z normalnym światem. No i współlokatorka z akademika (zastanawiające, że tak odradzane jest mieszkanie ze świeckim towarzystwem, ale jak przychodzi co do czego, to żadna zborowa ciocia nie ma pokoju do wynajęcia). I koleżanka, którą znałam już długo, wyciągała mnie do siebie, wspierała mnie, naprawdę jestem jej wdzięczna za to, co dla mnie robiła. Kolejna osoba łącząca z normalnym światem. W sumie jak się z nią spotykałam, to nie mogłam pojąć, jak to jest, że w zborze nie mam w nikim wsparcia, nikt nie rozumie, wszyscy patrzą na obecności na zebraniu i wygłoszone godzinki, a ona po prostu jest i w każdej chwili mogę zadzwonić, jak dam radę, to przyjść, spotkać się, chociaż ona sama miała masę własnych problemów. Nie umniejszała moich.
      Za radą lekarki zaczęłam pisać pamiętnik, żeby sobie wszystko uporządkować, żeby było wiadomo, skąd mój zły stan psychiczny i jak z nim walczyć. Zaczęłam znów robić rzeczy, które kiedyś sprawiały mi przyjemność. Fotografia, rysowanie. I pisałam. I jakoś się uporządkowało. I czytałam forum. Gdzieś tu znalazłam wątek z poradami, jak przetrwać nudne zebrania. I najlepszą odpowiedzią był post "po prostu nie chodzić". Genialne w swej prostocie. Przestałam chodzić. Owszem, miałam wyrzuty sumienia. Pomyślałam, że pokażę się raz na miesiąc i będzie spokój. A póki co zajmę się sobą.
      Z pamiętnikiem udało mi się pooganiać, jak to się zaczęło. I zrozumiałam parę rzeczy. Te stany depresyjne ciągnące się od dzieciństwa. Ten lęk przed byciem sobą. W sumie niedługo po tym, jak się urodziłam, moja mama się ochrzciła. Przedtem cierpiała, bo jej teściowa, a moja babcia, zagorzała katoliczka, ostro się sprzeciwiała mamy kontaktom z ŚJ. A na początku małżeństwa rodzice mieszkali u dziadków. No, nieważne. Z dzieciństwa pamiętam zebrania 3 razy w tygodniu, na których nudziłam się niemiłosiernie, rysowałam szlaczki w zeszycie, jak mama (ona notowała, ale ki się wydawało, że to szlaczki), gryzły mnie rajstopy i musiałam siedzieć w spódniczce. Nienawidziłam spódniczek. Ja byłam dzieckiem śmigającym po płotach i drzewach, a spódniczki tylko utrudniają takie aktywności. Dla odmiany dziadkowie z jednej i drugiej strony brali mnie i moje rodzeństwo do kościoła. Też się nudziłam, ale były obrazki na ścianie i fajne żyrandole. I skarbonki-aniołki kiwające główką, jak się wrzucało pieniądze. Swoją drogą, podobko kiedyś, jak babcia dała mi banknot do wrzucenia, i aniołek nie kiwnął główką, to się wkurzyłam i pieniądz wydobyłam z powrotem. Resztę z tacy podobno też kiedyś wzięłam, więcej, niz położyłam. Mniejsza z tym Mama oczywiście, odbierając nas od babci, kłóciła się o ten kościół. Jej mama mówiła "mój dom, moje zasady", druga babcia, że to jej chrześcijański obowiązek. No i tak było. Na święta Bożego Narodzenia obie babcie robiły nam prezenty. Mama była w mniejszości, bo tata też robił prezenty. I choinkę. Mama czytała nam "Mój zbiór opowieści biblijnych". Lubiłam go. Lubiłam obrazki. Jest tam taka scenka, już w raju, są dzieci: chłopiec, dwie dziewczynki bawią się z rybkami. Mówiliśmy sobie, że to będziemy my. Hahaha, nie będziemy. Myślałam, że ten cały armagedon będzie zaraz, nie zdążę dorosnąć. Zdążyłam. W sumie "MZOB" lubiłam do momentu pojawienia się Jezusa. Całe te historie o Jezusie nudziły mnie, nie były takie fajne, jak od stworzenia świata. Nie było takiej akcji. Nie było wojen, potopu, żadnego hardkoru. Serio, już jako dziecko, jak nauczyłam się czytać, to czytałam sobie, ale tylko do Marii, która miała zostać matką Jezusa. Potem już mi się nie podobało.
      Mniejsza z tym. Mijały lata, z czasem mama odpuściła. Znaczy chodziła na zebrania coraz rzadziej, aż przestała. Czasem tylko urządzała mi awantury o muzykę, jakiej słucham, i że przez to mam stany depresyjne. No na pewno. Z czasem całkiem zamieniłam Strażnicę i Przebudźcie się! na Metal Hammera. I powiesiłam w pokoju Cristinę Scabbię. I kazała mi ją zdjąć. No cóż... Z drugiej strony plakatu była okładka "Blackwater Park" Opeth. Mogło wisieć. W sumie sama miałam jakieś opory przed wieszaniem plakatów. Nie wiem, nauki o bałwochwalstwie wryły się w mózg. Ale żyłam sobie w miarę spokojnie. Choć czasem się zastanawiałam, czy Bóg istnieje, czy naprawdę obchodzi go wszystko, co robię, i może lepiej na wszelki wypadek czegoś tam nie robić.
      Do czasu jednak to życie było spokojne. Już byłam na studiach, a moja młodsza siostra w ramach młodzieńczego buntu poszukiwała. I jej w mózg chyba też się wryły nauki zaszczepiane w maleńkości, bo zaczęła studium ze Świadkami. Mama wróciła. Brat się przyłączył (w sumie on miał mózg prany chyba najmocniej z nas wszystkich, bo jak chodził do szkoły średniej, to mieszkał z ciotką, która też jest ŚJ i wszystkie zebranka miał na bieżąco, mama nie chodziła, a on chodził). Druga siostra też. Ja nie. Tata nie. Jak przyjeżdżałam do domu, to siedziałam z tatą, trochę z nim gadałam, zajmowałam się swoimi sprawami. Reszta rodzimy gadała swoim szyfrem, o sprawach, które miałam gdzieś, o ludziach, których nie znałam. Zabawne, że mama kiedyś na mnie nakrzyczała, że czemu ja jej opowiadam o ludziach, których nie zna, jak pytała, co u mnie i opowiadałam. Ale jak ona mówiła o ludziach, których nie znam, to miałam słuchać... ech... No, ale czasem szłam z nimi na zebranie. Na pamiątkę. Po czym dostawałam opiernicz od mamy, że jestem niestosownie ubrana (no ja nie wiem, miała być spódnica/sukienka, to była, nie powiedziała, że za kolano, a ja się nie domyśliłam). No nieważne.
      Któregoś pięknego dnia, po zakończonej sesji, zrobiliśmy sobie ze znajomymi grilla nad Wisłą. Było fajnie. A następnego dnia przeglądając niusy zobaczyłam, że w czasie, kiedy ja się świetnie bawiłam, moja koleżanka z innego miasta zaginęła. A po tygodniu okazało się, że nie żyje. Wakacje spędzałam w domu. Przybita, smutna. Co dzień ryczałam. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. W ramach wychodzenia do ludzi zaczęłam chodzić na zebrania z rodziną. Tata się trochę ze mnie podśmiewał, ale nie jakoś złośliwie. Chociaż w sumie miał żal. Jedna z sióstr zaproponowała mi studium. Zgodziłam się. I wiecie, te obietnice na początku "Czego naprawdę uczy Biblia?". Że zmarli ożyją i znów się z nimi spotkamy. Poryczałam się. Naprawdę chciałam, żeby to była prawda. Żebym znów mogła się spotkac z A. W sumie to chyba na to dałam się złapać. Czytałam Biblię do zebrań z zapałem godnym lepszej sprawy. Przygotowywałam się do studium. Wakacje mijały. Żebym nie pozostała sama sobie po powrocie do Warszawy, zadziałał palec boży. Cokolwiek. Serio. Jedną z sióstr ze zboru mamy odwiedzała jej rodzona siostra, mieszkająca, a jakże, właśnie w stolicy! Dała mi swój numer telefonu. Zadzwoniłam po wakacjach. Została moją matką duchową. Pionierka, żona starszego, no wzór do naśladowania. No i tyle już osób w Prawdzie wychowała. Takie opowieści miała, przykłady. Studium z początku było ciekawe. Z czasem odkryłam, że mogę przyjść nieprzygotowana, i pieją nade mną z zachwytu. Bo wiadomo, jak są skonstruowane pytania do akapitów. W akapicie "śnieg jest biały". Pytanie "jakiego koloru jest śnieg?". Poza tym na studiach miałam sporo pracy, nie zawsze dawałam radę się przygotowywać. Ale, kurczę, mają swoje sposoby na odbieranie czasu. Niewinne "podkreślaj sobie, to lepiej zapamiętasz, wychwycisz główną myśl" sprawia, że człowiek jednak to czyta, zastanawia się, gdzie jest ta główna myśl, ta najważniejsza. Zawsze mi się to w tekście gdzieś rozmywało. Ale zaczęłam podkreślać, czytać. Łykałam, jak młody pelikan. Cały czas mając nadzieję na zmartwychwstanie. Nawet nie zauważyłam, jak zaczęłam w to wszystko wierzyć na serio, odsuwać się od normalnych ludzi. Teraz myślę, że te kilka osób, które były mimo wszystko, musiały mnie naprawdę kochać, i naprawdę im na mnie zależało, że nadal utrzymywały ze mną kontakt. No i nie dawały się całkowicie pogrążyć w kulcie. Drugą rzeczą, która nie dawała mi umrzeć dla świata, była muzyka. Nie potrafiłam zrezygnować ze słuchania, kupowania płyt, chodzenia na koncerty. Tym bardziej, że wśród znajomych miałam muzyków, i czasem po prostu wypadało pójść się pokazać. Ale zgąbczenie mózgu postępowało. Pierwszy wyjazd na zagraniczne stypendium: regularne maile do MD, chodzenie na zebrania tam, natrzaskałam na głoszeniu w miesiąc tyle godzinek, ile nigdy wcześniej (no, ale normalnie poza tym, że studia i zebrania to była jeszcze praca, tam nie pracowałam). Potem trochę mi się w życiu pozmieniało. Zamieszkałam z siostrami w wierze, zerwałam z chłopakiem, czego on do wiadomości nie przyjął i pisał do mnie, dzwonił, aż zaczęłam odbierać. W sumie to zamieszkanie z dwiema pionierkami nie było głupim pomysłem, tak teraz myślę, było niezłą lekcją życia. W każdym razie niesmak został po tym mieszkaniu z nimi. Potem mieszkałam już tylko w akademiku. No, ale pod ich wpływem zapisałam się do TSSK, potem zostałam głosicielką. Jak ja nie znosiłam głosić! Poza tym, kurczę, nie wiem naprawdę, ja ja byłam w stanie uczyć się dziennie, pracować, do tego jeszcze śmigać po domach. A, no tak, nie wysypiałam się. Bo tu z zebrania do pracy, potem następnego dnia na zajęcia, w międzyczasie przygotować się do zebrania, w międzyczasie też praca, po zebraniu moja grupa sprząta, to jak to, muszę zostać, a potem wstać o 5:00, żeby zdążyć z referatem na seminarium. Wtedy odkryłam, jak lubię dostać L4 od lekarza. Fakt, robiły mi się lekkie zaległości na studiach, mimo, że koleżanka na bieżąco podrzucała mi materiały, ale dzwoniłam wtedy do MD, że jestem chora i nie będzie mnie na zebraniu i na studium. I wypoczywałam. I jakoś tak często chorowałam. Średnio co 1,5 miesiąca zapalenie zatok. Stres osłabia odporność. Jedyne, co mnie podczas głoszenia pocieszało, to świadomośc, że ci wszyscy ludzie najpewniej mnie nie zapamiętają i będę mogła normalnie się w biedrze na zakupach pokazać Poza tym był straszny stres.
      Kolejne stypendium zagraniczne. Znów trzaskanie rekordów godzinkowych. Jaka ja byłam durna. No być nad morzem i zamiast śmigać na plażę z dziewczynami z kursu, łaziłam głosić. Teraz się zastanawiam, kiedy ja dałam radę napisać licencjat. Spałam źle. Bardzo źle. Poczucie beznadziejności rosło. Bo przecież mogę robić więcej!
      Po wakacjach stało się coś, co mnie przygniotło. Doniosłam na siebie starszym. Rozmowa, że spoko, tak, żałujesz, wszystko będzie fajnie, nie martw się, nikt się nie dowie. No, ja nie wiem, czego się wszyscy dowiedzieli, ale ktoś zrobił z gó*na dynamit. Łuhu! Plotki, ploteczki! MD była ze mnie duma, że porozmawiałam ze starszymi. Ona porozmawiała chyba ze wszystkimi. Bo nagle wszystkim zaczęła przeszkadzać moja sukienka (taka typowa garniturowa, miałam tylko jedną, bo wiedziałam, że po semestrze wyjeżdżam na kolejne stypendium, więc miałam minimum ciuchów), która do tej pory była spoko. No zakrywała kolana, jak stałam, ale jak siadłam, to sięgała przed kolano (i tak dobrze, że taką znalazłam, bo z racji mojego wzrostu zdecydowana większość spódnic czy sukienek teoretycznie midi ledwo mi tyłek zakrywa). I któregoś dnia mąż MD bierze mnie na bok, i mówi, że bracia się skarżą, że za krótką kiecę noszę. Ja: "ale mi nikt nie powiedział, że mu przeszkadza, nie powienien z tym iść najpierw do mnie, a potem do starszych? poza tym ja ją już dawno miałam i wcześniej była ok..." on: "no ja wiem, ale może to dlatego, że taki właśnie problem miałaś...". Zatkało mnie. Nikt się nie dowie, zostanie między nami i tylko MD jeszcze będzie wiedziała. No jasne. Tak, na pewno. Już wszyscy wiedzą lepiej ode mnie, co się stało. Powiedziałam mu wtedy, że mogę wcale nie przychodzić, jak to tak bardzo kłuje w oczy. No ale nie przestałam chodzic na zebrania. Chociaż już nie było się tak łatwo z kimś umówić do służby, ale w sumie lepiej dla mnie, mniej stresu. Potem zaczęły się naciski na chrzest. I kolejny dysonans. Że chrzest chroni przed grzechem, bo człowiek się bardziej pilnuje. Że chrzest nie chroni od grzechu, a człowiek jest bardziej narażony na ataki szatana. Na logikę wyszło mi, że nie kalkuluje się, bo jeśli człowiek nie pilnuje się przed chrztem, to i po nie będzie. A jak szatan nagle zaczyna atakować i kusić, to tym bardziej się nie opyla. No i przecież to ja mam czuć, że jestem gotowa, zawsze tak było mówione, a nie, że "już czas".
      Na stypendium wyjechałam z ulgą. Oczywiście dziurawe mózgi przyjaciół ze zboru tego nie zarejestrowały, choć mówiłam, i dostawałam smsy z pytaniami, co się ze mną dzieje. Odpisywałam. Jak wróciłam, to nie pamiętali, gdzie byłam. Ręce i cycki opadały. Na obczyźnie kontynuowałam studium, udało się nawet znaleźć osobę, która prowadziła je w moim ojczystym języku. Choć czasem niektóre rzeczy lepiej rozumiałam w obcym. Tu wtrącę kolejną sytuację z czasu po powrocie, podczas której ręce opadły mi aż do jądra ziemi. Mianowicie moja MD zpaytała, czy ja w tym obcym języku rozumiałam treść zebrań i czy jestem w stanie choć na podstawowym poziomie się dogadać. Ręce opadły i hamulce też, i powiedziałam, że ja w tym języku mówię lepiej, niż ona po polsku. Bo tak jest, niestety. W sumie tam było fajnie. Byłam egzotyczna. Wszyscy się cieszyli, że mówię w ich języku. Na głoszeniu drzwi nie trzaskały, przynajmniej z początku. Jak się dowiedziałam, ludzie chętniej słuchają osób mówiących z obcym akcentem, bo jak ktoś się nauczył ich języka i coś im mówi, to zapewne jest to coś ważnego. Nic, pod koniec pobytu mówiłam już bez akcentu, nawet taksówkarz się zdziwił, ze nie jestem miejscowa. Mimo bicia rekordów godzinek głoszenia, semestr zaliczyłam na najwyższych ocenach. W Polsce nie miałam już tyle siły. Zdałam, co dałam radę u osób, o których wiedziałam, że nie będzie ich we wrześniu, z resztą umówiłam się na sesję poprawkową. Do tego doszły problemy ze zdrowiem fizycznym. Jak się okazało, stres nieodreagowany zostaje w ciele i zamienia się w ból fizyczny. Do tego wyrzuty, że się nie ochrzciłam, że nie robię wszystkiego, co mogę (akurat! robiłam o wiele za dużo, niż powinnam), na koniec oczernienie mnie przed własną matką. I wiecie, co? I moja rodzona matka uwierzyła mojej MD, nie mnie. Plotki, ploteczki... nie ma jak kłamać na czyjś temat. A wiem stąd, że któregoś razu mama mi wygarnęła. Osłupiałam. Dosłownie. A potem zaczęłam czuć, wściekłość, złość, ale cokolwiek bo to był czas, kiedy czekałam na wizytę u psychiatry, bo czułam, że nie wyrabiam, poszłam i się zapisałam. Bo nie czułam już nic, poza fizycznym bólem, którego przyczyny nie można było zlokalizować żadnymi badaniami.
      W międzyczasie zaliczyłam swój ostatni kongres. Ostatni wykład niedzielny wywołał we mnie takie skojarzenia, że aż mi wstyd przed samą sobą było. Mianowicie właśnie przestały mi działać środki przeciwbólowe, a nie miałam ich w torebce, i nie skupiałam się przez to, co brat mówi, ale JAK. I skojarzyło mi się z przemówieniami Hitlera. Najpierw spokojnie, potem coraz większe akcentowanie niektórych słów, a w finale głośno wszystko, niemal wykrzykiwanie. I wszyscy bili brawo. I pomyślałam wtedy, że tak to musiała w latach 30. w Rzeszy wyglądać. Wielkiej Rzeszy. Byłam wściekła, rozbawiona i zawstydzona jednocześnie. I zmęczona.
      I kiedy po kongresie jechaliśmy do domu, wszyscy jarali się otrzymaną książką. A ja ją przeglądałam. I rozdział o Ablu to był jakiś kosmos. Przecież tam były rzeczy, których nie było w Biblii. Jakieś domysły i fantazje! A tak podkreślali, żeby nic nie dodawać do słów Boga, a tymczasem sami to zrobili!
      Po powrocie niemal całe wakacje chodziłam na zebrania tylko w tygodniu. Rano w niedzielę nie byłam w stanie wstać. W sumie nie dziwne, jak zasypiałam gdzieś koło 2:00-3;00, mimo, że kładłam się o 22:00. W pewnym momencie wyjechałam na tydzień do koleżanki, bo nie mogłam wytrzymać. To było piekło. Obwinianie mnie o moją chorobę i karanie mnie za to, że choruję. Jeden ojciec normalnie ze mną rozmawiał, bez robienia mi awantur, i tylko on mówił, że nie jestem wariatką, ani że nie jestem opętana. Po wizycie u koleżanki i po dwóch tygodniach brania dropów było ze mną trochę lepiej. Nawet wstawałam na niedzielne zebrania. Ale uśmiechanie się do wszystkich i niemożność normalnego porozmawiania męczyły mnie. Widziałam, jak moja mama udaje, że jest ok, że jest dla mnie normalną matką. A potem w domu znów awantury, że ja sobie wymyślam. Powiedziałam, że nie wymyślam, i jak chce, niech idzie porozmawiać z lekarzem, zdiagnozował mnie i naprawdę jestem chora, nie panuję nad tym. Czekałam na sesję poprawkową ja na zbawienie.
      A co było podczas tej sesji, to jest na samym początku tego Wielkiego Posta. Jak ktoś doczytał do tego momentu, to dziękuję Później dopiszę dalszy ciąg. Bo był. Ale nie chcę już ciągnąć, bo napisałam wieloryba postów. A pewnie jeszcze coś wesołego mi się przypomni Ale to w kolejnym odcinku, który zapewne będzie krótszy
    • Przez miroslaw12345r
      https://www.jw.org/pl/publikacje/czasopisma/straznica-do-studium-maj-2016/idzcie-czyncie-uczniow-z-ludzi-ze-wszystkich-narodow/  dzisiaj po raz kolejny usłyszałem, że to dowód na to, że Bóg wybrał ŚJ. I szczerze mówiąc ciężko odeprzeć to twierdzenie... A co Wy o tym myślicie? Czy rzeczywiście ŚJ głoszą na wzór Jezusa i jego uczniów? 
  • Popularny

  • Wpisy bloga